AktualnościFinał PP 1989 – przeżyjmy to… raz jeszcze

Finał PP 1989 – przeżyjmy to… raz jeszcze

Finał godny… finału.

Legia Warszawa – Jagiellonia Białystok 5:2

Na ten mecz Jagielłonia i jej fani czekali – można powiedzieć – przez i lata. Żmudny proces  budowania drużyny, która mogłaby sięgać po wyższe niż, tylko ligowe laury miał się zakończyć w minioną sobotę dobrym wynikiem w finale PUCHARU POLSKI. Sądzę, że właśnie tak należy traktować ten mecz, jako pewien ważny etap w rozwoju białostockiej piłki nożnej. Być może warszawskie środowisko piłkarskie – mające olbrzymie tradycje – inne miary przykładało do szansy, która miała przynieść Legii Puchar po raz ósmy.

Nie bez przyczyny piszę ten wstęp. Oceny bowiem meczu finałowego nie sposób dokonać bez świadomości, że przeciw warszawskiej uznanej drużynie stanął zespól „na dorobku”. Okazuje się, iż trzeba więcej doświadczenia (chyba także umiejętności), aby odnosić sukcesy na miarę większą niż ligowa. Ale też widać, iż przed Jagiellonią równie wiele pracy, co i szans. O tym mówili po meczu najlepsi fachowcy, trenerzy i dziennikarze.

Puchar Polski po znakomitym meczu zdobyła Legia Warszawa, która pokonała Jagiellonie Białystok 5:2 (3:1). Bramki zdobyli dla Legii – Roman Kosecki 2 (7. i 28. minuta), Dariusz Dziekanowski – 2 (19. i 78. ) i Krzysztof Iwanicki (53). Dla Jagiellonii Jerzy Leszczyk (31.)  i Jacek Bayer (66).
Żółte kartki: Dariusz Czykier (Jagiellonia) i Jacek Bąk (Legia).

Drużyny wystąpiły w następujących składach:

JAGIELLONIA: Mirosław Sowiński, Dariusz Bayer, Mariusz Lisowski, Andrzej Ambrożej, Antoni  Cylwik (kpt.), Dariusz Czykier, Wiesław Romaniuk (67. Janusz Szugzda), Jarosław Bartnowski, Jacek Bayer, Jerzy Leszczyk, Jarosław Michalewicz (67. Cezary Kulesza).

LEGIA: Zbigniew Robakiewicz, Jacek Bąk (71. Andrzej Łatka), Juliusz Kruszankin, Dariusz Wdowczyk, Zbigniew Kaczmarek (kpt.), Krzysztof Budka, Jan Karaś, Krzysztof Iwanicki, Leszek Pisz (29. Marek Jóźwiak), Dariusz Dziekanowski, Roman Kosecki.

Sędzią głównym był Krzysztof Perek, na liniach Jan Szymkowiak i Jacek Kłodziński (z Poznania).

Oczywiście najwierniejsi Jagiellonii kibice przybyli na stadion Stomilu w Olsztynie; bardzo wielu zasiadło przed telewizorami. Dla nich więc opis meczu nie jest konieczny. Godzi się jednak odnotować wydarzenia na boisku, bo tyło na co popatrzeć.

Rozpoczęła Legia i od razu uzyskała lekką przewagę, która po kilku minutach doprowadziła m.in. do rzutu wolnego. Podawał Wdowczyk, wrzut na Koseckiego i ten z woleja strzela błyskawicznie nie do obrony. 1:0 dla Legii, a my wszyscy na trybunach zamarliśmy.

– Za szybko ta bramka – mówili do siebie kibice Jagiellonii.

– A nie mówiłem – pomyślał zapewne trener Krzysztof Buliński, który w przeddzień meczu na treningu ćwiczył z drużyną… dokładnie to samo: wrzutkę Legii na Koseckiego… Obrońcy białostoccy mieli więc przećwiczony ten oczywisty wariant gry Legii. Tymczasem napastnik warszawski nie dał się upilnować Cylwikowi i stąd bramka.

Siłę Legii od tego momentu czuje się wyraźnie. Jest szybka, zdecydowana i ma w swoich szeregach przynajmniej trzech zawodników, którzy umiejętnie rozciągają lub „przegrupowują” białostocką obronę. Ta często gubi się, wobec zagrywek legionistów staje niezdecydowana.

Nie znaczy to, że białostoczanie oddają pole bez walki, ale ich atak ma coś z taktyki małych kroczków, na co warszawianie odpowiadają szybkimi konarami. Powoli jednak gra się wyrównuje, a w 18. minucie Michalewicz po  podaniu Czykiera strzela głową – trochę tylko niecelnie. To był ten moment, kiedy wydawało się, iż Jagiellonia wychodzi „z dołka”, ale w tej samej niemal chwili wychodzi kontra, Iwanicki strzela silnie na bramkę, Sowiński… wybija niefortunnie wprost pod nogi Dziekanowskiego, a ten nie marnuje szansy. Jest 2:0.

Konsternacja na trybunach, gdzie siedzą białostoczanie i szalona radość wśród kibiców Legii. Wygląda na to, że jest już „po meczu”. W gronie sympatyków Jagiellonii zaczynamy się martwić o to, czy przypadkiem nasza drużyna nie stanie się do końca tylko tłem dla warszawian. Zresztą – trzeba by mieć stalowe nerwy, aby się nie  poddać.

Tymczasem próbuje Dariusz Bayer, walecznie szarpie na środku boiska Czykier. Wobec zdecydowanych, lepiej wyszkolonych i szybkich pomocników Legii, niewiele to daje. Gra bardzo często zaczyna się od środka… białostockiej połowy boiska, gdzie agresywny, i ofensywnie grający Bąk doprowadza piłkę, a tam czyhają Dziekanowski, Kosecki i dyrygujący ofensywą Iwanicki.

Znamienne – wtedy, gdy Jagiellonia odzyskuje oddech, gdy zwiększa tempo, właśnie wtedy padają bramki dla Legii.

Tak było około 25. minuty, kiedy to po ładnej, szybkiej akcji jagiellończyków Czykier podał do Michalewicza, a ten będąc w pełnym biegu przestrzelił. W chwilę potem Kosecki przejął odbitą przez Sowińskiego piłkę (po strzale znów Iwanickiego) i zrobiło się 3:0 (28 min.).

Ale, warto podziwiać i Jagiellonię. Po tej bramce wcale nie straciła rozpędu (co prawda – zawsze mniejszego od legionistów) i w 31. minucie Jerzy Leszezyk strzelił główką bramkę 3:1.

Można rzec, że w tym momencie rozpoczął się wielki mecz. Nadal wręcz niesamowity jest Kosecki: szybki, zwinny i niebezpieczny nawet gdy nie ma piłki. Ale trwa walka. Trochę mamy pretensji do Legii i sędziego, bo gra się zaostrza, momentami poza granicę faulu. W tej walce żółtą kartkę zarabia Czykier, ale… nie jest źle. Ambitny i waleczny staje się Jacek Bayer.

I znów zagrożenie. Dwie minuty przed końcem pierwszej połowy Sowiński rozgrywa zwycięski pojedynek główkowy z Koseckim, tuż poza granicą własnego pola karnego.

Druga połowa należy do Jagiellonii, o tyle, że to dzięki postawie białostoczan robi się „wielki mecz”. Wprawdzie w 53. minucie Iwanicki przepięknym strzałem spoza pola karnego wprost w „okienko” pokonuje naszego bramkarza, ale nie zmniejsza to tempa walki Jagiellonii. Wynik 4:1 utrzymuje się przez kolejnych kilkanaście minut. W 66 min. po ładnej akcji całego zespołu Michalewicz pięknie strzela głową, piłka uderza w poprzeczkę, dochodzi do niej Jacek Bayer i  …4:2.

W chwilę potem trener Buliński dokonuje dwóch zmian, Za Romaniuka (ambitnego) i Michalewicza (bardzo pracowitego) wchodzą Janusz Szugzda i Cezary Kulesza i to wchodzą z niezłym skutkiem, czego wyrazem jest „bomba” Kuleszy po dośrodkowaniu Jacka Bayera. Jednak – bez skutku. To okres przewagi Jagiellonii. Pod bramką Legii kilka razy odbywa się „młyn”, są szansę na bramkę (m.in. strzał „w niebo” Szugzdy), ale gola strzela Dziekanowski w sytuacji sam na sam z Sowińskim 5:2.

Obserwujemy jeszcze twarde boje, nieudana szarżę Dziekanowskiego, który w pojedynku już tylko z bramkarzem Jagiellonii daje się mu ubiec. Pokazuje się niewidoczny przez kilkanaście minut Leszczyk (ładny strzał, ale w tzw. boczną siatkę) i…

PUCHAR DLA LEGII
A DLA JAGIELLONII?

Myślę, że uznanie. Dramaturgii meczu nie stworzyli warszawianie, ale białostoczanie. Ulegli, bo z „tą Legią”, w tę soboty wygrać było niesamowicie trudno. Jest to po prosu klasowa drużyna.

Dziw bierze, że trzeba aż finału Pucharu, aby przekonać się, że mamy w Polsce klasowe drużyny.

Legia to zespół z gwiazdami. Jagiellonia – ma jeszcze sporo drogi przed sobą… do gwiazd. Z tego trzeba sobie zdawać sprawę – zarówno w klubie jak i w zespole. Ale Jagiellonia też to drużyna z charakterem.

Jeśli tego charakteru nie zabraknie w codziennej pracy treningowej, to – być może – przeżyjemy i w Białymstoku za jakiś czas radość z pucharu. O tym mówili też olsztyńscy kibice i trenerzy na pomeczowej konferencji.

NA KONFERENCJI POWIEDZIELI:

ANDRZEJ STREJLAU (trener  Legii): – Byliśmy przed tym meczem drużyną niespełnionych nadziei. Teraz dopisało nam szczęście, mogliśmy zagrać w pełnym składzie. Ten fascynujący mecz finałowy stworzyły Jagiellonia i Legia  pospołu. Gratuluję trenerowi Bulińskiemu. Ten mecz musiał się podobać

KRZYSZTOF BULIŃSKI (trener Jagiellonii): – Gratuluję koledze Strejlauowi i ganię swój zespół za stratę dwóch pierwszych bramek. Wszak tę zagrywkę ze strony Legii (wrzut na Koseckiego) ćwiczyliśmy przed meczem. Ale stało się. Sowiński bronił ostatnio świetnie, ale przy drugiej i trzeciej bramce popełnił błędy. Jestem zadowolony z gry po przerwie i ambicji. Graliśmy dobrze, ale kontry Legii były wspaniałe. Zazdroszczę warszawianom takich dwóch napastników jak Kosecki i Dziekanowski. A w ogóle mecz fascynujący, gdybyś nasza liga była taka…! Swojemu zespołowi życzę, aby zawsze grał tak agresywnie jak dzisiaj.

*      *      *

Obaj trenerzy a i dziennikarze zwracali uwagę na znakomitą oprawą meczu, przygotowaną przez olsztynian, którzy bez większych doświadczeń w organizacji wielkich widowisk piłkarskich – spisali się znakomicie.

*      *      *

Na mecz przybyło kilka tysięcy kibiców z Warszawy i Białegostoku. Godzi się zauważyć, że olsztyńska widownia wyraźnie popierała Jagiellonię. Elementami ciekawej oprawy były afisze, pamiątki, sprawna organizacja biura prasowego…

*      *       *

W reporterskim notesie pozostało jeszcze sporo interesujących jak myślę informacji i ciekawostek. Napiszemy o nich jutro.

*       *       *

35 finał Pucharu Polski przeszedł do historii. Był – w sensie sportowym – najlepszy od lat. Przy całym szacunku dla zdobywców, trzeba powiedzieć, że uznanie należy się też Jagłellonii. Przecież w sumie nie tylko za ten mecz.

ZBIGNIEW KRZYWICKI
Fot. A Chomicz
 

Artykuł pochodzi z „Gazet Współczesnej”.

Kontakt

Jagiellonia Białystok S.S.A.

b Poniedziałek - piątek 08:00 - 16:00