AktualnościTatuaże, folklor niższych lig, ekstraklasa na raty i kilka awansów

Tatuaże, folklor niższych lig, ekstraklasa na raty i kilka awansów

        Polskie ligi zna od podszewki, bo grał na wszystkich szczeblach rozgrywkowych w Polsce. Kilka lat temu grał w jednym zespole z obecnym sekretarzem Polskiego Związku Piłki Nożnej, Maciejem Sawickim. Innym razem przenosiny do II-ligowego klubu zaproponował mu prezes PZPN Zbigniew Boniek. Przedstawiamy Wam Kubę Wójcickiego, fana tatuażu, serii Call of Duty, piłkarza, który w swojej karierze wywalczył kilka awansów oraz zdobył mistrzostwo Polski, jak to możliwe? Dowiecie się z naszej rozmowy. Zapraszamy!

Kuba. Coś, co wyjątkowo rzuca się u Ciebie w oczy, szczególnie gdy nie masz zakrytych rąk, to Twoje tatuaże. Mówisz, że jest to Twoje hobby, o którym możesz rozmawiać godzinami. Wspominałeś o różnych stylach, artystach i że mógłbyś o tym rozmawiać godzinami. A gdybyś mógł tak to streścić – jak to się w ogóle zaczęło? Które tatuaże były pierwsze? 

Zaczęło się tak naprawdę od jednego małego tatuażu na nadgarstku. Chcieliśmy z moją żoną uczcić w ten sposób rocznicę ślubu. Wtedy tak naprawdę bardzo mocno się w to wkręciłem i poszło. Poznałem w Bydgoszczy bardzo perspektywicznego tatuatora oldschoolowego Patryka Hiltona i zajarałem się jego pracą, a także całą sztuką tatuażu. Z każdym tatuażem na moim ciele jeszcze bardziej się w to wszystko wkręcałem i zagłębiałem, poznając coraz więcej artystów z tej sceny.

Czyli zaczęło się wszystko w Bydgoszczy.

Tak, od jednego niewinnego napisu, a później już poleciało…

Z czasem nieźle Ci się to wszystko rozrosło. Czy to jest jeden większy projekt?

Nie, to są pojedyncze „wlepki”. Bardziej mi zależało, aby przyjmować te tatuaże od cenionych artystów, a nie tworzyć długofalowe projekty. Były to pojedyncze projekty znanych tatuatorów.

To wszystko, każdy pojedynczy element, musiało chyba ze sobą później współgrać, prawda? Tworzą one jakąś historię?

Niektóre tatuaże rzeczywiście mają jakąś historię, ale niektóre też wynikały tylko z chęci przyjęcia go od jakiegoś artysty.

Z któregoś z tych tatuaży jesteś szczególnie zadowolony?

Myślę, że ze wszystkich jestem zadowolony, ale największe znaczenie mają te związane z moją rodziną. Mam wytatuowane daty urodzenia ważnych dla mnie osób, istotne imiona, choć oprócz dużego imienia mojego syna, są one trochę bardziej poukrywane. Każdy tatuaż jest jednak dla mnie bardzo ważny i wszystkie mi się podobają.

Widzę na Twoich ramionach bardzo różne tatuaże – jakieś oko, Indianin, budzik…

Każdy ma jakieś swoje znaczenie. Ów „budzik” to raczej zegar , na którym przedstawiona jest godzina urodzenia mojego syna.

A Indianin?

To z kolei miało związek z kulturą oraz cechami, które się kojarzą z tym wizerunkiem, jak choćby odwaga.

Odchodząc od tatuaży, kolejna rzecz, która jest ciekawa to to, że aktualnie walczymy o mistrzostwo Polski, a Ty to mistrzostwo na swoim koncie już masz. Możesz powiedzieć, o co dokładnie chodzi? Bo to jest dość nietypowa historia.

To trochę nietypowa sprawa, bo kiedy byłem młodym chłopakiem, miałem 18-19 lat, to pracowałem w magazynie, co wiązało się też z grą w „szóstkach” piłkarskich. Mieliśmy naprawdę fajną drużynę i jeździliśmy na różne turnieje. Na jednym z nich zdobyliśmy mistrzostwo firm wielobranżowych i motoryzacyjnych, a ja zostałem wybrany najlepszym zawodnikiem turnieju. To było fajne przeżycie, poznałem wielu kolegów, z którymi do dziś mam kontakt. Był to inny, nieco luźniejszy rodzaj grania, ale na pewno wpłynął też na mój rozwój.

Czy był w tej drużynie jeszcze jakiś zawodnik, który obecnie gra w Ekstraklasie, I lub II lidze?

Niestety, chyba nie. Raczej w ligach lokalnych na Mazowszu – III i IV lidze – grają jeszcze chłopaki, z którymi miałem okazję zdobywać te tytuły. Fajna sprawa, z tamtego okresu pozostało wiele wspomnień, a człowiek trochę inaczej do tej piłki podchodził. Nie była to wtedy jeszcze praca, a czysta miłość i hobby. Później się to przerodziło w coś poważniejszego, ale gdyby w tamtym momencie ktoś mi powiedział, że będę grał w Ekstraklasie o mistrzostwo Polski, to nie wiem, czy bym uwierzył. Mówimy przecież o osobie, która pracowała w magazynie i grała w IV lidze, a wieczorami jeszcze w lidze szóstek.

W Twojej karierze przez cały czas przewijają się losy ludzi, którzy aktualnie zarządzają Polskim Związkiem Piłki Nożnej. Dokładnie wiesz, o kogo chodzi… Możesz o tym opowiedzieć?

Pierwszą z tych osób był sekretarz generalny PZPN, Maciek Sawicki. Grałem wówczas z kolegami w A-klasowej drużynie Amprel Nowa Wieś, obok mojego rodzinnego miasta Pruszkowa. Pewnego razu Maciek pojawił się na treningu, gdyż właśnie przeprowadził się do Nowej Wsi. Został naszym kolegą z drużyny, wtedy się poznaliśmy. Był niezwykle skutecznym napastnikiem, samolubnym, ale dużo strzelał, więc nikt nie miał do niego pretensji.

Też grałeś wtedy jaki napastnik, więc była między Wami rywalizacja?

Tak, ale była ona typowo koleżeńska. Wiadomo, że Maciek strzelał więcej goli, bo poziom A-klasy nie był zbyt wysoki. Co sezon zdobywał 40-50 bramek. Było to nasze duże wzmocnienie. On sam robił dużą furorę na A-klasowych boiskach, bo wielu ludzi na Mazowszu go kojarzyło, ponieważ wcześniej grał w Legii Warszawa, Stomilu Olsztyn czy Koronie Kielce. To były uznane marki, więc był na A-klasowe warunki dość ciekawą postacią.

Spodziewałeś się wówczas, że kolega z drużyny może zostać sekretarzem generalnym Polskiego Związku Piłki Nożnej?

Nie podejrzewałem, że on pójdzie w takim kierunku, ale to bardzo inteligentny i dobrze wykształcony facet. Ta nauka go ciągle napędzała, on cały czas się chciał rozwijać. Zdawaliśmy sobie sprawę jako koledzy z drużyny, że może bardzo dużo osiągnąć, bo był zafiksowany na tym punkcie. Cieszę się, że we władzach PZPN jest tak kompetentna osoba. Myślę, że to odpowiedni człowiek na odpowiednim miejscu.

A potem przewinęły się dwie kolejne ważne osoby w polskiej piłce…

Tak, mowa tu o prezesie Zbigniewie Bońku, a także doradcy ds. sportowych Piotrze Burlikowskim. Oni wówczas byli związani z Zawiszą Bydgoszcz. Chcieli ratować klub, który był wówczas w II lidze, i chcieli z nim awansować o szczebel wyżej. Prezes Boniek brał udział w moim transferze z trzecioligowego GLKS Nadarzyn. Miałem problem, żeby się stamtąd wydostać, ale z pomocą prezesa Bońka i Piotra Burlikowskiego udało się to wszystko spiąć, dzięki czemu trafiłem do Zawiszy i rozpoczęliśmy nasz marsz do Ekstraklasy.

Gdy przy okazji Twojego przyjścia do Jagiellonii patrzyłem na kluby, w których miałeś okazję grać, to odniosłem wrażenie, że masz wiele wspólnego z naszym trenerem. Praktycznie każdą ligę w Polsce masz odhaczoną…

Wydaje mi się, że tak. W dawnych czasach zagrałem nawet kilka meczów w warszawskiej C-klasie. B-klasę i A-klasę na pewno zaliczyłem, „okręgówkę” również. Był też popularny na Mazowszu MLS, ale nie było to Major League Soccer, tylko „Mazowiecka Liga Seniorów” (śmiech). Czwarta, trzecia, druga, pierwsza liga i Ekstraklasa – to wszystko również mam zaliczone.

No to musisz doskonale znać folklor związany z naszą piłką na niższych szczeblach.

Było tego naprawdę bardzo dużo. Część tych historii już się zatarła, zdążyłem je zapomnieć. Folklor tych niższych lig często był bardzo dobrze widoczny, przez co było wiele śmiesznych sytuacji. Np. na Perle Złotokłos szatnie mieściły się w starym wagonie pociągowym, który był przewożony przez traktor.

Gdybyś miał wybrać takie TOP-3 takich sytuacji, to co byś jeszcze wybrał oprócz tych jeżdżących szatni?

Było sporo takich sytuacji. Raz, już nie pamiętam dokładnie, gdzie to było, ale było bardzo nerwowo na trybunach i ławkach rezerwowych, bo było to spotkanie o utrzymanie w A-klasie i stawka była bardzo wysoka. Był to mecz podwyższonego ryzyka (śmiech). Wygraliśmy ten mecz, a lokalnej społeczności się to nie spodobało. Różnych spięć w trakcie spotkania było bardzo wiele, można powiedzieć, że był to prawie mecz derbowy. My sami, jako dzieciaki, też nie do końca odpowiedzialnie się zachowywaliśmy, bo po strzelonych bramkach biegliśmy w stronę trybun i wykonywaliśmy różne gesty. Na pewno nie było to wtedy zbyt mądre i po meczu kibice na nas czekali. Na szczęście rozeszło się to wszystko po kościach, bo udało nam się uciec do miasteczka i nic nikomu się nie stało.

W innych kategoriach można rozpatrywać to, że w A-klasie mieliśmy okazję grać przeciwko Wojtkowi Kowalczykowi, który kiedyś grał w Legii Warszawa i Betisie Sewilla. Miał on swoją drużynę o wdzięcznej nazwie Absolwent, w której grało wielu znanych i doświadczonych zawodników. Gdy Wojtek przyjeżdżał na te boiska A-klasowe, to często musiał się nasłuchać różnych wyzwisk, ale znosił to naprawdę spokojnie, a po meczach ludzie robili sobie z nim zdjęcia, bo jego gra była swego rodzaju atrakcją dla tych lokalnych społeczności na tym szczeblu rozgrywek.

Jesteś też jedną z niewielu osób w polskiej piłce, która zaistniała w niej, mimo że swego czasu Twój transfer był rozliczany za pomocą sprzętu piłkarskiego.

Pierwszy transfer był właśnie „piłkowy” i w grę wchodziło kilka piłek. Była to śmieszna sprawa i ciężko mi stwierdzić, czy teraz też to tak funkcjonuje, ale było to zabawne być wartym sześć piłek i to nie tych topowych, tylko nieco gorszych, więc nie była to duża wartość (śmiech). Już nie pamiętam, czy były to przenosiny z Amprela Nowa Wieś do Piasta Piastów, czy ze Znicza do Amprela. Nazwy klubów nie powalają, ale na pewno było ciekawie.

W pewnym momencie łączyłeś więc grę w niższych ligach na trawie z ligą szóstek, szkołą i pracą…

Nie było łatwo i plan dnia był zazwyczaj bardzo napięty. Wieczorem człowiek czasem padał z nóg, ale też szybko się regenerował, bo kochałem grać w piłkę. Wiadomo, że praca dawała mi pieniądze, a to pozwalało mi być niezależnym. Udawało mi się to połączyć, choć dzień często wyglądał tak, że o szóstej wychodziłem do pracy, z której wracałem o piętnastej, często z panem Tadeuszem, który ogarniał te „szóstki” i był mega zapaleńcem piłki nożnej. On mnie wtedy podwoził na trening w Piastowie, w IV lidze, a prosto po tym treningu jechałem na te „szóstki” i wracałem do domu koło 23-24. W „szóstkach” grałem często w dwóch czy trzech drużynach, więc trochę tego było.

W jakich drużynach grałeś?

Najpierw było to JC Auto, firma motoryzacyjna Japan Cars, która później połączyła się z Intercars, więc mowa jest o dość znanych firmach. Parę sukcesów z nimi osiągnąłem, a nawet udało się czasem coś zarobić, bo kiedy zostaliśmy mistrzem Polski, a ja najlepszym zawodnikiem, to była solidna premia (śmiech). Były to fajne czasy, a jeszcze udało się jeszcze skończyć licencjat z politologii ze specjalizacją doradztwo personalne. Oczywiście zaocznie i trochę się to przedłużyło, bo szczególnie grając w wyższych ligach nie jest łatwo to wszystko pogodzić. To był rodzaj studiów eksternistycznych i dostawałem wykłady na płytach, a ja sam musiałem je obejrzeć. Czasem dziwnie to wyglądało, gdy siedziałem sam przed laptopem, a za biurkiem siadał profesor i mówił trzy-cztery godziny. Nie było łatwo, ale udało się skończyć te studia. Jestem za to bardzo wdzięczny swojej żonie, która naciskała na mnie i pilnowała, żebym tego nie zaniedbał, bo później to się może przydać. Z perspektywy czasu bardzo się cieszę, że udało mi się to skończyć, a kiedyś być może pomyślę o magisterce, jak już będę miał trochę więcej czasu.

Ten kierunek studiów był jakoś powiązany z Twoimi zainteresowaniami?

Zawsze byłem ciekawy świata. Lubię być ze wszystkim na bieżąco. Lubię być dobrze poinformowanym i wiedzieć dużo na wiele tematów, aby mieć swoje zdanie. To też w jakiś sposób ukierunkowało wybór kierunku studiów, bo było to ciekawe i nie ukrywam, że zawsze byłem mocniejszy z historii i przedmiotów humanistycznych, niż z matematyki. Tu się dobrze odnajdywałem, podczas gdy nauki ścisłe nie były moją mocną stroną. Myślę, że był to dla mnie naturalny wybór.

Studia zacząłem, gdy grałem chyba w III lidze w Nadarzynie. Później przeprowadziłem się do Bydgoszczy i musiałem jeździć do Warszawy, na co niełatwo było się zmotywować. To była Wyższa Szkoła Stosunków Międzynarodowych i Amerykanistyki. Oni dostarczali wykłady przez opiekuna grupy, ale na trzydniowe egzaminy już musiałem się stawić w Warszawie.

W klubie nie robili Ci z tego powodu problemów?

Kilkakrotnie ciężko to było zorganizować, ale raczej nikt nie robił większych problemów i dobrze się to wszystko układało.

Spotykałeś się ze zdziwieniem, że łączysz to wszystko?

Myślę, że stereotyp „piłkarza-głupka” już się zaciera. Wielu zawodników dba o swoje wyksztalcenie, dzięki czemu w tej grupie jest już wielu ludzi wykształconych. Ja sam znam wiele takich osób i powiedziałbym, że naprawdę niewielu jest już piłkarzy, którzy są zupełnie nieżyciowi, mało ogarnięci i niewykształceni. Raczej idzie to w pozytywnym kierunku i większość dba o siebie, swoją wiedzę, aby ta głowa również się rozwijała.

Uważasz, że ten trend to jest pewnego rodzaju odpowiedź na ten stereotyp, o którym wspomniałeś? Czy po prostu świadomość zawodników jest zupełnie inna?

Myślę, że z czasem to wszystko ewoluowało. Wiadomo, że kiedyś to wyglądało zupełnie inaczej. Później to wykształtowało się tak, że zawodnicy sami chcieli się rozwijać, a tego czasu też nie było tak mało. Człowiek skończył trening, posiedział trochę w klubie, zadbał o siebie i miał wolne. Kto chciał się rozwijać, to na pewno znalazł na to czas i mógł to uczynić.

W pewnym momencie łączyłeś więc grę w niższych ligach na trawie z ligą szóstek, szkołą i pracą…

Nie było łatwo i plan dnia był zazwyczaj bardzo napięty. Wieczorem człowiek czasem padał z nóg, ale też szybko się regenerował, bo kochałem grać w piłkę. Wiadomo, że praca dawała mi pieniądze, a to pozwalało mi być niezależnym. Udawało mi się to połączyć, choć dzień często wyglądał tak, że o szóstej wychodziłem do pracy, z której wracałem o piętnastej, często z panem Tadeuszem, który ogarniał te „szóstki” i był mega zapaleńcem piłki nożnej. On mnie wtedy podwoził na trening w Piastowie, w IV lidze, a prosto po tym treningu jechałem na te „szóstki” i wracałem do domu koło 23-24. W „szóstkach” grałem często w dwóch czy trzech drużynach, więc trochę tego było.

W jakich drużynach grałeś?

Najpierw było to JC Auto, firma motoryzacyjna Japan Cars, która później połączyła się z Intercars, więc mowa jest o dość znanych firmach. Parę sukcesów z nimi osiągnąłem, a nawet udało się czasem coś zarobić, bo kiedy zostaliśmy mistrzem Polski, a ja najlepszym zawodnikiem, to była solidna premia (śmiech). Były to fajne czasy, a jeszcze udało się jeszcze skończyć licencjat z politologii ze specjalizacją doradztwo personalne. Oczywiście zaocznie i trochę się to przedłużyło, bo szczególnie grając w wyższych ligach nie jest łatwo to wszystko pogodzić. To był rodzaj studiów eksternistycznych i dostawałem wykłady na płytach, a ja sam musiałem je obejrzeć. Czasem dziwnie to wyglądało, gdy siedziałem sam przed laptopem, a za biurkiem siadał profesor i mówił trzy-cztery godziny. Nie było łatwo, ale udało się skończyć te studia. Jestem za to bardzo wdzięczny swojej żonie, która naciskała na mnie i pilnowała, żebym tego nie zaniedbał, bo później to się może przydać. Z perspektywy czasu bardzo się cieszę, że udało mi się to skończyć, a kiedyś być może pomyślę o magisterce, jak już będę miał trochę więcej czasu.

Ten kierunek studiów był jakoś powiązany z Twoimi zainteresowaniami?

Zawsze byłem ciekawy świata. Lubię być ze wszystkim na bieżąco. Lubię być dobrze poinformowanym i wiedzieć dużo na wiele tematów, aby mieć swoje zdanie. To też w jakiś sposób ukierunkowało wybór kierunku studiów, bo było to ciekawe i nie ukrywam, że zawsze byłem mocniejszy z historii i przedmiotów humanistycznych, niż z matematyki. Tu się dobrze odnajdywałem, podczas gdy nauki ścisłe nie były moją mocną stroną. Myślę, że był to dla mnie naturalny wybór.

Studia zacząłem, gdy grałem chyba w III lidze w Nadarzynie. Później przeprowadziłem się do Bydgoszczy i musiałem jeździć do Warszawy, na co niełatwo było się zmotywować. To była Wyższa Szkoła Stosunków Międzynarodowych i Amerykanistyki. Oni dostarczali wykłady przez opiekuna grupy, ale na trzydniowe egzaminy już musiałem się stawić w Warszawie.

W klubie nie robili Ci z tego powodu problemów?

Kilkakrotnie ciężko to było zorganizować, ale raczej nikt nie robił większych problemów i dobrze się to wszystko układało.

Spotykałeś się ze zdziwieniem, że łączysz to wszystko?

Myślę, że stereotyp „piłkarza-głupka” już się zaciera. Wielu zawodników dba o swoje wyksztalcenie, dzięki czemu w tej grupie jest już wielu ludzi wykształconych. Ja sam znam wiele takich osób i powiedziałbym, że naprawdę niewielu jest już piłkarzy, którzy są zupełnie nieżyciowi, mało ogarnięci i niewykształceni. Raczej idzie to w pozytywnym kierunku i większość dba o siebie, swoją wiedzę, aby ta głowa również się rozwijała.

Uważasz, że ten trend to jest pewnego rodzaju odpowiedź na ten stereotyp, o którym wspomniałeś? Czy po prostu świadomość zawodników jest zupełnie inna?

Myślę, że z czasem to wszystko ewoluowało. Wiadomo, że kiedyś to wyglądało zupełnie inaczej. Później to wykształtowało się tak, że zawodnicy sami chcieli się rozwijać, a tego czasu też nie było tak mało. Człowiek skończył trening, posiedział trochę w klubie, zadbał o siebie i miał wolne. Kto chciał się rozwijać, to na pewno znalazł na to czas i mógł to uczynić.

Ostatecznie trafiłeś wtedy jednak do Zawiszy…

Dokładnie. Wróciłem już do Nadarzyna, zdążyłem rozegrać jeden mecz ligowy w II lidze, a pewnego dnia dzwoni do mnie jakiś długi numer, w którym jest pełno „trójek”. Myślę – „co to za numer?”. Jak się później okazało, był to włoski numer Zbigniewa Bońka, choć na początku myślałem, że ktoś sobie ze mnie robi jaja, ale w sumie głos prezesa jest bardzo charakterystyczny, więc dość szybko zorientowałem się, że to wszystko na poważnie. Byłem pod sporym wrażeniem, że dzwoni do mnie legenda polskiej piłki. To było coś bardzo fajnego.

To wszystko mogło trochę zamieszać w głowie, prawda? Awans, testy w Lechii, telefon od prezesa Bońka…

Oj tak… a jeszcze był ślub! Wszystko działo się w ciągu półtora miesiąca. Trzeba przyznać, że w tym czasie bardzo wiele wydarzyło się w moim życiu. To było bardzo ciekawe i niezwykle intensywne lato (śmiech).

Sam przeskok z Nadarzyna do Zawiszy też dało się odczuć?

Nie da się ukryć, że tak było. Na mecze w Nadarzynie przychodziło po 300-400 osób, a na tym samym poziomie, ale już w Bydgoszczy, na trybunach było po 5-6 tysięcy.  Widać było głód wielkiej piłki w tym mieście. Była olbrzymia różnica, jeśli chodzi o sprawy organizacyjne, funkcjonowanie klubu.

Stałeś się wtedy jedną z ważniejszych postaci odbudowującego się Zawiszy.

Zgadza się. W Bydgoszczy spędziłem pięć lat i wspominam to miasto bardzo dobrze. Urodził mi się tam syn, a także rozpoczęło się moje dorosłe życie z żoną po ślubie. To właśnie tam stawialiśmy pierwsze kroki i czuliśmy się bardzo dobrze.

Nie pomyślałeś, że może dobrze się stało, że Ci się w tej Lechii nie udało? Bo to właśnie w Bydgoszczy odnosiłeś największe sukcesy.

Nie patrzyłem na to w ten sposób, bo wiedziałem, że tego się już nie zmieni. Ja robiłem wszystko, ciężko pracowałem, żeby funkcjonowało to tak, jak ja tego chcę. Nikt mi nic nie dał za darmo. Wiem, ile to wszystko mnie kosztowało i jak wiele musiałem poświęcić, aby trafić do Ekstraklasy. Na pewno jestem zadowolony, że tak to wszystko się potoczyło. Udało mi się zadebiutować w Ekstraklasie, rozegrać w niej sporo meczów, chyba koło 150, ale grając w IV lidze i na mistrzostwach firm wielobranżowych, gdyby ktoś mi powiedział, że będę miał na koncie tyle spotkań w najwyższej klasie rozgrywkowej, a także będę grał na tak ładnych stadionach, jakie teraz mamy, w tym na Stadionie Narodowym o Puchar Polski, słuchając przy tym Mazurka Dąbrowskiego, to bym nie uwierzył. To są wspaniałe przeżycia i nikt mi ich nie odbierze.

Nie da się ukryć, że w pewnym momencie w szatni Zawiszy dominował język portugalski, bo tych Portugalczyków nagle zrobiło się w Waszej drużynie bardzo wielu. Jak to wówczas wyglądało?

Było naprawdę ciężko i był moment, kiedy się to wszystko wymknęło spod kontroli. Liczba obcokrajowców była zbyt duża, równowaga została zaburzona i nie funkcjonowało to tak, jak powinno. Szkoda, bo tą rundą jesienną zaprzepaściliśmy swoje szanse na utrzymanie. Wiosnę mieliśmy już rewelacyjną. Pod wodzą trenera Rumaka wygraliśmy w pewnym momencie nawet sześć meczów z rzędu, a gdyby patrzeć tylko na wyniki w rundzie wiosennej, to mielibyśmy piąte miejsce. Zabrakło jednak punktów z jesieni, bo wtedy mieliśmy chyba dziewięć punktów po 21 meczach, a to był katastrofalny wynik.

Ta zachwiana równowaga to była Twoim zdaniem główna przyczyna takiego stanu rzeczy?

Myślę, że było ich więcej, ale to zachwianie równowagi na pewno było jedną z nich. Atmosfera w drużynie nie była dobra, a nieszczęścia się kumulowały, bo były takie mecze, gdy graliśmy naprawdę nieźle, a piłka nie chciała wpaść do siatki i przegrywaliśmy. Ciężko było to wszystko odkręcić i udało się to dopiero wiosną. Wtedy był to już jednak zupełnie inny zespół.

Masz jeszcze kontakt z tym środowiskiem bydgoskim? Bo nie wiem, czy wiesz, ale z Bydgoszczy jest również Jacek Góralski i gdy jego brat przyjeżdżał do Białegostoku, to rozmawiało się o tym, że czuć tam sportową złość i żal, że tak długo się to wszystko odbudowywało, a tak szybko się to posypało.

Na pewno nie zakończyło się to tak, jak powinno, bo uważam, że Zawisza zasługuje na grę w Ekstraklasie. Jest mi przykro, że tak to wszystko się potoczyło. Mam nadzieję, że uda się to odbudować raz jeszcze i będzie to dobrze funkcjonowało. Mam wiele kontaktów z Bydgoszczy i staram się je utrzymywać, bo są to dla mnie ważni ludzie. Mam tam kolegów i znajomych na całe życie. Od mojego odejścia do Cracovii minęło już sporo czasu, a nadal utrzymujemy bardzo dobry kontakt. 

Latem 2015 roku przeniosłeś się właśnie do Cracovii. Łatwo było się przyzwyczaić do nowego otoczenia? Nieraz też można usłyszeć takie stwierdzenie, że gdy klub bierze zawodników ze spadkowicza, to będzie grał jak spadkowicz. Nie spotkałeś się z czymś takim?

Nie, bo Cracovia miała wtedy bardzo mocny zespół i grała bardzo dobrą piłkę. Za trenera Jacka Zielińskiego funkcjonowało to rewelacyjnie i z perspektywy czasu mogę tylko żałować, że nie udało nam się wskoczyć na ligowe podium, bo do trzeciego miejsca zabrakło nam chyba tylko punktu. Jest we mnie duży żal, że to nam się nie powiodło. Zabrakło bardzo niewiele, a zdobycie medalu byłoby dużą sprawą dla nas wszystkich i dla całej Cracovii. To mogłaby być świetna motywacja do dalszej ciężkiej pracy w kolejnym sezonie. Niestety, stało się inaczej. Nie udało się tej dobrej gry przełożyć na kolejny sezon i nie funkcjonowało to już tak dobrze. Mocno się osłabiliśmy i nie wyglądało to kolorowo. Znajomości i cała masa przyjaciół oraz kolegów stamtąd pozostaną jednak na całe życie. Mieliśmy bardzo fajny zespół i graliśmy naprawdę ładną dla oka piłkę. Oglądało się nas z przyjemnością.

Nie chcę dyskutować tu z decyzją trenera, ale patrząc na liczbę Twoich występów w poprzedniej rundzie, to nic nie wskazywało, że możesz dołączyć do grona zawodników, którzy będą musieli szukać zimą nowego klubu.  Czy było to dla Ciebie zaskoczeniem? Bo jak wcześniej rozmawialiśmy, to sam mówiłeś, że Twoja forma nie była taka, jakiej byś sobie życzył. Z drugiej strony, gdybyś naprawdę grał piach, to nie rozegrałbyś 18 meczów.

Trudno mi się wypowiadać na ten temat, bo to wciąż bardzo świeża sprawa. Być może kiedyś spojrzę na to trochę inaczej, ale rozgoryczenie było dosyć spore. Rozmawiałem dość długo z Cracovią na temat przedłużenia kontraktu. Nie potoczyło się to jednak tak, jak powinno. Miałem też po dobrej wiośnie kilka ciekawych propozycji, ale Cracovia chciała mnie zatrzymać. Rozmawialiśmy o nowym kontrakcie, a później wiadomo, jak to się potoczyło. W przedostatnim meczu złapałem kontuzję kolana, miałem artroskopię i to już wtedy, gdy rozpoczynał się okres przygotowawczy. Uciekły mi przygotowania, ale nie chciałbym zrzucać na to całej winy, bo później bardzo mocno pracowałem, aby to nadrobić i praktycznie z marszu wskoczyłem do składu. Nie wyglądało to jednak tak, jakbym sobie tego życzył, ponieważ wiem, że stać mnie na dużo więcej. Wymagam od siebie bardzo dużo, a było kilka meczów, po których miałem do siebie sporo pretensji. Trzeba jednak uczciwie przyznać, że generalnie nie funkcjonowało to tak, jak powinno.

Teraz, gdy w Belek jest również Cracovia, to ten temat w pewien sposób się odświeża.

Zgadza się, ale ja życzę Cracovii jak najlepiej. Niech jej się wiedzie, ale teraz jestem w Jagiellonii i będę robił na boisku wszystko, aby to ona wygrywała jak najczęściej i zdobywała jak najwięcej punktów. Cracovia to dla mnie temat zamknięty, nawet pomimo tego, że mam tam wielu znajomych. Żałuję, że to pożegnanie się odbyło w taki sposób, ale to jest piłka i tu nie ma żadnych sentymentów. Teraz będę mocno pracował, aby pokazać, że zrezygnowanie ze mnie było błędem.

Wróćmy jeszcze do tematu studiów. Mówisz, że masz licencjat, ale szczerze myślę, że na tym się nie skończy. Myślałeś już o tym, co dalej?

Myślałem już o magisterce, ale teraz żona jest w drugiej ciąży i nie będę miał zbyt wiele czasu. Do tego dochodzi przeprowadzka i muszę ogarnąć sporo spraw w Białymstoku. Zobaczymy, gdy to wszystko się poukłada. Wtedy pomyślę, jak to wszystko pogodzić. W tym roku będzie ciężko, ale może uda się to w przyszłym, gdy będzie już nieco spokojniej. Może wtedy się za to wezmę.

Myślałeś, na jaki kierunek miałbyś się zdecydować? Poszedłbyś głębiej w politologię?

Szczerze mówiąc, to nie było na to jeszcze okazji. To jest na razie odległy temat. Teraz najważniejsze jest to, aby się dobrze przygotować i funkcjonować w nowej drużynie. Na kontynuację studiów jeszcze będzie czas, bo to mogę uczynić nawet już po zakończeniu gry w piłkę i nie będzie większego problemu.

Co robi Kuba Wójcicki, kiedy nie trenuje i nie gra w piłkę?

Głównie spędzam czas ze swoją rodziną. Mam czteroletniego synka, który jest pełen energii i wymaga ciągłej uwagi. Wraz z żoną często chodzimy na spacery, bawimy się we trójkę i spędzamy wspólnie czas. W domu staram się odłączyć od piłki i zapomnieć o całym świecie, aby poświęcić się rodzinie.

A jeśli chodzi o jakieś zainteresowania oprócz wspomnianych tatuaży?

Muszę przyznać, że nie da się do końca uciec od piłki. Te mecze zawsze lecą gdzieś w tle, na przykład podczas zabawy. Jak mam chwilę dla siebie, to lubię z żoną oglądać seriale albo odpalić Call of Duty i trochę postrzelać w sieci. Czytam też dużo książek. Był taki moment, gdy w tygodniu potrafiłem ich kilka pochłonąć i było to moim hobby. Lubię czytać dobre książki.

Modele piłkarskiej kariery są różne. Jednym jest przechodzenie przez kolejne szczeble akademii dobrze zorganizowanego klubu, debiut w drużynie seniorskiej, spędzenie tam większości kariery i identyfikowanie się z tym klubem. Ty jednak musiałeś się przebijać przez C-klasę, B-klasę, itd. co na pewno nie było łatwe. Myślałeś w pewnym momencie, żeby to sobie odpuścić?

Nigdy nie było takiego momentu, że powiedziałbym sobie, że odpuszczam to wszystko. Było to dla mnie zbyt ważna część mojego życia. Była to część mnie i nie wyobrażałem sobie, że mógłbym funkcjonować bez piłki. Nawet pracując gdzieś indziej, gdyby to się nie potoczyło tak, jak bym tego chciał, to i tak ta piłka by się gdzieś przewijała, nawet w niższych ligach. Jest ona dla mnie zbyt ważna i nie byłbym w stanie z niej zrezygnować.

Powiedz, w którym momencie piłka nożna z hobby zaczęła dla Ciebie stawać się pracą? Odczułeś takie przejście?

Myślę, że była to końcówka mojej przygody w Nadarzynie i początek gry w Zawiszy. To obserwowanie, jak funkcjonuje Zawisza, który organizacyjnie wyprzedzał drugoligowe standardy, powodowało, że naprawdę uwierzyłem, że coś z tego może być i przy odrobinie szczęścia mogło to fajnie zafunkcjonować.

Chciałem Cię jeszcze zapytać o Twoją uniwersalność. Uważasz to za atut, czy jednak trochę za przekleństwo?

Ciężko powiedzieć. Na pewno jest to dobre dla drużyny, bo zawodnik może wówczas wskoczyć do składu na różne pozycje. Jest to wtedy kwestia potrzeby chwili – w razie jakiejś kontuzji czy kartek się wskakuje na dwa – trzy mecze i jest okej.  Na dłuższą metę lepiej jednak grać na jednej pozycji, bo wówczas buduje się pewność siebie i przyswaja się odpowiednie nawyki.

A jak w Twoim przypadku wyglądało to przesuwanie na różne pozycje?

Zaliczyłem już praktycznie wszystkie pozycje w meczach Ekstraklasy, za wyjątkiem stopera i bramkarza. Trochę tego było… Grałem jako napastnik, jako „dziesiątka”, na obu skrzydłach, a nawet w środku pola i na bokach obrony. Najczęściej po prostu potrzebował tego trener z powodu różnych kontuzji, a że ja miałem taką łatwość do adaptowania się do nowych sytuacji i szybko łapałem to, czego oczekiwał ode mnie trener na danej pozycji, to jakoś to wyglądało. Zawsze to pozostawiałem ocenie trenera, a jeśli on był zadowolony, to już on decydował, jak to będzie wyglądać.

Kontakt

Jagiellonia Białystok S.S.A.

b Poniedziałek - piątek 08:00 - 16:00