AktualnościLubinianie za burtą

Lubinianie za burtą

Niezwykle emocjonujące spotkanie obejrzeli białostoccy kibice w 1/16 finału piłkarskiego Pucharu Polski pomiędzy Jagiellonią i Zagłębiem Lubin. Mecz zakończył się zwycięstwem „Jagi” 2 : 1 (0 : 1, 1 : 1), a decydującą bramkę zdobył w 13 minucie dogrywki Wojciech Kobeszko. Lubinianie od 94 minuty grali w „dziesiątkę”, po tym jak drugą żółtą, a w efekce czerwoną kartkę otrzymał Rafał Huebscher. W 98 minucie Dzidosław Żuberek nie wykorzystał rzutu karnego.

     Spadkowicz z ekstraklasy dokonał jak dotychczas w okresie letnim najwięcej transferów z drużyn pierwszej i drugiej ligi. W Lubinie pozbyto się gwiazd, zastępując je graczami znanymi jedynie z występów drugoligowych. Mimo to, dowodzeni przez Ireneusza Kowalskiego (jest jednym z czterech zawodników w Zagłębiu, pozostałym z kadry pierwszoligowej) potwierdzili, że będą kandydatem do awansu. Tym bardziej jeśli ściągnięci przez serbskiego trenera Żarko Olarevicia zagraniczni zawodnicy okażą się prawdziwym wzmocnieniem. W Białymstoku siedzieli jedynie na ławce rezerwowych, bo – jak tłumaczył dyrektor Zagłębia Wiesław Wojno – nie są jeszcze zatwierdzeni do gry.
     Pierwsze 30 minut gry należało zdecydowanie do gości. Częściej byli przy piłce, długo i dokładnie rozgrywali swoje akcje, grając z zawodnikami Jagiellonii w piłkarskiego „dziada”. Białostoczanie nie nadążali za akcjami lubinian. Zagłębie osiągnęło znaczną przewagę w środkowej strefie boiska. Większość podań kierowanych było do ustawionego za dwójką napastników Kowalskiego, ale w razie potrzeby po piłkę wracali także bardzo ruchliwi napastnicy – Krzysztof Ulatowski i Wojciech Olszowiak. – Dopiero kiedy przegrywamy i nie mamy nic do stracenia, pokazujemy, że umiemy grać w piłkę – narzekał po spotkaniu Mroziewski.
     Dodatkowo słabo w obronie gospodarzy spisywał się jeden ze środkowych obrońców – Mariusz Bańkowski. Tylko udanej interwencji Andrzeja Olszewskiego, który zbił piłkę na słupek, zawdzięczamy, że gol nie padł już w 14. min. Bańkowski wybił bowiem futbolówkę głową wprost pod nogi Ulatowskiego, stojącego 18 metrów od bramki. Chwilę później jednak przegrał pojedynek główkowy z sięgającym mu najwyżej do brody Olszowiakiem i po dośrodkowaniu Kowalskiego było 0 : 1. Trener Mroziewski już myślał o zmianie i kazał się rozgrzewać Tomaszowi Wołczykowi, ale po chwili zmienił zdanie. Być może uczynił tak, bo o zmianę poprosił Marcin Danielewicz (rozbolała go pachwina), a może chciał dać przełamać się Bańkowskiemu (po przerwie zagrał już znacznie lepiej).
     – To skandal, co wyprawiają kibice – wspierali obrońcę jego koledzy z drużyny. – Jak można buczeć na piłkarza swojej drużyny? Kto z nas grałby normalnie w takiej atmosferze?
     Mecz się wyrównał i do głosu zaczęli dochodzić białostoczanie. Kolejną doskonałą okazję strzelecką mieli jednak rywale. Olszowiak strzelił niecelnie, kiedy miał przed sobą jedynie Olszewskiego.
     Po przerwie obraz gry zmienił się ponownie. Dominującą stroną byli gospodarze. W 58. min Tomasz Reginis przerzucił piłkę z lewej strony pola karnego na prawą, przyjął ją tam Mariusz Dzienis i posłał do siatki.
     – Od tej pory ciosy szły już jak w pojedynku bokserskim – trafnie podsumował Mroziewski. Z tym, że to sytuacje Zagłębia były dużo klarowniejsze. Olszewski wygrywał pojedynki sam na sam z Manuszewskim i Ulatowskim, a Olszowiak w podobnej okazji posłał piłkę obok bramki. Jak w doliczonym czasie gry gola nie strzelił Ulatowski, wie chyba tylko on sam. Stojąc kilka metrów przed bramką, najpierw strzelił w ofiarnie interweniującego Przemysław Kuliga, poprawił jeszcze w słupek i w końcu piłkę złapał Olszewski.
     Na kwadrans przed końcem zapowiadało się na dramat w białostockiej drużynie. Mroziewski mógł dokonać już tylko jednej zmiany, a z boiska powinno zejść trzech zawodników. Roberta Speichlera łapały skurcze mięśni, a Mariusz Dzienis i Przemysław Kulig ucierpieli w pojedynkach z rywalami. Ten drugi do końca biegał z wielkim trudem, a Kulig – o którym koledzy mówią Dziku – „ożył” jeszcze w dogrywce. Mimo tego, to Jagiellonia prowadziła grę, a Zagłębie tylko od czasu do czasu, ale groźnie kontratakowało.
     W dogrywce atakowali już tylko białostoczanie, lubinianie nie mieli sił. W 93. min Jacek Chańko, który w całym meczu strzelał najczęściej na bramkę rywali (ale otrzymał też drugą już żółtą kartkę w sezonie), trafił w słupek. Piłkę z prawej strony w tej samej akcji dograł jeszcze Dzidosław Żuberek, a Rafał Hubscher sfaulował Reginisa, za co otrzymał drugą żółtą kartkę. Do piłki ustawionej na jedenastym metrze podszedł Żuberek. – Nie strzeli – przewidywali kibice siedzący na trybunach przed dziennikarzami. No i nie strzelił.
     – Uderzył piłkę najgorzej, jak mógł – tłumaczył Mroziewski. – Posłał piłkę na metrowej wysokości, zbyt lekko i czytelnie. Ułatwił bramkarzowi zadanie.
     Żuberek zapierał się po meczu, że nie zraził się tym wcale. Wyraźnie jednak zmobilizował się i przeprowadził dwa groźne ataki, które zadecydowały o zwycięstwie. Najpierw przebiegł z piłką pół boiska i wspaniale podał ją do Chańki, który jednak przegrał pojedynek z Jakubem Szmatułą. – To już koniec, przegramy – denerwował się Mroziewski. – Nie wykorzystujemy takich sytuacji, to musi się zemścić.
     Zagłębie nie wychodziło jednak z własnej połowy, a Żuberek dokładnie dośrodkował piłkę z lewej strony boiska, co skutecznym strzałem głową wykończył Wojciech Kobeszko.
     – Dzidek jak to możliwe, że dośrodkowałeś prawą nogą? Prawie spadliśmy z ławki z wrażenia, kiedy to zrobiłeś – żartował Łukasz Tyczkowski po meczu. – Jak jest się dobrym, to umie się kopać piłkę obiema nogami – ripostował ze śmiechem Żuberek.
     Zgodnie z zasadą srebrnego gola druga część dogrywki nie była potrzebna.

Wypowiedzi trenerów

Romuald Kujawa (II trener Zagłębia): – Po raz pierwszy zagraliśmy w takim składzie i stylu. Szczególnie w pierwszej, ale i w drugiej połowie spotkania mieliśmy bardzo dobre momenty. Początkowe 25 minut graliśmy fajnie piłką i strzeliliśmy bramkę. Natomiast w końcówce pierwszej połowy wkradło się już w nasze szyki zamieszanie, zawodnicy się pogubili i przeciwnik stworzył sytuacje bramkowe, szczególnie po stałych fragmentach gry. Drugą połowę zaczęliśmy zupełnie słabo. Przez 20 minut stroną dominującą była Jagiellonia. Po straceniu bramki zaatakowaliśmy mocniej i znowu stworzyliśmy przynajmniej cztery sytuacje stuprocentowe, których nie wykorzystaliśmy. Bramkę w dogrywce straciliśmy po błędzie obrońców.
 Witold Mroziewski (trener Jagiellonii): – Pierwsze minuty spotkania to zdecydowana przewaga Zagłębia. Nie mogę swoim piłkarzom uświadomić jednej rzeczy, że umiemy narzucić przeciwnikowi swój styl gry, który wypracowujemy. Przychodzi mecz i sfera psychiki decyduje, że tego nie robimy. Bramkę straciliśmy po katastrofalnym błędzie. Andrzej Olszewski powinien wyjść po tę piłkę, a „Beny” nie mógł przegrać pojedynku główkowego z tak małym napastnikiem. Dopiero kiedy przegrywamy, okazuje się, że umiemy grać w piłkę. Mogliśmy wysoko przegrać, ale mogliśmy też wysoko wygrać. Przy remisie ciosy szły jak w walce bokserskiej: raz Zagłębie, raz my. Szczęście uśmiechnęło się do nas. W dogrywce mieliśmy klarowniejsze sytuacje.

Kontakt

Jagiellonia Białystok S.S.A.

b Poniedziałek - piątek 08:00 - 16:00