AktualnościScepović: Gdy schodziłem z murawy Camp Nou, czułem ulgę [WYWIAD]

Scepović: Gdy schodziłem z murawy Camp Nou, czułem ulgę [WYWIAD]

Grał i strzelał w Hiszpanii, Szkocji, Serbii, Izraelu, Belgii, we Włoszech i na Węgrzech. Teraz ma zadbać o bramki dla Jagiellonii. Stefan Scepović, bo o nim mowa, w obszernym wywiadzie dla Jagiellonia.pl opowiedział nam o swojej barwnej, dotychczasowej karierze. Zapraszamy do lektury. 

Stefan, na początek chcielibyśmy Cię zapytać o podróżowanie. W trakcie ponad 10 lat Twojej seniorskiej kariery grałeś już w trzynastu klubach w siedmiu różnych państwach. Jagiellonia jest Twoim czternastym klubem. Lubisz podróżować?

Już rozmawiałem o tym z chłopakami. Miałem po prostu agentów, którzy chcieli się na mnie dorobić i wpływali na moje decyzje, przekonując do kolejnych transferów. To nie jest tak, że lubię zmieniać kluby. Byłem młody i chciałem po prostu grać w piłkę, a oni mnie zabierali od jednego klubu do drugiego. Gdyby to tylko ode mnie zależało, to nie zmieniałbym drużyny tak często. Uważam, że stabilizacja w jednym miejscu na kilka lat to dobre rozwiązanie.

Nie dziwię się, że ludzie tak odbierają ten fakt. To normalne, że mogą myśleć, że są ze mną jakieś problemy, ale to nie tak. Zawsze jestem gotów, aby pomóc drużynie. Moja przeszłość to długa historia, można by było napisać książkę, choć nie wszystkie rzeczy nadawałyby się do publikacji (śmiech).

Nie wszystko związane było z kwestiami piłkarskimi. Oczywiście, jak byłem młody, to mogłem zostać gdzieś na dwa-trzy lata, aby rozwijać się z roku na rok w jednym klubie, ale tak się nie stało i już nic na to nie poradzę. Tak to już było w mojej karierze, jednak staram się nie wracać do przeszłości, tylko skupiam się na tym, co jeszcze przede mną. Chcę pokazać się z dobrej strony w Jagiellonii.

Wiadomo, że niełatwo jest młodemu zawodnikowi wybierać klub. Jeszcze będąc nastolatkiem, przeniosłeś się do Sampdorii.

To była dość dziwna sytuacja. Trenowałem z pierwszym zespołem w Serbii i pewnego razu na treningu starsi zawodnicy żartowali sobie ze mnie, że zaraz pójdę do Realu Madryt, itd. Starałem się odgryzać, mówiąc, że kto wie, może w przyszłości tak się stanie. Wygląda jednak na to, że wiedzieli coś więcej, bo po zajęciach zadzwonił do mnie dyrektor sportowy i powiedział: „Jak już wiesz, jutro jedziesz do Genui, do Sampdorii”. Tyle że dotąd ja nic o tym nie wiedziałem, usłyszałem o tej sprawie po raz pierwszy, a następnego dnia miałem lot. To było przyjemne uczucie dla młodego zawodnika. Gdy wróciłem do domu, to mój tata był zszokowany, a mama zaczęła płakać. Słyszałem: „Jak to jutro wyjeżdżasz? Jesteś bardzo młody.”, itp.

Niespecjalnie miałem nawet wybór, bo gdybym zdecydował się zostać, to za to trenowałbym z drużyną młodzieżową. Serbskie kluby żyją z takich transferów. To było półroczne wypożyczenie z opcją obowiązkowego wykupu po sezonie. W Genui dobrze sobie radziłem w drugiej drużynie, a w pierwszym zespole zasiadałem co mecz na ławce rezerwowych. Nic w tym dziwnego, bo Sampdoria miała takich napastników, jak Antonio Cassano czy Giampaolo Pazzini. Mogłem się od nich wiele nauczyć, aczkolwiek ciężko było mi wygrać z nimi rywalizację. Szło mi całkiem dobrze, ale po sezonie Sampdoria mnie ostatecznie nie wykupiła. OFK próbowało zarobić na mnie jeszcze większe pieniądze i działacze z Genui stwierdzili, że skoro klub nie chce tej sumy zapisanej w umowie, to trudno. To była duża kwota, około miliona euro, ale w Belgradzie uznano, że można dostać za mnie jeszcze więcej.

Wybierałem pomiędzy ofertami Juventusu i Club Brugge.  W Juve pewnie czekałoby mnie jakieś wypożyczenie, więc zdecydowałem się na Belgię. Być może zrobiłem dobrze, być może źle, ale we Włoszech wtedy było bardzo ciężko młodym zawodnikom. Nie było tak, jak teraz, że młodzi często dostają swoje szanse. Gdy byłem w Sampdorii, to zdecydowana większość zawodników była powyżej 25. roku życia. Wszyscy byli doświadczeni. Rozmawiałem z moim tatą, który również był piłkarzem, i podjęliśmy decyzję, że Club Brugge będzie dla mnie lepszym wyborem, bo tam dostanę więcej szans, podczas gdy w Juventusie jest bardzo trudno przedostać się do pierwszego zespołu i wielu młodych piłkarzy nie ma na to okazji, wędrując od jednego wypożyczenia do drugiego. Taka jest piłka i taką podjęliśmy decyzję.

Patrząc z perspektywy czasu, o którym klubie możesz powiedzieć, że najbardziej się tam rozwinąłeś i nauczyłeś się najwięcej?

Z pewnością to będzie Sampdoria. Z poziomu ligi serbskiej trafiłem na ten najwyższy. Wprawdzie dla pierwszej drużyny zagrałem tylko dwa mecze – przeciwko Parmie grałem w wyjściowej jedenastce, a później wystąpiłem jeszcze w derbach z Genoą. To był wielki mecz, pamiętam nawet słowa trenera Luigiego Del Neriego, który powiedział mi: „Po prostu wejdź na boisko i biegaj”. Wtedy Cassano, który w pierwszej połowie strzelił gola, doznał kontuzji i nie mógł kontynuować gry. Musiał opuścić plac gry już w 55. minucie, więc grałem ponad pół godziny w derbach. To było coś wyjątkowego. Czułem się, jakby ktoś mnie nakręcił, bo wszedłem na boisko i do końca meczu byłem ciągle w biegu – lewo, prawo, do przodu, do tyłu… Byłem nawet bliski strzelenia gola, miałem już praktycznie piłkę na głowie, gdy w ostatniej chwili uprzedził mnie obrońca. W Genui nauczyłem się jednak bardzo wiele, ponieważ otaczali mnie bardzo doświadczeni piłkarze – w środku był Palombo, w ataku Cassano i Pazzini. W Sampdorii było wielu świetnych zawodników i czułem się tam, jak w programie telewizyjnym – „wow, jestem z nimi w jednej szatni”. To było duże przeżycie.

W Belgii nie grałeś zbyt wiele.

Zgadza się, ale tak naprawdę nie miałem tam nawet okazji do pokazania swoich umiejętności. Podpisałem bardzo długi kontrakt i miałem dwóch rywali do miejsca w składzie, z których jeden z nich był reprezentantem Nigerii (Joseph Akpala – przyp.red.). Dostałem szansę w meczu z PAOK-iem Saloniki w Lidze Europy i strzeliłem wtedy gola na 1:1. Mimo że wielu mi gratulowało tego występu, trener do mnie nie powiedział nawet ani słowa. Wydaje mi się, że dla młodego zawodnika wsparcie klubu i trenera jest bardzo ważne, dlatego to było dla mnie coś dziwnego. Z Brugii również mam jednak dobre wspomnienia, bo to naprawdę duży klub, jeden z największych w Belgii.

Potem przeprowadziłeś się do Izraela.

Już w Brugii miałem kłopoty z agentami. Dokonałem zmiany i wtedy tak naprawdę za sprawą nowego agenta to „podróżowanie” rozpoczęło się na dobre. Przeniosłem się do małego klubu z Izraela, Hapoelu Akka. Nie wiedziałem zbyt wiele o tamtejszej lidze, ale agent przekonywał mnie, że to zespół, który zawsze walczy o pierwszą piątkę, a tak naprawdę oni dopiero rok wcześniej po raz pierwszy awansowali do ekstraklasy, tylko że ja o tym nie wiedziałem. W tamtym sezonie rozegrałem ponad 30 meczów, strzeliłem 14 goli i miałem 7 asyst, więc poszło mi naprawdę dobrze. Byłem w bardzo wysokiej formie i udało mi się nawet zadebiutować w reprezentacji, mimo że grałem tylko w Izraelu.

No i się zaczęło… Agent zaczął mi przedstawiać kolejne oferty: „Olympiakos przyjechał cię zobaczyć, Hertha cię obserwuje…”, a ostatecznie znalazłem się z powrotem w Partizanie Belgrad. Przez pół sezonu strzeliłem tam dziewięć goli. Agenci, którzy mieli w tym klubie bardzo silną pozycję, zamiast powiedzieć: „Niech Stefan tu zostanie jeszcze jakiś czas, a później będzie można go sprzedać za duże pieniądze”, zafundowali mi kolejne wypożyczenie do Izraela, na cztery miesiące. Wszystko to pamiętam bardzo dobrze. W trzynastu meczach, które pozostały wówczas do końca sezonu, strzeliłem sześć bramek i miałem 2-3 asysty, a cały sezon zakończyłem w sumie z 15 golami dla obu klubów.

Latem 2013 roku musiałem wrócić do Partizana na okres przygotowawczy, na którym wyglądałem naprawdę dobrze. Nowy trener chciał mnie w zespole, ale klub wówczas stwierdził, że jestem bardzo drogi i na horyzoncie pojawił się hiszpański Sporting Gijon. Na początku powiedziałem, że zobaczymy, że to duży klub, ale mimo wszystko z drugiej ligi… Myślałem, że po strzeleniu 15 goli będę mógł przebierać w ofertach, jednak ostatecznie się tam przeniosłem. To był bardzo dobry wybór.

W Gijon rozegrałeś najlepszy sezon w swojej karierze.

Dokładnie tak. W ciągu roku zdobyłem 23 bramki i zanotowałem 10 asyst.

Transfermarkt informuje, że tych asyst było 9.

Na pewno 10, każdą z nich pamiętam bardzo dobrze! Jestem jak wikipedia (śmiech)!

Zimą zostałeś wykupiony przez Sporting, a mimo to nie rozpocząłeś tam nawet drugiego sezonu. Co się stało?

Na początku byłem przekonany, że podpisałem trzyletni kontrakt z tym klubem, przynajmniej tak mi mówił mój agent. Od początku sezonu do stycznia strzeliłem 15 goli i miałem dobre oferty, ale Sporting odrzucał je ze względu na to, że był na drugim miejscu w tabeli. W Gijon stwierdzono, że teraz nie potrzebują pieniędzy, skoro możemy wywalczyć awans do Primera Division, co wiąże się z zarobkiem rzędu 55 milionów euro z praw telewizyjnych. Pewnego dnia przeczytałem w gazecie, że Sporting kupuje Stefana. Zastanawiałem się, o co tu chodzi, przecież jestem ich zawodnikiem. Okazało się, że dotąd byłem tylko na rocznym wypożyczeniu, a moja karta zawodnicza była w rękach agencji menedżerskiej, która miała do mnie 100% praw, o czym zupełnie nie wiedziałem. Zostałem wykupiony przez Sporting za około milion euro, więc menedżerowie zrobili całkiem dobry interes.

Zakończyłem sezon z 23 bramkami na koncie i był to mój najlepszy rok w karierze, bo dotąd strzelałem w jednym sezonie maksymalnie kilkanaście bramek. Trzy kolejne lata były naprawdę dobre w moim wykonaniu. Podpisałem nowy, czteroletni kontrakt ze Sportingiem, ale już na poziomie pierwszej ligi, a nie drugiej, tyle że ostatecznie nie udało nam się awansować, bo w barażach przegraliśmy z Las Palmas. Wydawało się, że zostanę w klubie na kolejny sezon. Przez długi czas nic się nie działo, a ostatecznie wylądowałem w Celticu.

Znowu zostałeś zaskoczony.

Tak, to była dla mnie niespodzianka. Celtic jest wielkim klubem, ale przychodziłem z Hiszpanii, gdzie futbol jest zupełnie inny. W Szkocji jest on bardzo fizyczny i choć Celtic grał niezłą piłkę, to ta zmiana była dla mnie bardzo odczuwalna. Być może popełniłem błąd, że nie zdecydowałem się tam pozostać dłużej niż rok i być może przyzwyczaić się do tych warunków.

Transfer do Celticu był Twoją decyzją czy ponownie ktoś decydował za Ciebie?

Prawdę mówiąc, Celtic był moją jedyną opcją. Sporting wziął już wtedy innego zawodnika o podobnym profilu, co ciekawe, również z mojej agencji. Powiedziano, że w Sportingu nie ma na mnie pieniędzy, a później sprzedali tam kogoś innego za większe pieniądze. Okłamali mnie i wtedy zakończyłem z nimi współpracę.

Trzeba przyznać, że nie miałeś szczęścia do menedżerów.

Futbol to coś zupełnie innego niż to, o czym się myśli, gdy zaczyna się trenować. Obecnie to jeden wielki biznes. Gdy widzisz, za ile sprzedawane są prawa telewizyjne, można złapać się za głowę. Nie będę jednak narzekał. Cieszę się, że grałem w tych zespołach. To duże kluby, w których zebrałem sporo doświadczeń.

Celtic to mimo wszystko największy klub, w którym grałeś, prawda? Być może można go jeszcze porównywać z Partizanem.

Tak, ale to zupełnie inna kultura. W Szkocji futbol jest wielką rzeczą, z której czerpie się wiele przyjemności. Pamiętam, jak graliśmy mecze wyjazdowe, a połowa stadionu była biało-zielona. To było bardzo fajne odczucie i duże doświadczenie.

Ostatecznie po roku wróciłeś do Hiszpanii.

To była moja decyzja. Gdyby byłem dzieckiem, marzyłem o grze w Primera Division. Mogłem spełnić to marzenie. Po pierwszej połowie sezonu z Getafe byliśmy blisko strefy europejskich pucharów, a ostatecznie sezon zakończył się smutkiem, bo spadliśmy do drugiej ligi. W drugiej połowie sezonu zdobyliśmy zaledwie osiem punktów, była ona naprawdę zła w naszym wykonaniu, a mieliśmy w drużynie naprawdę dobrych zawodników. Do dzisiaj nie wiem, jak to mogło się stać, że zanotowaliśmy serię bodajże dziesięciu meczów bez zwycięstwa. Po czymś takim nie jest łatwo podnieść się mentalnie, ale to  nam się udało i w ostatniej kolejce, w spotkaniu z Betisem, mieliśmy wszystko w swoich nogach.

Niedługo przed tym strzeliłem gole zarówno Sportingowi Gijon, jak i Valencii. Przy zwycięstwie Betisu utrzymywaliśmy się w La Liga, a wtedy spadał Sporting. Oni grali z Villarreal na własnym boisku, a my w Sewilli. Betis wówczas był drużyną środka tabeli, która już o nic nie walczyła. Z drugiej strony kibice Betisu i Sportingu bardzo się lubią, cały stadion krzyczał „Sporting, Sporting!”, wymagając, abyśmy to my ostatecznie spadli. Przegraliśmy 1:2 i w naszej szatni było niezwykle smutno, nie zabrakło łez. Wszystko dlatego, że mieliśmy naprawdę dobrą pierwszą rundę, a druga była koszmarna.

Rok później z kolei świętowaliście powrót do elity.

Spędziłem w Getafe, które mieści się na przedmieściach Madrytu, dwa sezony. W drugim sezonie nie mieliśmy dobrego początku. Po siedmiu kolejkach byliśmy nawet w strefie spadkowej. Nastąpiła jednak zmiana trenera i nowy szkoleniowiec, Jose Bordalas, zupełnie zmienił nasz styl gry. Zaczęliśmy grać tak, jak powinna drużyna w Segunda Division – twardo, nie tracąc bramek. Pod wodzą tego trenera grało mi się naprawdę dobrze. Strzeliłem zwycięskiego gola w meczu z Lugo (1:0), miałem dość sporo okazji bramkowych, w których brakowało mi szczęścia.

Pewnego razu, po meczu z Levante (1:1), trener powiedział mi: „Słuchaj, od teraz nie będziesz zawodnikiem pierwszej jedenastki. Nie wiem, co powiedzieć, bo nie ma tu określonej przyczyny, ale tak zadecydowałem.” Po tym spotkaniu musiałem czekać aż do ostatniej kolejki, żeby wyjść w podstawowym składzie. Graliśmy wówczas z Mallorcą i mieliśmy pewny awans do baraży. Zremisowaliśmy 3:3, a ja strzeliłem dwa gole. To mój pierwszy i ostatni od tamtej chwili mecz w podstawowej jedenastce Getafe, ale myślę, że potrafiłem w ten sposób odpowiedzieć trenerowi.

Trener Bordalas nie podał żadnego powodu, dlaczego podjął taką decyzję?

No właśnie nie! Graliśmy naprawdę dobrze, ale być może trener chciał jakoś odświeżyć drużynę. W piłce nożnej wszystko jest możliwe. Jednego dnia możesz być tu, drugiego tam, a trzeciego jeszcze gdzie indziej. Czasami to jest jak rollercoaster, ale tak bywa.

Powiedz jeszcze, jak wspominasz to spełnienie swojego marzenia, jakim była gra w La Liga?

To było coś wyjątkowego. Wszyscy jesteśmy szczęściarzami, bo żyjemy w erze, w której grają Leo Messi i Cristiano Ronaldo. To nieprawdopodobne, z jaką łatwością przyszło im zdobycie 400 bramek. Niektóre kluby w całej swojej historii nie są w stanie tego zrobić (śmiech). W Hiszpanii grałem przeciwko Messiemu, Neymarowi, Suarezowi, więc od momentu, gdy podpisałem kontrakt z Getafe, moje marzenie naprawdę zaczęło się spełniać. To świetna liga, moim zdaniem najlepsza na świecie i to nie tylko dlatego, że miałem okazję w niej grać. Styl gry, technika… Wszyscy świetnie radzą sobie z piłką, nawet bramkarze, którzy z powodzeniem mogliby grać w środku pola. To było wielkie przeżycie, grałem przeciwko najlepszym obrońcom na świecie.

A przeciwko któremu obrońcy grało Ci się najtrudniej?

Trudno powiedzieć… Ale pamiętam, że jak graliśmy z Realem Madryt, to otrzymałem solidnego kopniaka od Pepe. To jednak fantastyczny piłkarz. Wszyscy myślą, że on tylko fauluje, a to naprawdę znakomity zawodnik ze świetną techniką. Nikt przypadkowy nie gra w Realu tak długo. Do tego Ramos, Varane, Pique… Każdy z nich gra absolutnie na najwyższym światowym poziomie, ale trudno ich porównać, bo mają różne cechy. Trudno mi wybrać jednego najlepszego, bo nawet mniejsze kluby mają naprawdę dobrych obrońców.

Jak się czułeś, gdy stałeś w tunelu Camp Nou czy Santiago Bernabeu i widziałeś tych wszystkich największych piłkarzy obok siebie? Miałeś jakieś ciarki?

Nie, nie… Gdy wychodzisz na boisko, to oczywiście czujesz tę wspaniałą atmosferę, ale gdy sędzia gwizdkiem rozpoczyna spotkanie, jesteś skupiony tylko na swojej grze. Oczywiście, to fajne przeżycie, ale każdy z nas wykonuje swoją pracę. Staraliśmy się zrobić, co w naszej mocy, ale ostatecznie wysoko przegraliśmy te spotkania. W Barcelonie było nawet 0:6… Pamiętam, jak schodziłem z murawy jeszcze przy stanie 0:4, to szczerze mówiąc odetchnąłem z ulgą, że to już dla mnie koniec (śmiech).

Po takich spotkaniach można być wściekłym, że straciło się aż tyle goli, ale gdy oni otwierają wynik, to jest już naprawdę ciężko. Barcelona wtedy jeszcze chyba zmarnowała karnego. Pamiętam z tego meczu jedną sytuację, gdy Neymar przejął piłkę blisko linii pola karnego i było wokół niego sześciu zawodników, minął pięciu zawodników, a szósty „wystrzelił” go w powietrze.

Miałeś jakąś możliwość, aby pozostać w Primera Division?

Miałem rzeczywiście ofertę z Deportivo La Coruna, ale w Getafe uznano, że mnie potrzebują. Choć ta propozycja była całkiem niezła, działacze uznali, że chcą za mnie jeszcze więcej pieniędzy. Ostatecznie zostałem na Coliseum Alfonso Perez i wywalczyliśmy awans, co też było fajnym przeżyciem. Uwielbiam Hiszpanię, również tam się wychowałem, bo mój ojciec grał w tym kraju. Język hiszpański jest dla mnie jak serbski, w obu językach mówię równie dobrze. W sumie żyłem przez ponad 10 lat w Hiszpanii i bardzo dobrze wspominam ten czas.

A jak było tam z Twoim, dość trudnym nazwiskiem?

Muszę przyznać, że Hiszpanie nie potrafili go dobrze napisać, dlatego na koszulce zawsze umieszczałem sobie „Stefan”. Każdy wypowiadał „Scepović” zupełnie inaczej, więc byłem po prostu Stefanem.

Powiedz jeszcze, jak wspominasz to spełnienie swojego marzenia, jakim była gra w La Liga?

To było coś wyjątkowego. Wszyscy jesteśmy szczęściarzami, bo żyjemy w erze, w której grają Leo Messi i Cristiano Ronaldo. To nieprawdopodobne, z jaką łatwością przyszło im zdobycie 400 bramek. Niektóre kluby w całej swojej historii nie są w stanie tego zrobić (śmiech). W Hiszpanii grałem przeciwko Messiemu, Neymarowi, Suarezowi, więc od momentu, gdy podpisałem kontrakt z Getafe, moje marzenie naprawdę zaczęło się spełniać. To świetna liga, moim zdaniem najlepsza na świecie i to nie tylko dlatego, że miałem okazję w niej grać. Styl gry, technika… Wszyscy świetnie radzą sobie z piłką, nawet bramkarze, którzy z powodzeniem mogliby grać w środku pola. To było wielkie przeżycie, grałem przeciwko najlepszym obrońcom na świecie.

A przeciwko któremu obrońcy grało Ci się najtrudniej?

Trudno powiedzieć… Ale pamiętam, że jak graliśmy z Realem Madryt, to otrzymałem solidnego kopniaka od Pepe. To jednak fantastyczny piłkarz. Wszyscy myślą, że on tylko fauluje, a to naprawdę znakomity zawodnik ze świetną techniką. Nikt przypadkowy nie gra w Realu tak długo. Do tego Ramos, Varane, Pique… Każdy z nich gra absolutnie na najwyższym światowym poziomie, ale trudno ich porównać, bo mają różne cechy. Trudno mi wybrać jednego najlepszego, bo nawet mniejsze kluby mają naprawdę dobrych obrońców.

Jak się czułeś, gdy stałeś w tunelu Camp Nou czy Santiago Bernabeu i widziałeś tych wszystkich największych piłkarzy obok siebie? Miałeś jakieś ciarki?

Nie, nie… Gdy wychodzisz na boisko, to oczywiście czujesz tę wspaniałą atmosferę, ale gdy sędzia gwizdkiem rozpoczyna spotkanie, jesteś skupiony tylko na swojej grze. Oczywiście, to fajne przeżycie, ale każdy z nas wykonuje swoją pracę. Staraliśmy się zrobić, co w naszej mocy, ale ostatecznie wysoko przegraliśmy te spotkania. W Barcelonie było nawet 0:6… Pamiętam, jak schodziłem z murawy jeszcze przy stanie 0:4, to szczerze mówiąc odetchnąłem z ulgą, że to już dla mnie koniec (śmiech).

Po takich spotkaniach można być wściekłym, że straciło się aż tyle goli, ale gdy oni otwierają wynik, to jest już naprawdę ciężko. Barcelona wtedy jeszcze chyba zmarnowała karnego. Pamiętam z tego meczu jedną sytuację, gdy Neymar przejął piłkę blisko linii pola karnego i było wokół niego sześciu zawodników, minął pięciu zawodników, a szósty „wystrzelił” go w powietrze.

Miałeś jakąś możliwość, aby pozostać w Primera Division?

Miałem rzeczywiście ofertę z Deportivo La Coruna, ale w Getafe uznano, że mnie potrzebują. Choć ta propozycja była całkiem niezła, działacze uznali, że chcą za mnie jeszcze więcej pieniędzy. Ostatecznie zostałem na Coliseum Alfonso Perez i wywalczyliśmy awans, co też było fajnym przeżyciem. Uwielbiam Hiszpanię, również tam się wychowałem, bo mój ojciec grał w tym kraju. Język hiszpański jest dla mnie jak serbski, w obu językach mówię równie dobrze. W sumie żyłem przez ponad 10 lat w Hiszpanii i bardzo dobrze wspominam ten czas.

A jak było tam z Twoim, dość trudnym nazwiskiem?

Muszę przyznać, że Hiszpanie nie potrafili go dobrze napisać, dlatego na koszulce zawsze umieszczałem sobie „Stefan”. Każdy wypowiadał „Scepović” zupełnie inaczej, więc byłem po prostu Stefanem.

Kontakt

Jagiellonia Białystok S.S.A.

b Poniedziałek - piątek 08:00 - 16:00