AktualnościWęglarz: Poczułem tylko mocny trzask

Węglarz: Poczułem tylko mocny trzask

– Najgorzej było w pierwszej połowie meczu z Lechią. Palec ciągle mi „przeskakiwał”, a to trochę utrudniało moją pracę. Później dostałem środki przeciwbólowe, ale pod koniec spotkania wszystko „puściło” i ból wrócił. Kiedy dowiedziałem się, że mam złamany palec od razu powiedziałem, że z Legią gram na własne ryzyko – powiedział w długiej rozmowie z jagiellonia.pl Damian Węglarz. Nasz bramkarz wspomina również czas spędzony w Bydgoszczy oraz snuje plany na przyszłość.

Jak wygląda sytuacja z twoim palcem?
Palec powoli się zrasta. Podczas ostatniej konsultacji lekarz powiedział, że sytuacja szybko ulega poprawie i jeżeli nic się nie stanie, to po spotkaniu z Lechem być może rozpocznę lekkie treningi. Nie da się ukryć, że już palę się do zajęć. Fajnie byłoby znowu porzucać się w błocie. Bardzo mi tego brakuje. Zdrowia niestety nie oszukam, więc potrzebuję jeszcze około tygodnia.

Ze złamanym palcem broniłeś przez całe spotkanie z Legią i 70 minut w starciu z Lechią Gdańsk. Czy odczuwałeś jakiś dyskomfort, a może adrenalina sprawiła, że nie miało to dla Ciebie znaczenia?
Najgorzej było w pierwszej połowie meczu z Lechią. Palec ciągle mi „przeskakiwał”, a to trochę utrudniało moją pracę. Później dostałem środki przeciwbólowe, ale pod koniec spotkania wszystko „puściło” i ból wrócił. Po spotkaniu w Gdańsku normalnie trenowałem. Wydawało mi się, że palec jest mocno wybity. Tego typu kontuzje nie są niczym nadzwyczajnym u bramkarzy. Ból jednak się nasilał i za namową sztabu medycznego udałem się na prześwietlenie. Tam wyszło, że to jednak złamanie. Ja jednak natychmiast zaznaczyłem, że przeciwko Legii zagram na własne ryzyko. Wiadomo jakie otoczka i emocje towarzyszą tym spotkaniom, a ja w końcu mogłem wystąpić przy Słonecznej. Dostałem szansę w poprzednich spotkaniach, chciałem zatem zebrać kolejne cenne minuty na poziomie Ekstraklasy. W meczu z legionistami czułem się dobrze. Ból pojawił się dopiero po spotkaniu. Dzień po spotkaniu lekarz wyraźnie powiedział, że ewentualny występ w Krakowie może skutkować bardzo długą przerwą oraz operacją.

Czy w meczu z Legią świadomość tej kontuzji siedziała w twojej głowie, czy wręcz przeciwnie?
Przed meczem oswajałem się z myślą, że zagram z kontuzją. Z drugiej strony miałem świadomość, że palec zostanie unieruchomiony. Chcąc uniknąć komplikacji dwa palce włożone były w jedną dziurę, a rękawicę specjalnie przerobiłem. Już podczas rozgrzewki miałem inne czucie piłki. Kiedy futbolówka gdzieś mi poleciała zachowywałem spokój. Nie mogłem dać po sobie znać, że coś nie gra. Poza tym długo czekałem na takie spotkanie. Miałem świadomość, że w razie potrzeby pójdę na całość, niezależnie od konsekwencji.

Rywale nie zorientowali się, że bronisz bez jednego palca?
Nie mogłem się zdradzić, dlatego nie ściągałem rękawic poza szatnią. W całym nieszczęściu jedynym plusem było to, że złamałem palca lewej ręki. O ile w spotkaniu z Legią nie kalkulowałem, to już ewentualny występ przeciwko Wiśle wydłużyłby czas rehabilitacji, a być może potrzebna byłaby operacja.

Jak w ogóle doszło do złamania?
W 20. minucie meczu w Gdańsku piłka po dośrodkowaniu trafiła pod nogi Rafała Wolskiego, który mocno uderzył. Chciałem złapać futbolówkę w „koszyk”, ale ona skoczyła tuż przede mną, uderzyła w wyprostowany palec i doszło do złamania. Mimo że zawsze zaklejam palce taśmą, to wtedy poczułem tylko mocny trzask. Starałem się go rozruszać, ale po zgięciu nie byłem już w stanie wyprostować palca. Sądziłem, że to bardzo mocne wybicie ze stawu. Nie dopuszczałem do siebie myśli o jakimkolwiek złamaniu. Dopiero na zdjęciu wyszło, że trzon kości jest przerwany i niezbędne będzie unieruchomienie.

Wspomniałeś, że długo czekałeś na swoją szansę, a kiedy ją dostałeś, natychmiast wskoczyłeś na wysokiego konia. Za taki trzeba uznać mecze z Lechią i Legią.
Na takie spotkania się czeka. Nikogo nie trzeba dodatkowo motywować przed spotkaniami z czołowymi drużynami naszej ligi. Atmosfera na meczach jest napięta, obie drużyny muszą mieć się na baczności. Co innego jest obejrzeć potyczkę z Legią lub Lechem z ławki, trybun, a co innego zagrać przeciwko nim. Mnie akurat gorąca atmosfera nakręca. Nie przejmuję się opiniami osób, które nigdy w życiu piłki nie kopnęły. Słucham moich bliskich oraz trenerów. Oni wiedzą jak powinienem się rozwijać. Nie zaprzątam sobie głowy hejtem.

Czy jadąc do Gdańska nie było strachu? W poprzednich trzech spotkaniach na stadionie Lechii nasz zespół stracił w sumie 12 goli.
Przed meczem nie zwracaliśmy uwagi na poprzednie wyniki. Mówiliśmy, że teraz jest nowe rozdanie. Tak naprawdę niewielu z nas myśli jeszcze o tym, że jesteśmy wicemistrzami Polski. Gramy w nowym sezonie, jest inne drużyna, a przed nami kolejne wyzwania i na tym skupiamy uwagę. Mieliśmy teraz mecze z czołówką i przed spotkaniem z Lechią nikt nie skupiał się na poprzednich niepowodzeniach. Spotkanie w Gdańsku rozpoczęliśmy źle, szybko straciliśmy bramkę. Później odpowiedzieliśmy dwiema, a po przerwie dołożyliśmy trzecią. Niestety, w ostatnich 30 minutach straciliśmy dwa gole i nie popisaliśmy się. Sam mam świadomość, że mogłem lepiej zachować się w tych sytuacjach. Tego jednak już nie odwrócę i nie ma sensu zadręczać się przeszłością, tylko patrzeć przed siebie.

Czy mecz przeciwko Legii był twoim najpiękniejszym piłkarskim doświadczeniem? Mam na myśli nie tylko wynik, ale również otoczkę i atmosferę.
W przeszłości grywałem przeciwko Legii w barwach Zawiszy w dwumeczu o Puchar Polski. W 2016 roku przegraliśmy przy Łazienkowskiej 0:4, a mi udało się obronić rzut karny. Tylu kibiców jednak nie było wtedy w Warszawie. Ponadto w poprzednim klubie kibice za nami nie jeździli. Tymczasem ostatnio cały stadion przykrył się żółto-czerwonymi barwami. Graliśmy w 12. Świetna atmosfera wpływa na nas. Nawet czując zmęczenie chłopaki otrzymują dodatkowe siły, widząc zaangażowanie innych i tłumy kibiców.

Czy ten mecz był jednym z najważniejszych w dotychczasowej karierze?
W tym spotkaniu grało mi się najlepiej, długo czekałem na tę szansę. Jestem w Jadze ponad rok, ale tych występów zgromadziłem niewiele. Niektórzy myślą, że wchodząc na boisko z marszu można od razu stać się kluczowym zawodnikiem. To jednak tak nie działa. Trzeba było przywrócić pewne automatyzmy, popracować nad komunikacją z obrońcami. Wiem, że w niektórych sytuacjach mogłem zachować się lepiej, ale nadal pracuję nad mankamentami.

Jak to jest być w klubie, w którym od początku jesteś skazany na bycie „numerem dwa”?
Zdaję sobie sprawę, że moim konkurentem do gry w pierwszym składzie jest Marian, najlepszy bramkarz w Lotto Ekstraklasie. To jest zaszczyt, że mogę uczyć się od niego. Pod nikim nie będę kopał dołków, a nasz „Superman” zawsze może liczyć na moją pomoc, podobnie jak ja na jego. Z drugiej strony wiem, że muszę grać możliwie najczęściej. Te trzy mecze z bieżącego sezonu, w których zagrałem dały mi więcej niż kilka miesięcy treningów. Oczywiście podczas zajęć pracuję nad pewnymi schematami, ale później mam jedną sytuację, w której muszę zachować koncentrację. Kiedy wrócę do zajęć podejmę walkę. Muszę łapać kolejne minuty na seniorskim poziomie.

Ostatnio doszedł Ci jeszcze jeden konkurent – Mariusz Pawełek.
Mariusz, podobnie jak Marian mają olbrzymie doświadczenie. Grali w wielkich drużynach, próbowali sił za granicą. Mogę od nich wiele się nauczyć, mam dużo materiału do analizy. „Mario” jest kolejnym konkurentem, ale ja ich traktuję jako przyjaciół, bo mogę od nich tylko się nauczyć. Grać może tylko jeden, więc będę szukał rozwiązania. Na razie jednak chcę wrócić do trenowania, bo jak widzę chłopaków trenujących, to aż mnie nosi.

Czy wkurzyłeś się, kiedy lekarz po meczu z Legią powiedział „stop”?
Ja przed meczem z Legią wiedziałem, że gram na własne ryzyko. Nie wyszedłbym na boisko chyba tylko wtedy, gdyby w szpitalu przywiązano mnie do łóżka. Kiedy po spotkaniu pojechałem do lekarza usłyszałem, że dalsza gra może skutkować długą pauzą. Oczywiście ambicje są, ale nie wolno w tym wszystkim tracić zdrowego rozsądku. Z drugiej strony byłoby nie fair, gdybym nie trenował cały tydzień i zagrał w Krakowie. Dość wcześnie poinformowałem trenerów o tym, że nie wystąpię przy Reymonta.

Czy ten mecz był jednym z najważniejszych w dotychczasowej karierze?
W tym spotkaniu grało mi się najlepiej, długo czekałem na tę szansę. Jestem w Jadze ponad rok, ale tych występów zgromadziłem niewiele. Niektórzy myślą, że wchodząc na boisko z marszu można od razu stać się kluczowym zawodnikiem. To jednak tak nie działa. Trzeba było przywrócić pewne automatyzmy, popracować nad komunikacją z obrońcami. Wiem, że w niektórych sytuacjach mogłem zachować się lepiej, ale nadal pracuję nad mankamentami.

Jak to jest być w klubie, w którym od początku jesteś skazany na bycie „numerem dwa”?
Zdaję sobie sprawę, że moim konkurentem do gry w pierwszym składzie jest Marian, najlepszy bramkarz w Lotto Ekstraklasie. To jest zaszczyt, że mogę uczyć się od niego. Pod nikim nie będę kopał dołków, a nasz „Superman” zawsze może liczyć na moją pomoc, podobnie jak ja na jego. Z drugiej strony wiem, że muszę grać możliwie najczęściej. Te trzy mecze z bieżącego sezonu, w których zagrałem dały mi więcej niż kilka miesięcy treningów. Oczywiście podczas zajęć pracuję nad pewnymi schematami, ale później mam jedną sytuację, w której muszę zachować koncentrację. Kiedy wrócę do zajęć podejmę walkę. Muszę łapać kolejne minuty na seniorskim poziomie.

Ostatnio doszedł Ci jeszcze jeden konkurent – Mariusz Pawełek.
Mariusz, podobnie jak Marian mają olbrzymie doświadczenie. Grali w wielkich drużynach, próbowali sił za granicą. Mogę od nich wiele się nauczyć, mam dużo materiału do analizy. „Mario” jest kolejnym konkurentem, ale ja ich traktuję jako przyjaciół, bo mogę od nich tylko się nauczyć. Grać może tylko jeden, więc będę szukał rozwiązania. Na razie jednak chcę wrócić do trenowania, bo jak widzę chłopaków trenujących, to aż mnie nosi.

Czy wkurzyłeś się, kiedy lekarz po meczu z Legią powiedział „stop”?
Ja przed meczem z Legią wiedziałem, że gram na własne ryzyko. Nie wyszedłbym na boisko chyba tylko wtedy, gdyby w szpitalu przywiązano mnie do łóżka. Kiedy po spotkaniu pojechałem do lekarza usłyszałem, że dalsza gra może skutkować długą pauzą. Oczywiście ambicje są, ale nie wolno w tym wszystkim tracić zdrowego rozsądku. Z drugiej strony byłoby nie fair, gdybym nie trenował cały tydzień i zagrał w Krakowie. Dość wcześnie poinformowałem trenerów o tym, że nie wystąpię przy Reymonta.

Jaką osobą był Radosław Osuch?
Trzymał nad wszystkim pieczę, czuwał nad finansami. Ciął koszty wszędzie, gdzie tylko się dało. Pewne rzeczy, które miały miejsce w klubie, były zupełnie inaczej przedstawiane w mediach. Kiedy podawano ceny za obozy my tylko z tego się śmialiśmy. Oczywiście nie mówię, że organizacja w Zawiszy była zła, ale było jednak inaczej. Sam zawiodłem się na klubie, zrzekłem się zaległych pensji, byleby tylko Zawisza odpuścił temat ekwiwalentu od Jagiellonii. Tymczasem w Bydgoszczy zażądano od Jagi pieniędzy, w pewnym momencie obawiałem się, czy ten transfer w ogóle dojdzie do skutku. Na szczęście prezes Kulesza i pani Agnieszka Syczewska szybko rozstrzygnęli tę sprawę. Miałem lekki żal do prezesa Osucha o to, że mówił coś w twarz, a później za plecami podejmował zupełnie inne ruchy.

Jak trenowało Ci się pod opieką Hermesa? Dużo mówiło się, że zwracał uwagę na technikę.
Z Hermesem grałem zarówno na boisku, a później już pod jego opieką, kiedy był moim szkoleniowcem. Faktycznie zwracał dużą uwagę na grę nogami i wymagał stałej pracy nad tym elementem. Niestety, po odejściu jego i trenera Bartoszka wszystko zaburzono. Zaczęły się dziwne ruchy i decyzje. Decyzje o kształcie wyjściowej jedenastki nie zapadały w pokoju trenerów, a na wyższych szczeblach. Było to widać, ponieważ czy prezes, czy dyrektor sportowy na bazie treningów próbowali kształtować skład. To oczywiście psuło atmosferę wewnątrz szatni. Szkoda, bo kiedy walczyliśmy o byt w Ekstraklasie z każdej strony byliśmy motywowani. Po spadku odnosiliśmy wrażenie, że nikomu na niczym nie zależy..

W twoim przypadku pierwsza liga pomogła zdobyć doświadczenie w piłce seniorskiej. Jak bardzo różni się ona od Lotto Ekstraklasy?
I liga rozwija się. Ta liga stała się dobrym przetarciem dla młodych zawodników, którzy mogą stanowić o sile drużyn i są wyróżniającymi się postaciami. Oczywiście pod względem organizacji i otoczki Ekstraklasa nadal pozostaje daleko z przodu, jednak już w kontekście poziomu sportowego nie ma aż tak wielkiej przepaści. Na zapleczu Ekstraklasy gra coraz więcej zawodników z bogatą przeszłością, inni są wypożyczani z tych najlepszych drużyn, więc automatycznie wzrasta poziom sportowy. Ja debiutowałem jesienią, ponadto grywałem w spotkaniach o Puchar Polski z drużynami ekstraklasowymi. W ćwierćfinale okazaliśmy się lepsi od Śląska Wrocław, a w półfinale trafiliśmy na Legię Warszawa, która wtedy sięgnęła po dublet. Wiosną cieszyłem się zaufaniem trenera, chociaż bywały mecze lepsze i gorsze. Ja jednak grałem cały czas, a przecież ogranie jest kluczowe. Automatyzmy i zachowania wpaja się dzięki możliwie najczęstszym występom.

Czy liczysz, że kiedyś zagrasz przeciwko Zawiszy w barwach Jagi?
Trudno w tej chwili wyrokować. Na pewno Zawisza potrzebuje kilku lat, aby dojść do poziomu centralnego, a przecież po reformie w III lidze potrzebne są niemałe pieniądze. Nie jest łatwo wygrać z marszu zmagania w ligach centralnych. Kiedyś chciałbym zagrać jeszcze w moim macierzystym klubie, ale teraz jestem w Jadze i moim marzeniem pozostaje wyjechać za granicę.

Jak wy – zawodnicy Zawiszy odnosiliście się do konfliktu na linii właściciel – kibice?
Nie było to komfortowe ani dla nas, ani dla kibiców. Część fanów być może chciałaby pojawiać się na trybunach, ale nie przychodziła na stadion by wyrazić swój sprzeciw wobec działań prezesa, a ten nigdy nie przyznawał się do błędów. Niestety, podczas spotkania z Widzewem nastąpiła swoista kumulacja. Później wszystko zaczęło się psuć. Prezes niepotrzebne wykorzystywał nas w tym konflikcie, co ciężko było wytłumaczyć kibicom. Z drugiej strony on był naszym pracodawcą, więc musieliśmy być lojalni wobec niego. Sami nie chcieliśmy wchodzić w ten konflikt, bo to nie była nasza sprawa. Przedstawiciele fanów nie chcieli nam wybaczyć, chociaż zostaliśmy w to wplątani. Moim zdaniem konflikt był z winy prezesa. Moim zdaniem gdyby nie to zamieszanie, to utrzymalibyśmy się w Ekstraklasie. Niestety atmosfera na meczach w Bydgoszczy była grobowa, a na spotkaniach pojawiało się około 1000 fanów, a w I lidze było ich jeszcze mniej.

Jak odebraliście sytuację, w której wam jako zawodnikom przygotowano trumny i ustawiono na terenie stadionu? Nie mieliście obaw, by pojawiać się na mieście?
Kiedy o tym się dowiedzieliśmy część chłopaków się wystraszyła. Grzesiek Sandomierski bał się ściągać rodzinę do Bydgoszczy, tym bardziej, że kilka dni wcześniej przyszło na świat jego pierwsze dziecko. Nas młodych to nie dotyczyło, jednak przeżywaliśmy to wraz z naszymi kolegami.

Ostatnio intensywnie uczysz się języka angielskiego. Robisz to dla siebie, czy z myślą o ewentualnym transferze?
Po prostu inwestuję w siebie. Niestety w szkole średniej zaniedbałem ten język, bardziej skupiając się na niemieckim. Później zacząłem się uczyć. W wolnych chwilach skupiam się na nauce, sięgam po książkę. Zmieniłem się, odstawiłem konsolę. Po prostu stałem się lepszym człowiekiem i wiem, czego potrzebuję.

Also sprichst du Deutch gern or do you prefer English?
I prefer English.

Kontakt

Jagiellonia Białystok S.S.A.

b Poniedziałek - piątek 08:00 - 16:00