AktualnościGaleria Sław Jagiellonii: #21 Marian Kelemen

Galeria Sław Jagiellonii: #21 Marian Kelemen

Jest pierwszym zawodnikiem Jagiellonii, który doczekał się przydomku „Superman”. Kibice wybrali go do „11” Stulecia. Przychodził do Białegostoku tuż przed piłkarską emeryturą, ale zdołał odcisnąć swoje piętno na grze „Żółto-Czerwonych”. Wcześniej miał bardzo bogatą karierę, naznaczoną rywalizacją z najlepszymi drużynami w Europie. Kiedy i w jakich okolicznościach obronił rzut karny strzelany przez Fernando Morientesa, po którym meczu imprezował do 6 rano, dlaczego w La Liga rozegrał zaledwie jeden mecz, czym Michał Probierz namówił go do transferu do Jagiellonii, a także kiedy przeżył wzruszenie w szatni? O tym i nie tylko przeczytacie w długim wywiadzie. Pięciokrotny medalista mistrzostw Polski, dwukrotny finalista rozgrywek o Puchar Polski, po prostu Marian Kelemen – członek Galerii Sław Jagiellonii, którego prezentujemy przed meczem ze Śląskiem Wrocław.

Znalazłeś się w Galerii Sław Jagiellonii, a białostoccy kibice umieścili Cię w „11 stulecia”. Czym dla Ciebie są te wyróżnienia?
To dla mnie bardzo dużo znaczy. Przez trzy lata grałem w Jadze, wykonywałem swoją pracę na maksa i w całości jej się poświęcałem. Dzisiaj mogę tylko podziękować Kibicom za głosy oddane na mnie. To dla mnie olbrzymie wyróżnienie. Jednocześnie chciałbym podziękować kolegom z drużyny, bo sam Marian Kelemen na pewno nie zdobyłby dwóch wicemistrzostw Polski. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że te osiągnięcia oraz krótki odstęp czasowy wpłynęły na liczbę otrzymanych głosów. Te wyróżnienia tylko potwierdzają, że dobrze pracowałem podczas gry w Jagiellonii.

Swoje pierwsze kroki w karierze stawiałeś w rodzinnych Michalovcach. Jak to się zaczęło?
Mieszkaliśmy na osiedlu i od zawsze rywalizowaliśmy osiedle na osiedle, blok na blok. Bardzo lubiłem piłkę nożną od małego, chociaż nieco inne plany miał mój tata, ponieważ chciał, abym został muzykiem. Ja jednak postawiłem na swoim, ponieważ bardzo chciałem zostać piłkarzem. Na początku zaczynałem jako napastnik, ale po jakimś czasie przesunąłem się do bramki i po konsultacjach z trenerami zadecydowaliśmy, że od tej pory regularnie będę grał między słupkami no i pokochałem te rękawice.

Czy tata mocno upierał się na twoją karierę muzyczną?
Nie, rodzice pozostawili mi dużą swobodę. Po prostu powiedziałem, że chcę zostać piłkarzem, a oni to uszanowali. Jednocześnie zakomunikowali mi, że skoro już mam grać w futbol, to muszę się temu absolutnie poświęcić, aby być najlepszym. Tylko ciężką pracą można dojść na wysoki poziom.

W Słowacji powoli piąłeś się w hierarchii, aż doszedłeś do gry w Slovanie Bratysława – najbardziej utytułowanym klubie w twojej ojczyźnie.
Faktycznie, dzisiaj Slovan to nie tylko wielka nazwa, ale i piękny stadion, jeden z najnowocześniejszych w tej części Europy. Drużyna z Bratysławy ma najwięcej trofeów, najwięcej kibiców. Przechodząc do Slovana miałem już jakieś doświadczenia, jak chociażby pobyt w akademii NAC Breda, wypożyczenie do Koszyc. W Slovanie finalnie zagrałem zaledwie osiem miesięcy, ponieważ później przeniosłem się do Turcji.

Byłeś wtedy młodym zawodnikiem, jak z twojej perspektywy wyglądały przenosiny do innej ligi, znacznie silniejszej pod względem sportowym. Jak poradziłeś sobie również z nowym kręgiem kulturowym?
Na przełomie wieków liga turecka miała swoją renomę. W 2000 roku Galatasaray zdobyło Puchar UEFA, ogrywając w finale Arsenal Londyn, a kilka miesięcy później zdobyło Superpuchar Europy wygrywając z samym Realem Madryt. Wtedy w „Galacie” grali m.in. Hakan Sukur, Claudio Taffarel, Mario Jardel. Sama reprezentacja Turcji w 2002 roku wywalczyła trzecie miejsce na MŚ. Poza tym co roku Galatasaray, Fenerbahce i Besiktas grali w fazie grupowej Ligi Mistrzów. Był to dla mnie duży skok jakościowy i nie tylko. Na każdym meczu tłumy na trybunach, kibice traktujący spotkanie piłkarskie jak nabożeństwo. Można powiedzieć, że futbol był ich religią. Oczywiście inna kultura, znacznie większa żywiołowość. Na początku ciężko było się przyzwyczaić, ale sama otoczka wyśmienita. Różnica między ówczesną słowacką piłką i turecką była kolosalna.

Jak wtedy radziłeś sobie z popularnością? Kilka lat temu pojechałeś do Bursy jako turysta i niektórzy od razu rozpoznali w tobie byłego bramkarza Bursasporu.
Pamiętam mój debiut. Miałem wtedy 21 lat i przed meczem nasz kapitan wskazał na trybuny wypełnione kibicami i powiedział „Popatrz na nich. Jeżeli rozegrasz kilka dobrych meczów, to natychmiast ich sobie kupisz”. Miałem to szczęście, że w pierwszych trzech spotkaniach nieźle punktowaliśmy, ja obroniłem rzut karny i po kolejnym starciu trybuny śpiewały już o mnie piosenki. Trzeba jednak dodać, że w każdym klubie, którym grałem, miałem bardzo dobre relacje z kibicami.

Wtedy w Turcji, jak już wspomniałeś, bardzo mocne były Galatasaray, Besiktas, Fenerbace, a także Trabzonspor. Jak wspominasz mecze przeciwko tamtym drużynom i wybitnym zawodnikom, którzy wówczas bronili ich barw?
Te kluby miały na każdej pozycji gwiazdę i mecze przeciwko nimi były wybitne. Nas nie trzeba było motywować. W sezonie 2001/02 wygraliśmy u siebie z Galatasaray 5:0. Po spotkaniu nie spaliśmy do 6 rano, ponieważ wszyscy świętowali, piłkarze, kibice, działacze. To był niezapomniany wieczór.

Kto był wtedy najlepszym bramkarzem w lidze tureckiej?
Kiedy trafiłem do Turcji, ligę akurat opuścił Claudio Taffarel, ale w Galatasaray grał Mondragon z Kolumbii, natomiast najlepszym był chyba Recber Rustu z Fenerbace, który w 2002 roku zdobył z Turcją trzecie miejsce na mundialu. Zdarzyło się nam zamienić kilka słów.

W Turcji grałeś regularnie i nagle dość niespodziewanie trafiłeś na Łotwę. Co się stało?
Przez dwa lata byłem w Bursasporze podstawowym bramkarzem. Z czasem zmienił się trener, został nim Georghe Hagi. Wraz z jego przyjściem klub opuściło 13 zawodników. Ja byłem przekonany, że zostanę. Tego również chcieli kibice z Bursy. Przerwę między sezonami spędzałem w domu na Słowacji. Nagle otrzymałem telefon z Turcji. Oznajmiono, że odchodzę. Miałem taką, a nie inną umowę. Moi ówcześni menadżerowie załatwili mi kontrakt, zgodnie z którym klub miał prawo jednostronnego wypowiedzenia i z tego skorzystał. Było to trochę dziwne, że pożegnanie odbyło się przez telefon. Trudno, chciałem pozostać nad Bosforem. Wtedy również otrzymałem trzy oferty z Diabakirsporu, Elazigsporu oraz Konyasporu. Zdecydowaliśmy się na tę trzecią opcję. Po 12-godzinnych negocjacjach dogadaliśmy się na trzyletnią umowę. Wszystko zostało załatwione, zrobiono mi zdjęcie z koszulką. Jedyne, czego brakowało to prezydenta klubu i jego podpisu. Akurat wtedy przebywał gdzieś poza Turcją. Czekaliśmy zatem na jego autograf. Pojechałem nawet na zgrupowanie z wynegocjowanym kontraktem. Tam bowiem prezydent miał do nas dołączyć, dopełnić formalności, jaką był podpis. I tak mijał czas, dzień, dwa dni, tydzień. W ten sposób upłynęły dwa tygodnie, po czym przedstawiciele Konyasporu oznajmili mi, że mają ju dogadanego innego bramkarza przed kolejnym sezonem. Byłem wściekły, ponieważ gdyby mój ówczesny menedżer wcześniej mnie stamtąd wyciągnął, to trafiłbym do Diabakir lub Elazig. Tak zostałem na lodzie, wróciłem do domu i w ostatniej chwili przed zamknięciem okna transferowego pozostałem bez pracodawcy. Jedyne co mogłem zrobić, to ćwiczyć indywidualnie. Bardzo mi pomógł trener bramkarzy z Koszyc – Stanislav Seman. Ćwiczyłem z nim czekałem na jakieś oferty. Wtedy pojawiła się opcja przenosin na Łotwę, do Ventspilsu. Po prostu brałem co się dało.

Jak wspominasz pobyt nad Bałtykiem?
Bardzo ciężko. Tamtą ligą praktycznie nikt się nie interesował, na mecze przychodziło po 100, 200 kibiców. Wszystko wyglądało bardzo biednie. Po pięciu miesiącach odezwało się hiszpańskie CD Tenerife. To było dla mnie jak wybawienie, bo nie wiem, jak długo wytrzymałbym jeszcze na Łotwie.

Twoja kariera to nieustanny roller coaster z piekła do nieba, po chwili znowu zjazd, aby zaliczyć spektakularny awans.
Patrząc z perspektywy czasu na twoją karierę można odnieść wrażenie, że po trzech dobrych latach musiało nastąpić jakieś spektakularne tąpnięcie. Można powiedzieć, że nie miałem na to wpływu, ale musiałem akceptować i patrzeć przed siebie. Myślę, że te trudne sytuacje trochę mnie zahartowały na przyszłość. Jak już wspomniałem, tamte przenosiny z Łotwy do Hiszpanii były trochę jak sen. Bardzo się cieszyłem, że transfer doszedł do skutku. Natychmiast stałem się podstawowym bramkarzem i grałem regularnie w Segunda Division.

Wtedy miałeś również pierwsze zetknięcie z piłkarskimi gwiazdami, ponieważ w rozgrywkach o Puchar Hiszpanii trafiliście na sam Real Madryt.
Graliśmy u siebie z „Królewskimi”. My zespół z Segunda Division, a oni wielki Real, zdecydowany faworyt. Jeszcze w pierwszej połowie sprokurowałem rzut karny. Do piłki podszedł Morientes, ale złapałem futbolówkę po jego uderzeniu. Co ciekawe, w tamtym spotkaniu objęliśmy prowadzenie, ale jeszcze przed przerwą wyrównał Solari. Ostatecznie przegraliśmy dopiero po dogrywce. W 119. minucie kolejną bramkę zdobył Santiago Solari. Wielka szkoda, ponieważ myślałem już sobie, że skoro w trakcie meczu obroniłem jedną „jedenastkę”, to może poszczęści mi się również w konkursie rzutów karnych. Niestety nie było mi to dane. Była to jednak fajna przygoda. Mecz zaczął się o godzinie 22, a skończyliśmy trochę po północy. Do domu wróciłem około drugiej w nocy, ale i tak nie mogłem zasnąć. Po prostu te emocje tak długo mnie trzymały.

Czym dla Ciebie, ciągle młodego zawodnika, była rywalizacja z „Królewskimi”?
Czymś niesamowitym. Bardzo cieszyłem się na ten mecz. Wiedziałem, że tego wieczoru oczy milionów kibiców na świecie będą skierowane na nas. Po drugiej stronie, poza wspomnianymi Morientesem i Solarim występowali Michel Owen, Ivan Helguera, Roberto Soldado, Raul Bravo. Była to zdecydowanie najlepsza drużyna, przeciwko której kiedykolwiek grałem.

Czy po spotkaniu udało Ci się wymienić z kimś z Realu koszulką?
Ostatecznie nie. Casillas siedział na ławce rezerwowych, a w bramce „Królewskich” występował wtedy Julio Cesar.

W Tenerife wyrobiłeś sobie nazwisko na hiszpańskim rynku. Dlaczego nie udało Ci się pójść do przodu?
Mogę powiedzieć, że po raz kolejny padłem ofiarą menedżerskich gierek i układów. Miałem cztery oferty z La Liga, ale niestety nie ja to negocjowałem, tylko coś działo się za moimi plecami. Nie ukrywam, że bardzo mnie to denerwowało. Codziennie odbierałem sporo telefonów i tylko słyszałem, że z tym jest problem, albo z czymś innym. W ostatnim okienku transferowym trafiłem do Vecinario, beniaminka Segunda Division. Po prostu brałem już co zostało. Zagrałem tam 37 meczów, chciałem jeszcze zostać w Hiszpanii, ale zainteresował się mną Aris Saloniki, który w Grecji był wtedy potentatem.

W La Liga jednak udało Ci się zadebiutować, w barwach Numancii. Dlaczego tam grałeś tak rzadko?
Dzisiaj po karierze mogę powiedzieć, że długo grałem z urazem. W drugiej połowie sezonu w Grecji doznałem poważnej kontuzji, którą leczyłem przez kolejnych dwa i pół roku. W jednym z meczów w sytuacji sam na sam z napastnikiem podczas interwencji coś mi strzeliło w plecach. Dosyć długo chodziłem na rehabilitację, ale jednocześnie nie chciałem zrezygnować z treningów. Przed każdymi zajęciami brałem leki przeciwbólowe, czasami potrzebny był zastrzyk. Tymczasem uraz kręgu był na tyle uciążliwy, że po 20 minutach siedzenia w samochodzie nie byłem w stanie usiedzieć w jednej pozycji. Po prostu co chwila się wierciłem, zatrzymywać samochód, aby wyjść i się rozprostować. To było coś nieznośnego. Indywidualnie chodziłem do fizjoterapeutów i osteopatów. Nic to jednak nie pomagało. Każde zajęcia oznaczał ból, a nieraz nie byłem w stanie w ogóle wyskoczyć do górnej piłki. Już samo podniesienie nogi było nie lada wysiłkiem. Nie mogłem wykonywać niektórych ruchów, ich zakres był ograniczony. Przez kilka rund grałem cały czas na lekach. Tymczasem kontuzja zbiegła się z moim sportowym awansem. Trafiłem do Primera Division, tymczasem groziło mi zakończenie kariery. Musiałem jednak zacisnąć zęby. Powiedziałem, że w końcu musi to kiedyś przejść. Można powiedzieć, że trafiłem do Numancii w możliwie najgorszym dla mnie momencie. Jednocześnie musiałem być w treningu i zmagałem się z urazem. Dopiero po powrocie z Hiszpanii miałem pół roku przerwy, aby dojść do pełnej sprawności.

Niedługo potem zgłosił się po Ciebie Śląsk Wrocław, który wtedy był w Polsce drużyną środka tabeli.
Jak już wspomniałem o mojej kontuzji nikt nie wiedział. W Numancii zaliczyłem spadek z Primera Division. Wtedy również nie przedłużono ze mną kontraktu. Postanowiłem, że poczekam do końca okienka transferowego. Podjąłem ryzyko licząc, że ktoś jeszcze zgłosi się po mnie. Tak jednak nie było. Całą jesień 2009 roku pozostawałem bez klubu, ale dochodziły do mnie słuchy, że interesuje się mną trener Ryszard Tarasiewicz. Nie było to jego pierwsze podejście do mnie, bo kiedy jeszcze grałem w Grecji był temat moich przenosin do Wrocławia. Podobnie było później, kiedy występowałem w Hiszpanii. Udało się za trzecim razem. Po półrocznej pauzie podpisałem umowę ze Śląskiem Wrocław. Przyznam, że w tamtym momencie o polskiej lidze wiedziałem niewiele. Z występów w rozgrywkach o europejskie puchary znałem Wisłę Kraków. Słyszałem o Legii Warszawa i na tym kończyła się moja wiedza na temat Ekstraklasy. Przyjechałem do nieznanego, ale było mi miło, że trener był zdeterminowany, aby ściągnąć mnie do Wrocławia. Po przyjeździe na miejsce miałem trzy tygodnie, aby podjąć decyzję. Zobaczyłem jak wygląda miasto, klub, stadion, wtedy jeszcze przy Oporowskiej. Zadecydowałem, że podpiszę umowę ze Śląskiem.

Trafiłeś do kraju, który przygotowywał się do EURO 2012. Z bliska oglądałeś przygotowania do turnieju, ale sam trafiłeś do zespołu, który w kolejnych latach miał rozdawać karty w polskiej lidze. Jak oceniałeś potencjał drużyny, w której już wtedy byli tacy zawodnicy jak Fojut, Mila, Madej, Celeban. Na was zbudowano filar drużyny, która została mistrzem Polski.
Na początku przeżyłem szok. Przecież jeszcze niedawno trenowałem z drużyną grającą w La Liga, a tu taki przeskok. Nie będę oryginalny, jeżeli powiem, że poziom i styl grania w Ekstraklasie bardzo różni się od tego z Hiszpanii. W tamtym sezonie Śląsk bronił się przed spadkiem. Nasza walka o pozostanie w elicie trwała do końca. W ostatniej kolejce z Arką uratowaliśmy się, ale zespół był dobrze poskładany. Tarasiewicz posprowadzał dobrych piłkarzy, takich którym ufał. Widział w nich potencjał, co tylko potwierdziły kolejne lata.

Niemniej to nie Ryszard Tarasiewicz, a Orest Lenczyk doprowadził Śląsk do sukcesów, ponieważ już w trakcie sezonu 2010/11 doświadczony szkoleniowiec zaczął pracę we Wrocławiu. Jak odbierałeś tak wiekowego trenera?
Początek sezonu mieliśmy bardzo słabo. W pierwszych meczach zdobyliśmy mało punktów, za co głową zapłacił trener Tarasiewicz. Jego następcę, Oresta Lenczyka od początku odbierałem pozytywnie, chociaż jego metody były dla mnie do tej pory nieznane. Preferował tzw. starą szkołę oczywiście dyscyplina, bardzo się go szanowało. Metody były różne. Czasami narzekaliśmy na jego treningi, ale robiliśmy wszystko, co nam zalecano. W końcu zdobyliśmy wicemistrza, potem mistrza. Duża zasługa trenera Lenczyka, że Śląsk osiągnął takie sukcesy.

Czy długo docieraliście się z Orestem Lenczykiem?
Oczywiście, zdarzało mu się komuś wbić szpileczkę, z kogoś zażartować. Wszystko jednak było robione z głową. On nie znęcał się nad nami, bardziej chciał zbudować zespół. Doskonale wiedział, co chce zrobić. Był zmotywowany, zmobilizowany. W jego filozofii najważniejsza była drużyna, jednostki liczyły się mniej. Lubił rotować zespołem, dlatego potrzebował nie jedenastu, ale przynajmniej 16, 17 zawodników o bardzo wysokiej jakości, tak, aby ktoś wchodzący z ławki nie obniżał poziomu. Każdy dostał swoją szansę, to przyniosło sukcesy. Z czasem przyzwyczailiśmy się do jego metod. Motorycznie byliśmy świetnie przygotowani, co miało duży wpływ na wyniki.

W sezonie 2010/11 dość niespodziewanie zostaliście wicemistrzami Polski, na ostatniej prostej wyprzedzając Legię i Jagiellonię, które w tamtym sezonie obok Lecha Poznań były wskazywane jako czołowe drużyny. Na finiszu musieliście uznać wyższość jedynie Wisły Kraków.
Nikt się tego nie spodziewał. Byliśmy świetnie przygotowanie fizycznie przez trenera Lenczyka. Być może w naszej grze nie było polotu i finezji, ale tworzyliśmy dobry zespół, w którym w kluczowych momentach potrafiły odpalić indywidualności, jak Mila, Kaźmierczak, Madej. Obroną dyrygowali Fojut, Celeban, Pawelec. Mocny zespół, który tracił mało bramek, a potrafił je zdobywać po stałych fragmentach gry.

W tamtym Śląsku musiałeś walczyć o miejsce w składzie z Rafałem Gikiewiczem, który dzisiaj z powodzeniem gra w Bundeslidze. Jak wyglądała wasza rywalizacja? „Giki” nigdy nie należał do pokornych charakterów.
Można powiedzieć, że nasze relacje na niwie zawodowej były poprawne. Oczywiście każdy z nas ma swój charakter i podobnie było z Rafałem. Dzisiaj z perspektywy czasu oceniam go bardzo pozytywnie. Rywalizowaliśmy wspólnie, „Giki” chciał bronić, chociaż nie zawsze mu się to udawało. On jednak potrafił zacisnąć zęby i jeszcze mocniej zasuwać na treningach. Pod tym względem był tytanem pracy. Oczywiście denerwował się, kiedy nie bronił, lub kiedy coś mu nie wychodziło. Był bardzo zdeterminowany, ale tamte doświadczenia na pewno mu pomogły. Dzisiaj Rafał zbiera zasłużone owoce swojej ciężkiej pracy, a ja mu kibicuję, aby jak najdłużej bronił w Bundeslidze.

W sezonie 2011/12 nikt już nie patrzył na Śląsk jako kopciuszka. Zmagania zaczęliście od obiecujących występów w Lidze Europy, gdzie potrafiliście wyeliminować faworyzowane Dundee oraz CSKA Sofia. Odpadliście dopiero z Rapidem Bukareszt. Jesień była znakomita w waszym wykonaniu. Jak podchodziliście do tego w szatni?
Już zdobycie wicemistrzostwa było dla nas czymś wielkim. W szatni wytworzyła się wielka euforia. Przecież jeszcze kilka lat wcześniej Śląsk grał w III lidze, a teraz do Wrocławia zawitały europejskie puchary. Myślę, że ta euforia, radość z gry w piłkę udzielała się nam jeszcze mocniej. Wiedzieliśmy, że drużyna jest mocna, a z jednym, dwoma wzmocnieniami możemy powalczyć o coś więcej. To się potwierdziło. Rok 2011 zakończyliśmy na pierwszym miejscu, chociaż czuliśmy na plecach oddech Legii Warszawa. Wiosną było nieco słabiej, ale ostatecznie udało się zdobyć tego mistrza.

Początek wiosny 2012 roku nie wskazywał, że w maju będziecie mieli powody do takiej euforii. Najpierw we Wrocławiu wysoko ograła Was Legia, potem po remisie z Widzewem tracicie pierwsze miejsce w tabeli, a w międzyczasie wypływa „afera podsłuchowa”, kiedy jeden dziennikarz wypuścił na światło dzienne cytaty ze spotkania trenera Lenczyka w Urzędzie Miejskim. Później szkoleniowiec musiał się Wam gęsto tłumaczyć z wypowiedzianych słów. Czy po tej czarnej serii nie było zwątpienia, tym bardziej, że Legia wydawała się być mocno rozpędzona?
Po prostu w końcu dopadł nas sportowy kryzys. W pierwszych siedmiu wiosennych kolejkach ponieśliśmy aż cztery porażki, w tym bardzo dotkliwe z Legią (0:4), Polonią (0:3) i tylko raz zdołaliśmy wygrać. Wierzyliśmy, że ten kryzys musi kiedyś się zakończyć. Faktycznie, w ostatnich czterech kolejkach zaczęliśmy wygrywać. Nie ukrywam, że mieliśmy także trochę szczęścia, ponieważ Legia po mocnym starcie w roku 2012 złapała zadyszkę i ostatecznie znalazła się w tabeli za nami.

Marek Wasiluk wiele razy wspominał mecz z GKS-em Bełchatów, który graliście przed Wielkanocą 2012. Już w 4. minucie obroniłeś rzut karny, potem „Brunatni” mieli nad Wami zdecydowaną przewagę, ale to wy przechyliliście szalę zwycięstwa w ostatnich minutach. Po tamtym spotkaniu Sebastian Mila miał powiedzieć „Jeżeli nie teraz, to kiedy”.
To był jakiś sygnał, że tamte trzy punkty były bezcenne. Powoli znowu zaczęliśmy ciułać „oczka” i wydawało się, że znowu możemy osiągnąć coś dużego. W efekcie doszło do sytuacji, w której aż cztery zespoły miały realne szanse na tytuł mistrzowski. Było nerwowo, ale mieliśmy w sobie wiarę w sukces. Wielu zdążyło nas skreślić, ale odrodziliśmy się.

Można zażartować, że tytuł mistrzowski Śląskowi „zaklepała” Jagiellonia, która najpierw urwała punkty na stadionie przy Łazienkowskiej. Po tamtym remisie zrównaliście się punktami z „Wojskowymi”, a do końca sezonu pozostawały dwa mecze. W przedostatniej kolejce „Jaga” przegrała we Wrocławiu, natomiast Legia musiała uznać wyższość Lechii Gdańsk. Wtedy wskoczyliście na pierwsze miejsce w tabeli.
Po prostu dostaliśmy od losu drugą szansę, której nie powinniśmy otrzymać. Nie ukrywam, że z zaciekawieniem wsłuchiwaliśmy się w rezultaty Legii. Po jej remisie z Jagiellonią wiedzieliśmy, że jesteśmy blisko. W przedostatniej kolejce, kiedy podejmowaliśmy „Jagę” we Wrocławiu dochodziły do nas informacje, że legioniści przegrywają na Pomorzu. To nas tylko mobilizowało. Widzieliśmy, że w Krakowie wszystko mamy we własnych rękach. Liczyły się tylko trzy punkty, styl schodził na dalszy plan. Nie był to łatwy mecz, ponieważ kończyliśmy w 10. W ostatnich minutach Wisła miała świetną okazję do wyrównania. Nerwy były ogromne. Tamto spotkanie z mojego punktu widzenia trwał pół dnia.

Po golu Roka Elsnera zostaliście mistrzem Polski, znowu sprawiając niespodziankę. Utarliście nosa Legii, która zaliczyła wtedy udany sezon w Lidze Europy.
Przyjeżdżając do Wrocławia miałem swoje cele. Chcieliśmy zrobić coś wielkiego, dla mnie, dla drużyny, dla całej społeczności Śląska. Jestem bardzo dumny, że z takim zespołem jak Śląsk, który nie gra co sezon o najwyższe cele, przez trzy lata byliśmy w czubie i biliśmy się o medale oraz o europejskie puchary.

Kolejny sezon był już nieco słabszy, ale Śląsk zakończył go na trzecim miejscu w tabeli. Ponadto potrafiliście awansować do finału zmagań o Puchar Polski, w którym nieznacznie lepszą okazała się Legia.
Nie broniłem w finale, ponieważ w bramce grał wtedy Rafał Gikiewicz. Nie pamiętam, czy trener posadził mnie na ławce, czy zmagałem się z kontuzją. Wiem natomiast, że po sezonie czuliśmy niedosyt, ponieważ trzecie miejsce nie było spełnieniem naszych marzeń, chociaż dało awans do Ligi Europy. Sezon nie był tak udany jak w poprzednich dwóch latach, ale Śląsk nadal był w czołówce.

Kolejne rozgrywki były już dla Was rozczarowaniem. Śląsk długo rozczarowywał, znalazł się w grupie spadkowej i nawet dziewiąte miejsce, po trzech tłustych latach, przyjęto we Wrocławiu chyba jako porażkę.
W pierwszej połowie sezonu broniliśmy na zmianę z „Gikim”. Miałem drobne problemy zdrowotne, poza tym nie prezentowałem się najlepiej. Dopiero od 14. kolejki wskoczyłem na dobre i broniłem bez przerwy, aż do przedostatniej serii spotkań. Obecność w grupie spadkowej była dla nas olbrzymim niedosytem. Po sukcesach Śląska taka przykra niespodzianka. Oczywiście w grupie spadkowej zdecydowanie dominowaliśmy, zajęliśmy dziewiąte miejsce. Po sezonie zadecydowałem, że moja przygoda z wrocławską drużyną dobiegnie końca.

Czy po odejściu ze Śląska zakładałeś w ogóle, że możesz jeszcze wrócić do dużej piłki?
Po odejściu ze Śląska byłem przez pół roku bez klubu. W siedmiu ostatnich meczach Ekstraklasy nie puściłem żadnej bramki, czym wyrównałem klubowy rekord. Spodziewałem się, że po tak spektakularnym zakończeniu rozgrywek spłyną do mnie zapytania. Tymczasem stało się inaczej. Krążyły różne plotki, a to, że jestem kontuzjowany, o moich rzekomych problemach ze zdrowiem, co było kłamstwem. W efekcie przez 10 miesięcy nie miałem żadnego klubu, a przecież metryka nie kłamała. Miałem 34 lata. W tamtym momencie chyba przestałem wierzyć, że mogę coś jeszcze w piłce osiągnąć. Jak się później okazało, życie potrafiło zaskoczyć.

Co się zatem działo potem?
Przez 10 miesięcy trenowałem z Michalovcami. Pojechałem z nimi na zgrupowanie do Turcji, ale jako wolny zawodnik. Oni wtedy grali w II lidze słowackiej. Później podpisałem umowę z czeskim Primbramem. Związałem się z nimi trzymiesięczną umową, a drużyna kończyła sezon jako jeden z kandydatów do gry w Lidze Europy. Sezon 2015/16 rozegrałem w rodzinnych Michalovcach. Myślałem, że chyba tutaj dokończę karierę. Miałem przecież 36 lat, pełniłem funkcję kapitana. Byłem u siebie, w domu. Psychicznie mega uczucie, wszystkich miałem blisko.

Dlaczego zatem zdecydowałeś się na Jagiellonię?
Oferta przyszła nagle. Pamiętam, że byłem u rodziców w Anglii. Zadzwonił telefon z Polski. Zaoferowano mi grę w Białymstoku. Oczywiście natychmiast sprawdziłem w internecie jak wygląda sytuacja Jagiellonii, kto jest jej trenerem, kto tam broni. Miałem swoje lata, a w moim wieku jechać 1000 kilometrów od domu tylko po to, by siedzieć na ławce, nie miało najmniejszego sensu.

Wtedy trenerem Jagiellonii był Michał Probierz, który jest niewiele starszy od Ciebie. Jak zareagowałeś na tego szkoleniowca?
Przyjechałem do Białegostoku, aby porozmawiać o bieżącej sytuacji. Przyznam, że początkowo wcale nie byłem przekonany do przyjęcia oferty Jagiellonii. Po prostu chciałem szczerze porozmawiać z Probierzem o mnie, o tym jak widzi moją pozycję w drużynie. Pamiętam, że usiedliśmy na kawie w jednej z restauracji. On bez owijania w bawełnę zakomunikował, że dopóki Bartek Drągowski pozostanie w Jagiellonii, to on będzie numerem jeden, a ja będę musiał, przynajmniej przez jakiś czas, godzić się z rolą rezerwowego. Przyznam, że średnio uśmiechała mi się ta wizja. Trener jednak podkreślił, że szanse na odejście Drągowskiego za granicę są bardzo duże, oscylujące w granicach 90 procent. Ja wtedy zażartowałem, że znając mnie i moje podejście do roli zmiennika, to odejdę stąd po miesiącu. Bardzo mi jednak zaimponowała szczerość trenera Probierza. Daliśmy sobie trochę czasu na przemyślenie tematu. Tego samego dnia zadecydowałem, że zostanę w Białymstoku. Niedługo później Bartek został sprzedany do Fiorentiny, a przede mną otwierał się kolejny etap w karierze.

Debiut w barwach Jagi zaliczyłeś na stadionie Legii. Przed spotkaniem Rafał Gikiewicz napisał na Twitterze, że Marian Kelemen będzie w TOP 3 bramkarzy całego sezonu. Jak pokazała przyszłość, nie pomylił się, bo już w debiucie kilka razy zatrzymałeś napastników warszawskiego zespołu. Tamta jesień była popisem Jagiellonii, która rok 2016 zakończyła na pierwszym miejscu w tabeli. Wtedy również kibice ze Słonecznej zaczęli skandować „Kelemen, Superman”.
Doskonale pamiętam tamto spotkanie. Oczywiście wszyscy spodziewaliśmy się trudnej przeprawy. Z drugiej strony w Jagiellonii również nie brakowało jakości, przecież mogliśmy liczyć na Fiedzię Cernycha, Kostę Vassiljeva, Jacka Góralskiego, Tarasa Romanczuka, Piotrka Tomasika, Ivana Runje, w środku pola dyrygował doświadczony Rafał Grzyb. Widziałem jak wygląda Jaga i po pierwszym meczu przy Łazienkowskiej dało się wyczuć, że możemy zrobić coś dużego. Nasze wyniki nie były dziełem przypadku.

Wielu piłkarzy tamtej drużyny właśnie w tamtym sezonie osiągnęło życiową formę – Kostia Vassiljev, Fiedzia Cernych, Jacek Góralski, Taras Romanczuk, Piotrek Tomasik, Przemek Frankowski wykręcali ponadnormatywne liczby. Jak odnajdywaliście się w szatni?
W zasadzie nie miałem żadnych problemów z aklimatyzacją. Chłopaki przyjęli mnie bardzo dobrze, od pierwszego dnia czułem się jak swój. Piłkarze i trener Probierz znali mnie. Po prostu w jednym miejscu i w jednym czasie zebrała się grupa bardzo dobrych zawodników, jak wymieniłeś Kostia, Tomasik, Fiedzia, Runje, Guti, Bury, Taras, Góral, Świder, Franek. Trzymaliśmy się razem, mieliśmy wybitną atmosferę, czy na boisku, czy poza nim. To wszystko przekładało się na wyniki. Graliśmy szybką i widowiskową piłkę. Trener Probierz nie kombinował, nasza taktyka była prosta, ale skuteczna. Mogliśmy liczyć na szybkie boki. Dzięki kolejnym wygranym nasz dorobek szybko rósł. W całym sezonie zabrakło nam kropki nad „i” do upragnionego tytułu.

Rok 2016 zakończyliście na pierwszym miejscu w tabeli. Czy wracały wspomnienia z Wrocławia, bo przecież Jagiellonia, podobnie jak Śląsk w 2012 roku, nie była faworytem w wyścigu potentatów?
My do grona faworytów weszliśmy po kilku meczach. W tamtym sezonie osobiście uważam, że to my najbardziej zasłużyliśmy na tytuł mistrzowski. Kilka razy głupio straciliśmy punkty – z Koroną już w rundzie mistrzowskiej, dwa remisy z Pogonią, dwie porażki z Wisłą Płock. Szkoda domowego remisu z Legią, a na koniec do tytułu zabrakło nam jednego gola. Nie mieliśmy jakiegoś dużego kryzysu, chociaż zdarzały się serie remisów. Patrząc na to wszystko z perspektywy kariery brak mistrzostwa z Jagiellonią w sezonie 2016/17 jest dla mnie chyba największym sportowym niedosytem. Bo byliśmy wtedy o włos od sukcesu. Białystok i Jagiellonia zasłużyły na ten tytuł.

Zespołem, który pozbawił Was tytułu była Lechia Gdańsk, która w trzech meczach ugrała z Jagą komplet punktów. Szczególnie wyjazdy na Pomorze były dla Was drogą przez mękę.
Mecze z Lechią, szczególnie ten drugi pokazują, jak czasami niuanse decydują o losach tytułów mistrzowskich. Przecież w Gdańsku do 10. minuty zdecydowanie dominowaliśmy i mieliśmy dwie stuprocentowe okazje do objęcia prowadzenia. Wydaje mi się, że w Jagiellonii zabrakło nam tego, co mieliśmy w Śląsku, czyli szczęścia. Wtedy w spotkaniach przeciwko Lechii po prostu nam nie szło, w sumie nawet nie wiem dlaczego, ponieważ nie byliśmy od nich gorsi w posiadaniu piłki, czy kreowaniu sytuacji bramkowych. Przecież to spotkanie przegrane przez nas 0:4 mogło się zacząć dla nas wyśmienicie. Po 10 minutach powinniśmy byli prowadzić 2:0. Później jednak dostaliśmy dwa przypadkowe rzuty karne i ostatecznie nie zdołaliśmy odwrócić losów rywalizacji.

Tym, który sprawiał Ci największe problemy okazał się dawny znajomy ze Śląska, Flavio Paixao.
On strzelał mi wtedy i nadal strzela w polskiej lidze, więc widać olbrzymią jakość. Oczywiście dobrze ich znałem, ale i oni znali moje słabe strony. Czas pokazał, że potrafili je wykorzystać. Podczas mojego pobytu w Jagiellonii przeciwko Lechii rozegrałem kilka spotkań i żadnego z nich nie wygraliśmy! Patrząc na suche wyniki można odnieść wrażenie, że byli od nas wyraźnie lepsi, ale brakowało nam tego szczęścia, uśmiechu losu. Pamiętam pierwszy mecz przeciwko nim. Również mieliśmy mnóstwo okazji, a oni jedyną bramkę zdobyli po przypadkowym strzale zza pola karnego.

Po porażce z Lechią spadliście na 2. miejsce w tabeli. Remis z Legią nie zmienił waszej sytuacji. W przedostatniej kolejce obroniłeś pierwszy w Jagiellonii rut karny, który jak się później okazało, miał olbrzymie znaczenie dla waszego udziału w Lidze Europy.
Dostaliśmy wtedy karnego w najmniej spodziewanym momencie, ponieważ chcąc pozostać w grze o mistrzostwo musieliśmy wygrać w Niecieczy. Byłem szczęśliwy, że swoją interwencją pomogłem drużynie. Po wygranej wielka radość w szatni, bo nadal liczyliśmy się w grze o tytuł.

Sezon kończyliście meczem z Lechem Poznań. Tamtym spotkaniem żył cały Białystok. Jak psychicznie rozgrywaliście tamtą potyczkę?
Wiedzieliśmy, że nasz tytuł jest uzależniony od wyniku w Warszawie. W teorii ciągle mieliśmy jednak spore szanse na sukces, ponieważ Legia mierzyła się z mierzącą w medal Lechią Gdańsk. To był wielki dzień dla całej jagiellońskiej społeczności – piłkarzy, kibiców, działaczy. Przez cały sezon ciężko pracowaliśmy, aby znaleźć się w tym miejscu. Prezentowaliśmy wyrównaną formę. Po cichu liczyłem, że Michał Probierz na pożegnanie z Jagiellonią zdobędzie coś wielkiego. Po prostu tamten sukces mu się należał. Mecz ułożył się tak, a nie inaczej. Do przerwy przegrywaliśmy 0:2, ale potrafiliśmy wyrwać punkt. W końcówce okazję miał jeszcze Piotr Tomasik. Gdyby to strzelił, to być może miałby w Białymstoku ulicę swojego imienia. Towarzyszyła nam olbrzymia adrenalina i wielkie emocje. Szkoda sytuacji „Tomasa”. Po spotkaniu nie byliśmy szczęśliwi. Czuliśmy, że uciekła nam wielka szansa na mistrzostwo. Dopiero po jakimś czasie dotarło do nas, że wywalczyliśmy najlepszy ligowy wynik w historii Jagiellonii i był to wielki dzień dla całego Białegostoku i Podlasia.

Wielu z Was mówi o niedosycie, tymczasem mało kto pamięta, że jeszcze w 89. minucie Jagiellonia przegrywała 1:2, a porażka spychała Was poza podium i odbierała prawo gry w Lidze Europy.
Sezon był długi, z każdą kolejną wygraną presja wobec nas rosła, my jednak nie poddawaliśmy się. Chcieliśmy zostać mistrzami Polski. Wtedy drużyna pokazała charakter. Nawet jeżeli przegrywaliśmy, to graliśmy na maksa do ostatniej minuty. Jak już wspomniałem, bezpośrednio po końcowym gwizdku nie było w szatni euforii ani radości, ale kiedy już ochłonęliśmy zdaliśmy sobie sprawę z jakiej otchłani żeśmy się wydostali. Przecież miejsce poza podium i wypadnięcie z rozgrywek o europejskie puchary w sytuacji, w której przez cały czas jest się pierwszym albo drugim bolałoby nieporównywalnie bardziej. Paradoksem jest, że byliśmy zarówno blisko mistrzostwa, jak również blisko wypadnięcia poza podium i Ligę Europy.

Po Białymstoku krąży legenda o odprawie, którą Michał Probierz przygotował Wam przed tamtym spotkaniem. Do boju zagrzewały Was wasze rodziny – żony i dzieci. Z relacji wielu osób wiem, że na policzkach niektórych z Was pojawiły się nawet łzy wzruszenia. Czy też płakałeś?
Takiej motywacji jeszcze nie miałem. Nie ma chyba twardziela, który w tamtym momencie przeszedłby obojętnie obok takiego filmu. Sam poczułem gęsią skórkę widząc, jak moja żona mówi, że bardzo wierzy we mnie i jest moją najwierniejszą fanką. Każdy czuł się emocjonalnie na wyżynach. Dostaliśmy pozytywnego kopa, wiedzieliśmy, że idziemy bić się nie tylko dla siebie, ale również dla naszych najbliższych. Kto wie, czy tamten film, jego fragmenty nie podniosły nas w tym najtrudniejszym momencie, kiedy przegrywaliśmy z Lechem już 0:2. Po pierwszej połowie mówiliśmy sobie w szatni, że to jeszcze da się odwrócić i tak też zrobiliśmy.

Po odejściu Michała Probierza przez kilka dni nie wiedzieliście, kto go zastąpi. Różne nazwiska krążyły na giełdzie. Jak zareagowałeś na nazwisko „Ireneusz Mamrot”? Do szatni wicemistrzów Polski wszedł trenerski nowicjusz na poziomie Ekstraklasy.
Przyznam szczerze, że nie interesowałem się tymi plotkami. To była rola działaczy, aby podjęli możliwie najlepszą decyzję. My, jako zawodnicy najbardziej doświadczeni wiedzieliśmy jedno, niezależnie kto zostanie tym trenerem, będzie miał wsparcie z naszej strony. Na początku staraliśmy się okazywać zaufanie nowemu szkoleniowcowi. Miał dobry warsztat, co potwierdził kolejny sezon.

W pierwszej rundzie z Ireneuszem Mamrotem wyniki były lepsze niż gra. Jagiellonia punktowała, chociaż można było mieć zastrzeżenia do stylu. Wtedy również Ty odcisnąłeś duże piętno na grze drużyny, ponieważ w kilku spotkaniach uratowałeś „oczka”.
Punktowaliśmy, co ciekawe lepiej szło nam na wyjazdach. Myślę, że gdybyśmy byli skuteczniejsi w niektórych meczach u siebie, to Jagiellonia sięgnęłaby po wymarzone mistrzostwo. W tamtym sezonie mieliśmy dwa kryzysy, ale pomimo nich znowu do końca liczyliśmy się w walce o tytuł.

Tamten sezon był dla Ciebie osobiście trudny, ponieważ coraz częściej odzywały się dawne kontuzje. Wtedy również, trochę awaryjnie, ściągnięto do Białegostoku Mariusza Pawełka i znowu musiałeś podjąć rywalizację z uznanym bramkarzem. Mam jednak wrażenie, że „Mario” nie miał problemów z zaakceptowaniem swojej roli.
Po prostu Mariusz to świetny facet, kapitalny bramkarz i jeszcze lepszy człowiek. Szybko się zakumplowaliśmy. On miał za sobą bardzo bogatą karierę. Przecież z Wisłą Kraków zgarnął trzy mistrzostwa Polski. Obaj byliśmy doświadczonymi zawodnikami i niezależnie od tego, kto bronił, ten drugi zawsze trzymał kciuki za kolegę. To było coś niesamowitego, mieć tak pozytywną osobę w szatni. Uważam, że bardzo dużo wniósł do naszej drużyny.

Pamiętam, kiedy po wyjazdowym meczu z Sandecją, w którym udało Ci się zatrzymać rzut karny, to Mariusz jako pierwszy krzyczał w szatni „Kelemen, Superman”.
Jak już mówiłem Mariusz to świetny człowiek. Było to bardzo miłe. Podobnie jak rok wcześniej w Białymstoku zebrała się mocna grupa zawodników, chociaż doszło do zmian w składzie. Nie było już Kostii, wkrótce odeszli Fiedzia i „Tomas”, ale świetnie w zespole odnaleźli się Guilherme, Martin Pospisil, Bartek Kwiecień, czy Arvydas Novikovas. Z Mariuszem do dzisiaj mam kontakt. Staliśmy się przyjaciółmi i bardzo sobie cenię tę znajomość.

Wiosną graliście na zmianę z Mariuszem. W pierwszych pięciu spotkaniach bronił „Mario”, Jagiellonia zdobyła w nich komplet punktów. Potem pojechaliście do Poznania, objęliście prowadzenie po golu Novikovasa, jeszcze w pierwszej połowie Pawełek doznał kontuzji. Wskoczyłeś w jego miejsce i… puściłeś pięć goli.
W jesiennym meczu z Pogonią Szczecin po starciu z Frączczakiem doznałem kontuzji żeber, która pogłębiła się jeszcze we wspomnianym spotkaniu z Sandecją. Pamiętam, że na dwie kolejki przed końcem rundy wróciłem już do siebie, aby leczyć się w domu. Na zgrupowaniu w Turcji znowu dostałem w to miejsce i moja rekonwalescencja się przedłużała. W efekcie rundę w bramce rozpoczął Mariusz i co tu dużo mówić, spisywał się bardzo dobrze. Drużyna wygrywała, nie było sensu przeprowadzać jakichkolwiek zmian. Doszło do meczu z Lechem, w którym „Mario” doznał kontuzji, ja wskoczyłem w jego miejsce. Przegraliśmy 1:5, oni nas zdominowali.

Po kapitalnym początku złapaliście zadyszkę. Szczególnie po przerwie reprezentacyjnej długo nie byliście w stanie się otrząsnąć, przegraliście cztery z pięciu pierwszych meczów. Czy w twojej ocenie domowa porażka z Wisłą Kraków odebrała Wam mistrzostwo?
Jak już mówiłem w kontekście naszego pierwszego sezonu wicemistrzowskiego, o tytułach często decydują detale. Tak było w naszym przypadku. Uważam, że wygrywając z Wisłą Kraków u siebie sięgnęlibyśmy po tytuł. Wtedy graliśmy dobrze, mieliśmy multum sytuacji, był rzut karny, ale nie potrafiliśmy wygrać. Zabrakło nam skuteczności. Niestety, przeszłości nie da się cofnąć. Pozostaje jedynie patrzeć przed siebie.

Końcówka zmagań w grupie mistrzowskiej była bardzo dobra w waszym wykonaniu, ponieważ zgarnęliście 10 punktów na 12 możliwych. Jak smakowało dla Ciebie to kolejne wicemistrzostwo?
Smakowało inaczej. W 2017 roku od razu po gwizdku czuliśmy niedosyt, co później zmieniło się w euforię. Drugi srebrny medal już tak nie rozgrzewał naszych emocji. Po prostu wiedzieliśmy jak to się je, a z drugiej strony zdawaliśmy sobie sprawę, jak niewiele zabrakło nam do końcowego sukcesu. Dwa razy być tak blisko i nie sięgnąć szczytu. Myślę, że odebraliśmy to bardzo automatycznie. Nawet nie było wielkiego świętowania. Szybko przeszliśmy z tym do codzienności.

Sezon 2018/19 rozpoczęliście bardzo efektownie. W II rundzie Ligi Europy los skojarzył Was z portugalskim Rio Ave. Przed pierwszym starciem w Białymstoku miało miejsce oberwanie chmury. Nie było obaw, że sędzia przełoży spotkanie na późniejszy termin?
Doskonale pamiętam tamtą sytuację. Bardzo padało. W pewnym momencie płyta w całości znalazła się pod wodą. Na szczęście deszcz trochę zelżał. Jednak spore kałuże zalegały na murawie, co dla mnie jako bramkarza utrudniało zadanie. Już po pierwszej interwencji czułem, jakby nagle przybyło mi przynajmniej kilka kilogramów. Uważam, że rozegraliśmy dobre spotkanie. Po golu Machaja wygraliśmy 1:0 i mieliśmy duże szanse, aby osiągnąć coś fajnego w Portugalii. Co prawda jechaliśmy z minimalną zaliczką, ale zdawaliśmy sobie sprawę, że każdy gol strzelony na wyjeździe zwiększa nasza szanse na sukces.

Czy zgadzasz się z opinią, że w Portugalii rozegrałeś najlepszy mecz w barwach Jagiellonii? Co prawda puściłeś cztery bramki, ale gdyby nie twoje interwencje, to o sukces byłoby bardzo trudno.
Moim zdaniem to było kapitalne widowisko. Nie wiem, czy którykolwiek kibic w Polsce spodziewał się takiego meczu, a było w nim absolutnie wszystko. Dużo goli, kartki, sytuacje dla jednej oraz drugiej drużyny. Pamiętam, że jechaliśmy do nich, aby grać z nimi w piłkę. Oni spodziewali się murowania dostępu do bramki, a te nasze śmiałe ataki bardzo ich zaskoczyły na początku. Stąd świetne otwarcie spotkania i gol Sheridana już w pierwszych minutach. To spowodowało, że wynik był szalony. Dostałem cztery gole, ale naprawdę miałem sporo pracy.

Czy czuliście dumę, że jako pierwszy polski zespół wygraliście dwumecz z drużyną z Portugalii w rozgrywkach o europejskie puchary?
Po tym meczu znowu pojawiła się wiara, że Jagiellonia znowu będzie mocna i może coś osiągnąć. W końcu nie wyeliminowaliśmy byle kogo. Liga portugalska ma swoją renomę, a jej przedstawiciele regularnie występują w fazach grupowych Ligi Mistrzów i Ligi Europy. W Rio Ave było wielu piłkarzy świetnych technicznie, dobrze operujących piłką. Naprawdę wierzyliśmy, że Jaga może sprawić jeszcze niejedną niespodziankę.

W kolejnej fazie trafiliście na belgijski Ghent, z ówczesnym wicemistrzem świata – bramkarzem Lovre Kaliniciem, który w rewanż popisał się interwencją, być może nawet na wagę awansu zespołu z Gandawy.
Moim zdaniem indywidualnie Rio Ave było lepszym zespołem od Ghentu. W drużynie z Portugalii było więcej zawodników lepiej wyszkolonych technicznie, mających drybling. Belgowie wygrywali odpowiednią taktyką, grali bardzo dojrzale. Myślę, że w pierwszym meczu zabrakło nam doświadczenia i cwaniactwa. Po prostu było to typowe spotkanie na 0:0, my za wszelką cenę chcieliśmy wygrać, ale nadzialiśmy się na kontrę i przegraliśmy przy Słonecznej. Mimo tego pojechaliśmy w Belgii z wiarą w sukces i faktycznie mieliśmy okazję, aby coś osiągnąć. Chwilę po wyrównaniu Martina Pospisila Roman Bezjak miał kapitalną okazję do strzelenia gola. Gdybyśmy wtedy objęli prowadzenie, to nasza gra wyglądałaby zupełnie inaczej. Jestem przekonany, że dowieźlibyśmy tamto prowadzenie. Znaleźlibyśmy się na wznoszącej fali, oni byliby pod presją własnych kibiców. Niestety, Lovre obronił, my nadal atakowaliśmy. Nadzialiśmy się na dwie kontry i było pozamiatane.

Tamten sezon do 15. kolejki bardzo przypominał poprzednie dwa. Jagiellonia trzymała się blisko czołówki, goniła w tabeli Lechię Gdańsk i wydawało się, że „Żółto-Czerwoni” po raz trzeci z rzędu mogą zakończyć zmagania na podium. Skąd wziął się późniejszy kryzys, a także wstydliwe domowe porażki z Zagłębiem Lubin, czy Śląskiem Wrocław?
Nie wiem, z czego to wynikało, ale przez trzy lata mojej gry w Jagiellonii lepiej punktowaliśmy na wyjazdach. Nie potrafiliśmy zbudować „Twierdzy Białystok”. W trzecim sezonie u siebie graliśmy gorzej niż na wyjazdach. Porażki ze Śląskiem czy Zagłębiem były takimi klopsami, ale drużyna walcząca o tytuł mistrzowski nie powinna przegrywać tak wysoko u siebie.

Kluczowym momentem tamtego sezonu była zimowa przebudowa drużyny. Białystok opuściły filary „wicemistrzowskiej” Jagiellonii – Frankowski, Świderski, Burliga, Bezjak, Sheridan. Czy spodziewaliście się, że te rotacje negatywnie wpłyną na zespół.
Nie oszukujmy się, ale Frankowski czy Świderski prędzej, czy później opuściliby Jagiellonię. Po prostu pokazywali się, byli ciekawymi zawodnikami z dużymi ambicjami. Niezależnie od zmian trenowaliśmy, robiliśmy swoje. Przygotowywaliśmy się normalnie, na pełnych obrotach. Pewnych rzeczy jednak nie da się oszukać. Jeżeli ktoś decyduje się na tak duże i radykalne zmiany w strukturze drużyny, to musi liczyć się z konsekwencjami. Tak też stało się w przypadku Jagiellonii.

Po kwietniowej porażce w Warszawie z Legią wypadliście nawet poza pierwszą ósemkę. Do końca zasadniczej części sezonu i podziału na grupy pozostawały Wam spotkania z Zagłębiem Sosnowiec, półfinałowa batalia o Puchar Polski z Miedzią i starcie w Poznaniu z Lechem. Przed Jagiellonią rysował się tydzień „gry o wszystko”. Czy trzeba było tonować wasze emocje w szatni?
Druga część sezonu była bardzo trudna, ponieważ rozgrywaliśmy także spotkania pucharowe. Dało się zauważyć, że dalekie podróże nam nie służą. Chociaż w lidze szło nam średnio, to pewną osłodą była postawa w rozgrywkach o Puchar Polski. Ciężko pracowaliśmy, aby jednak uratować ten dość przeciętny sezon.

Z tych trzech ostatnich spotkań wygraliście wszystkie. Szczególnie wielu Kibiców z rozrzewnieniem wspomina zwycięstwo z Miedzią i gol Tarasa z ostatniej minuty, który dał na awans do finału. Wydaje się, że w tamtym momencie wróciła nadzieja, w końcu Jagiellonia po raz trzeci w historii awansowała do finału.
Wierzyliśmy, że możemy jeszcze uratować sezon. Zdawaliśmy sobie sprawę, że strata do podium jest spora, a zdobywając Puchar Polski moglibyśmy sięgnąć po trzecie trofeum w historii klubu, a także wywalczyć kolejny awans do Ligi Europy. Niestety, stało się inaczej. Było to bardzo trudne, szczególnie dla mnie. Znowu ta Lechia stanęła na naszej drodze. Byliśmy lepszym zespołem, mieliśmy swoje okazje, a straciliśmy gola „z niczego” w czasie doliczonym do drugiej połowy. W pierwszej połowie obie drużyny grały bardzo nerwowo, po przerwie sami mogliśmy coś strzelić, niestety zabrakło nam skuteczności. W feralnej sytuacji piłka skozłowała przede mną, ja natomiast nie zauważyłem nabiegającego Sobiecha. Do skutecznej interwencji i dogrywki zabrakło mi kilku centymetrów. Niestety, napastnik Lechii popisał się sprytem i dał gdańszczanom sukces.

Jak wspominasz samą otoczkę finału na Stadionie Narodowym?
To było świetnie zorganizowane, coś jak Liga Mistrzów. Z jednej i drugiej strony kibice Jagiellonii i Lechii. Tłumy na trybunach, fantastyczny doping. Oprawy naszych kibiców, ich doping, to była prawdziwa petarda. Śpiewy przez cały mecz. Tylko ze względu na nich zasłużyliśmy na coś więcej. Niestety, przez trzy lata gry w Jagiellonii zawsze brakowało tej kropki nad „i”, tej wisienki na torcie, aby sięgnąć po główne trofeum. Przez trzy lata z rzędu zawsze byliśmy drudzy, o krok od głównego sukcesu. Zawsze czegoś brakowało.

Można powiedzieć, że sezon wielkiego niedosytu. Najpierw pechowa porażka na Narodowym, a w lidze finiszujemy za Cracovią, chociaż mieliśmy tyle samo punktów co oni, a w bezpośrednich starciach okazywaliśmy się zdecydowanie lepsi.
Ból był duży, tym bardziej, że czwarte miejsce dawałoby nam Ligę Europy. Jak już wspomniałem wyżej, jeden punkt wywindowałby Jagiellonię o jedno miejsce wyżej. Niestety, przegraliśmy w ostatniej kolejce z Lechią, która przez cały czas była naszą zmorą. W końcówce zmarnowaliśmy dwa kluczowe rzuty karne. Oczywiście można dzisiaj mówić, że znaleźliśmy się za Cracovią, od której w bezpośrednich meczach byliśmy lepsi, ale przepisy są nieubłagane. Po zasadniczej części sezonu „Pasy” były wyżej w tabeli i przy równej liczbie punktów to decydowało o ostatecznym kształcie tabeli. Swoją drogą moim zdaniem w rozgrywkach Ekstraklasy zbyt często zmienia się przepisy, raz jest podział na grupy, innym razem dzieli się punkty, potem gra się 30 kolejek, potem 34. Brakuje ciągłości i stabilizacji, a kibice mogą się już pogubić, w jaki sposób w danym sezonie mają rozstrzygnąć się losy tytułu.

W ostatnich kolejkach tamtego sezonu bronił już Grzesiek Sandomierski. Po wygranej z Legią koledzy z drużyny wypchnęli Cię przed „Ultrę”. Czy już wtedy wiedziałeś, że to twoje ostatnie chwile przy Słonecznej?
Szczerze powiedziawszy już zimą chciałem odejść z Jagiellonii. Po rozmowie z prezesem uznaliśmy, że zagram jeszcze jedną rundę. Wtedy, po wygranej z Legią coś mi podpowiadało, że powoli dobiega końca bardzo fajna przygoda. Wiedzieliśmy to zarówno klub, jak i ja. Po zakończeniu sezonu zadecydowałem, że wrócę do siebie, do rodzinnych Michalovców.

Przy Słonecznej pojawiłeś się jednak niedługo później, bo w sierpniu 2019 roku, aby już oficjalnie pożegnać się z Jagiellonią. Wtedy cały stadion zaśpiewał po raz ostatnie gromkie „Kelemen, Superman”.
To było dla mnie wspaniałe podsumowanie ostatnich trzech lat. Przez cały czas pobytu w Jagiellonii czułem się bardzo szanowany, przez kolegów z drużyny, trenerów, działaczy, zarząd, pracowników klubu, kibiców. Takie pożegnanie smakowało wybornie, jak wisienka na torcie. Dziękuję wszystkim za to bardzo. Do dzisiaj na wspomnienie tamtego momentu czuję ciepło w sercu. Lubię sobie odpalić film z mojego pożegnania i powspominać stare dobre czasy spędzone w Białymstoku. Tamten moment był pożegnaniem nie tylko z Jagiellonią, ale również zakończeniem mojej kariery. Nie narzekałem na problemy zdrowotne, ale poczułem wypalenie. Gra w piłkę nie dawała mi już takiej radości i satysfakcji. Często podróże, zmienianie klubów i krajów po prostu mnie zmęczyło. Chciałem trochę odsapnąć, odpocząć. Niemniej zostałem przy futbolu i funkcjonuję w nim do dzisiaj.

Czego możemy Ci życzyć w nowym „życiu po życiu”?
Przede wszystkim zdrowia mi i mojej rodzinie, a także powodzenia w pracy agenta piłkarskiego.

Kontakt

Jagiellonia Białystok S.S.A.

b Poniedziałek - piątek 08:00 - 16:00