AktualnościGaleria Sław Jagiellonii: #22 Andrius Skerla

Galeria Sław Jagiellonii: #22 Andrius Skerla

Jest strzelcem prawdopodobnie najważniejszej bramki w dotychczasowej historii Jagiellonii. Jego bramka zdobyta na stadionie w Bydgoszczy dała „Żółto-Czerwonym” pierwsze trofeum w historii. Przed meczem z Pogonią Szczecin prezentujemy kolejnego członka Galerii Sław Jagiellonii – Andriusa Skerlę. Litewski defensor opowiada o tym, dlaczego nie został koszykarzem, jak wyglądały treningi i boku Jaapa Stama i Ruuda van Nisterlooya. Wspomina, kiedy odczuwał strach podczas meczu, a także wyjaśnia, dlaczego Michał Probierz jest jednym z najlepszych szkoleniowców, z którym pracował. Zachęcamy do lektury długiego wywiadu!

Niedługo minie dziewięć lat od twojego rozstania z Jagiellonią. Czy często wracasz do chwil spędzonych w Białymstoku?
Czas płynie bardzo szybko. Kiedy tylko przychodzi wiosna, koniec maja, to zawsze na Facebooku ktoś mnie oznaczy, najczęściej są to kibice Jagiellonii, a także byli koledzy z drużyny. Bywam wymieniany przy okazji tamtej bramki z Bydgoszczy. Siłą rzeczy w takich okolicznościach wracają także wspomnienia. Tego po prostu nie da się zapomnieć.

W jaki sposób rozpoczęła się twoja przygoda z piłką nożną? Urodziłeś się jeszcze w Związku Radzieckim, gdzie futbol odgrywał istotną rolę, chociaż dla Litwinów sportem narodowym pozostawała koszykówka.
W wieku sześciu lat grałem zarówno w piłkę nożną, jak i koszykówkę. Mieliśmy taki zespół Żalgiris Wilno, który w latach 80-tych uczestniczył w rozgrywkach centralnych Związku Radzieckiego. Kiedy mecze rozgrywano u nas to w hali, na trybunach pojawiało się po kilkanaście tysięcy ludzi. Również piłka stała wtedy na wysokim poziomie. Ogólnie całe społeczeństwo interesowało się sportem. Dzisiaj mogę zdradzić, że przez jakiś czas interesowałem się basketem i chciałem zostać koszykarzem. Ostatecznie jednak postawiłem na futbol. Poza tym warto zwrócić uwagę na to, że dużo mocniejszym koszykarskim ośrodkiem było Kowno. Tamtejszy Żalgiris był jedną z najmocniejszych drużyn w Związku Radzieckim, natomiast u nas w Wilnie dominowała piłka. Z rodzicami w każdy weekend chodziliśmy dopingować, to piłkarzy, to koszykarzy. Poza tym na podwórkach roiło się od dzieci, które grały w piłkę nożną albo koszykówkę. To były fajne czasy. Bardzo miło wspominam moje dzieciństwo.

No właśnie, powszechność sportu była wtedy czymś oczywistym.
Dzieci po szkole grały w piłkę, w kosza, niektórzy w hokeja. Zdarzały się nam różne przygody. Wiem, że w Polsce wyglądało to podobnie. Każdą wolną chwilę spędzaliśmy na świeżym powietrzu. Wychowywałem się w Związku Radzieckim, gdzie nie mieliśmy komputerów, smartfonów, PlayStation. Naszym jedynym „medium społecznościowym” było boisko, na którym spotykaliśmy się z kolegami i toczyliśmy rywalizację blok na blok, osiedle na osiedle.

Byłeś nastolatkiem, kiedy Litwa odzyskała niepodległość i opuściła Związek Radziecki. Jak wspominasz tamte dni?
To wszystko toczyło się bardzo szybko. Całe moje dzieciństwo, czas dojrzewania zbiegł się z odzyskaniem niepodległości przez Litwę. To były bardzo ważne momenty dla mojej ojczyzny. Osobiście odczułem to w taki sposób, że zaczęliśmy wyjeżdżać za granicę na różne międzynarodowe turnieje. Wcześniej nie było to takie oczywiste, ze względu na słynną „żelazną kurtynę”. Wszystko funkcjonowało inaczej. Z tamtych czasów najbardziej zapamiętałem wyjazdy do Europy Zachodniej. Zawsze przejeżdżaliśmy przez Polskę i podróż do Niemiec, Danii ze względu na infrastrukturę drogową zawsze był długim i męczącym przejazdem. Zdarzało się, że spędzaliśmy w autokarze nawet dwa dni. Miałem jednak fajne dzieciństwo. Nie mogłem narzekać.

Jak wtedy wyglądała piłka w Żalgirisie? Wspomniałeś o wyjazdach zagranicznych.
Oczywiście na Litwie dominowała i nadal dominuje koszykówka. Jest to nasz sport narodowy. Warto jednak podkreślić, że na początku lat 90-tych mocno inwestowano także w piłkę nożną. My jako młodzi zawodnicy uczestniczyliśmy trzy cztery razy w ciągu roku w turniejach międzynarodowych. Jeździliśmy do Holandii, Belgii, Niemiec, Skandynawii, Polski. Ponadto byłem powoływany do młodzieżowych reprezentacji Litwy, z którą również udawało się wyjechać na zagraniczne zgrupowania. Trochę zatem zobaczyłem tego świata.

Niedługo minie dziewięć lat od twojego rozstania z Jagiellonią. Czy często wracasz do chwil spędzonych w Białymstoku?
Czas płynie bardzo szybko. Kiedy tylko przychodzi wiosna, koniec maja, to zawsze na Facebooku ktoś mnie oznaczy, najczęściej są to kibice Jagiellonii, a także byli koledzy z drużyny. Bywam wymieniany przy okazji tamtej bramki z Bydgoszczy. Siłą rzeczy w takich okolicznościach wracają także wspomnienia. Tego po prostu nie da się zapomnieć.

W jaki sposób rozpoczęła się twoja przygoda z piłką nożną? Urodziłeś się jeszcze w Związku Radzieckim, gdzie futbol odgrywał istotną rolę, chociaż dla Litwinów sportem narodowym pozostawała koszykówka.
W wieku sześciu lat grałem zarówno w piłkę nożną, jak i koszykówkę. Mieliśmy taki zespół Żalgiris Wilno, który w latach 80-tych uczestniczył w rozgrywkach centralnych Związku Radzieckiego. Kiedy mecze rozgrywano u nas to w hali, na trybunach pojawiało się po kilkanaście tysięcy ludzi. Również piłka stała wtedy na wysokim poziomie. Ogólnie całe społeczeństwo interesowało się sportem. Dzisiaj mogę zdradzić, że przez jakiś czas interesowałem się basketem i chciałem zostać koszykarzem. Ostatecznie jednak postawiłem na futbol. Poza tym warto zwrócić uwagę na to, że dużo mocniejszym koszykarskim ośrodkiem było Kowno. Tamtejszy Żalgiris był jedną z najmocniejszych drużyn w Związku Radzieckim, natomiast u nas w Wilnie dominowała piłka. Z rodzicami w każdy weekend chodziliśmy dopingować, to piłkarzy, to koszykarzy. Poza tym na podwórkach roiło się od dzieci, które grały w piłkę nożną albo koszykówkę. To były fajne czasy. Bardzo miło wspominam moje dzieciństwo.

No właśnie, powszechność sportu była wtedy czymś oczywistym.
Dzieci po szkole grały w piłkę, w kosza, niektórzy w hokeja. Zdarzały się nam różne przygody. Wiem, że w Polsce wyglądało to podobnie. Każdą wolną chwilę spędzaliśmy na świeżym powietrzu. Wychowywałem się w Związku Radzieckim, gdzie nie mieliśmy komputerów, smartfonów, PlayStation. Naszym jedynym „medium społecznościowym” było boisko, na którym spotykaliśmy się z kolegami i toczyliśmy rywalizację blok na blok, osiedle na osiedle.

Byłeś nastolatkiem, kiedy Litwa odzyskała niepodległość i opuściła Związek Radziecki. Jak wspominasz tamte dni?
To wszystko toczyło się bardzo szybko. Całe moje dzieciństwo, czas dojrzewania zbiegł się z odzyskaniem niepodległości przez Litwę. To były bardzo ważne momenty dla mojej ojczyzny. Osobiście odczułem to w taki sposób, że zaczęliśmy wyjeżdżać za granicę na różne międzynarodowe turnieje. Wcześniej nie było to takie oczywiste, ze względu na słynną „żelazną kurtynę”. Wszystko funkcjonowało inaczej. Z tamtych czasów najbardziej zapamiętałem wyjazdy do Europy Zachodniej. Zawsze przejeżdżaliśmy przez Polskę i podróż do Niemiec, Danii ze względu na infrastrukturę drogową zawsze był długim i męczącym przejazdem. Zdarzało się, że spędzaliśmy w autokarze nawet dwa dni. Miałem jednak fajne dzieciństwo. Nie mogłem narzekać.

Jak wtedy wyglądała piłka w Żalgirisie? Wspomniałeś o wyjazdach zagranicznych.
Oczywiście na Litwie dominowała i nadal dominuje koszykówka. Jest to nasz sport narodowy. Warto jednak podkreślić, że na początku lat 90-tych mocno inwestowano także w piłkę nożną. My jako młodzi zawodnicy uczestniczyliśmy trzy cztery razy w ciągu roku w turniejach międzynarodowych. Jeździliśmy do Holandii, Belgii, Niemiec, Skandynawii, Polski. Ponadto byłem powoływany do młodzieżowych reprezentacji Litwy, z którą również udawało się wyjechać na zagraniczne zgrupowania. Trochę zatem zobaczyłem tego świata.

W 1997 roku trafiłeś do PSV Eindhoven. Z dzisiejszej perspektywy był to zaskakujący transfer. W wieku 20 lat trafiłeś do czołowego klubu holenderskiego. Jak duży szok przeżyłeś, przenosząc się do Niderlandów?
To był wielki szok, jakbym znalazł się w innym świecie. Wszystko wyglądało inaczej. Było o tyle zaskakujące, że kilka tygodni przed transferem oglądałem w telewizji mecz PSV w Lidze Mistrzów z Dynamem Kijów. Nagle dowiedziałem się, że odchodzę do Holandii, właśnie do Eindhoven. Tego samego, które w Champions League rywalizowało z Barceloną, czy Newcastle. W tamtym momencie nawet nie śmiałem o tym marzyć. To było jak wylot w kosmos. Z drugiej strony miałem 20 lat, zaczynałem grać w reprezentacji, która wtedy nie należała do europejskiego ogona. Przed transferem do PSV miałem już na koncie kilka występów w kadrze. Myślę, że dzięki temu oraz mojemu wiekowi stałem się łakomym kąskiem dla skautów i dyrektorów sportowych. Ktoś najwidoczniej uznał, że jestem perspektywiczny i mogę coś dać drużynie. W drugiej połowie lat 90-tych nasza kadra była w stanie utrzeć nosa wielkim rywalom. W eliminacjach do MŚ we Francji w 1998 roku zajęliśmy trzecie miejsce w grupie, tracąc punkt do drugiej Irlandii. Dwóch „oczek” zabrakło nam do udziału w barażach! W Dublinie zremisowaliśmy 1:1, a u siebie przegraliśmy 1:2, chociaż prowadziliśmy 1:0. Dwukrotnie ograliśmy Macedonię. W tamtych latach każdy musiał liczyć się z Litwinami.

Jak wspominasz pobyt w PSV Eindhoven?
Myślę, że od strony sportowej mogło być lepiej. Nie grałem tam zbyt często, chociaż trochę meczów w koszulce PSV zaliczyłem. Na pewno nie mogę powiedzieć, że nie dostałem szansy. Przechodziłem do bardzo silnej ligi. W 1995 roku, czyli dwa lata przed moim transferem Ligę Mistrzów wygrał Ajax Amsterdam, który rok później uległ w finale Juventusowi Turyn. W 1998 roku reprezentacja „Oranje” zajęła czwarte miejsce na mundialu. Miałem możliwość obcować w jednej szatni z wielkimi gwiazdami – Philipem Cocu, Jaapem Stamem, Lucem Nillisem, Nigelem de Jongiem, Boudwejinem Zendenem, Vampetą, Eidurem Gudhjonsenem, Aandre Ooijerem, czy Ruudem van Nistelrooyem. Być może dzisiaj niektórzy nie kojarzą tych nazwisk, ale wtedy były to wielkie gwiazdy, które kilka lat później stanowiły o sile takich drużyn jak Barcelona, Manchester United.

Jak dużo dały Ci treningi u boku Jaapa Stama?
Nigdy nie zagrałem z nim żadnego meczu. Wchodziłem na boisko dopiero kiedy on był kontuzjowany. Często jednak razem trenowaliśmy i byłem pod wrażeniem, że środkowy obrońca może mieć taką technikę i panowanie nad piłką. Wszyscy wiemy, jak potoczyła się jego kariera, co Jaap osiągnął. To był świetny zawodnik. Nie tylko zresztą on, ponieważ tam roiło się od gwiazd. Nic dziwnego, że z PSV tak wielu piłkarzy odchodziło za olbrzymie sumy do najlepszych klubów na świecie.

Najlepszy zawodnik, z którym wtedy dzieliłeś szatnię, to…
Trudno mi wskazać jedną osobę, ale chyba Ruud van Nistelrooy. Widać było, że miał niesamowitą smykałkę do strzelania goli. Facet był niesamowity, potrafił odnaleźć się w polu karnym, miał niezwykły spryt, a do tego kapitalne warunki fizyczne. Po prostu maszyna. W pierwszym sezonie w PSV zdobył ponad 40 bramek w oficjalnych meczach. W każdym treningu, meczu widać było olbrzymią jakość.

Czy był twoim koszmarem podczas treningów?
Koszmarem chyba nie. Po prostu był znakomitym zawodnikiem, od którego dało się wiele nauczyć.

W tamtej szatni był również jeden piłkarz z Polski, Tomasz Iwan. Czy trzymaliście się razem, jako Litwin i Polak?
Mieliśmy taką grupę. W drużynie była grupa Rosjan (Temrjukow, Chochłow, przyp. red.), dołączyłem do niej ja, Tomasz, a także Słowak Igor Demo. Później dołączyli do nas także koledzy z Gruzji, a zatem mieliśmy taką wschodnioeuropejską bandę. Spotykaliśmy się na kolacjach, dużo czasu spędzaliśmy razem.

Na ile na twój rozwój piłkarski wpłynął pobyt w Holandii?
Przede wszystkim Holandia to bardzo fajny kraj, nie tylko do życia, ale również do grania w piłkę. Odległości nie były w nim wielkie. Nasz najdłuższy wyjazd wynosił dwie godziny. Poza tym jako piłkarze mieliśmy dosłownie wszystko zapewnione. Ośrodek treningowy PSV składał się z kilku boisk, hali, basenu. Nic tylko wyjść, trenować i grać.

Po dwuletnim pobycie w Holandii trafiłeś do Szkocji, a dokładnie Dunfermline. W tamtych latach liga była zdominowana przez zespoły z Glasgow – Rangers i Celtic. Jak wspominasz rywalizację z nimi?
Rangers i Celtic to dwie drużyny grające w innej lidze. Gdybym miał to opisywać obrazowo, to oni toczyli rywalizację w Premier League, pozostałe drużyny w First League. Oczywiście, raz na jakiś czas udało się nam urwać punkty w rywalizacji z nimi. Natomiast w perspektywie całego sezonu podjęcie rywalizacji z nimi o mistrzostwo było czymś niemożliwym. O tytuł walczyły te dwie drużyny, celem pozostałych było trzecie miejsce.

Wtedy jako defensor musiałeś mierzyć się z legendami ligi szkockiej – Henrik Larsson, John Hartson, Tore Andre Flo, Nacho Novo, Peter Lovenkrands.
To byli bardzo dobrzy piłkarze. Gdybym mógł porównać te drużyny wtedy i teraz, to moim zdaniem kilkanaście lat temu były to zespoły znacznie lepsze. Celtic w 2003 roku dotarł do finału rozgrywek o Puchar UEFA, a Rangersi powtórzyli to pięć lat później. „Celtowie” w Lidze Mistrzów byli niepokonani u siebie, potrafili na Celtic Park ograć każdego, włącznie z Milanem, Barceloną, Manchesterem United. Spędziłem tam pięć lat i widziałem, co się działo na stadionie Celtiku. Każdy, kto grał na ich obiekcie miał spore problemy. Wszystkie mecze na stadionie Celtiku gromadził po 50 – 60 tysięcy kibiców, niezależnie, czy ich rywalem było Dunfermline, Rangersi, czy Barcelona. Występowałem na wielu obiektach, grałem i w Holandii, w Polsce, w Rosji, ale nigdzie nie doświadczyłem takiej atmosfery jak na Celtic Park. Tego nie da się opisać. To po prostu trzeba przeżyć.

Czy zaznaczałeś sobie w kalendarzu, kiedy zagracie z „Celtami” i Rangersami”?
Nie, ponieważ graliśmy sporo takich meczów. W lidze szkockiej gra się cztery rundy, zatem z jednymi i drugimi rozgrywaliśmy w sumie osiem spotkań w sezonie, a przecież mogliśmy na nich trafić jeszcze z rozgrywkach o Puchar Szkocji, Puchar Ligi Szkockiej. Nie ukrywam, że dla mnie jako defensora, rywalizacja czy z Celtikiem, czy z Rangersami była doskonałą lekcją. Jeżeli można się czegokolwiek nauczyć, to tylko od najlepszych.

Niedawno Błażej Augustyn powiedział, że w Szkocji nie gra się w piłkę, tylko w rugby. Czy faktycznie kości trzeszczały w każdym meczu?
Aby grać tam, trzeba być bardzo dobrze przygotowanym fizycznie. Moim zdaniem tych piętnaście lat temu poziom w Szkocji był jednak wyższy niż obecnie. Wtedy drużyny szkockie odgrywały większą rolę w rozgrywkach o europejskie puchary. Awans do Ligi Mistrzów dla Celtiku, lub Rangersów często był formalnością. Także inne drużyny stać było na niespodzianki. W lidze grało wielu klasowych zawodników. Dzisiaj jedynie Celtowie i Rangersi mogą zaistnieć w fazie grupowej Ligi Europy, natomiast pozostałe zespoły odpadają już na początku eliminacji.

Jesteś rekordzistą pod względem występów w reprezentacji Litwy. Wydaje się, że 15 – 20 lat temu w waszej drużynie narodowej było kilku piłkarzy doświadczonych i ogranych na wysokim poziomie piłkarzy. Ty, Ivanauskas, Stankevicius, Danilevicius, Jankauskas, graliście w topowych europejskich ligach i nie byliście w nich statystami. Czy to było złote pokolenie litewskiej piłki?
Trudno powiedzieć. My mieliśmy wielu zawodników, którzy regularnie grali w średnich zespołach, a nie tylko figurowali w kadrach. Do tego dochodziło czterech, pięciu występujących w topowych ligach europejskich, jak Bundesliga, Serie A, Eredivisie, czy w Portugalii. Graliśmy regularnie, zbieraliśmy doświadczenie w ligach mocniejszych od litewskiej. Obecnie w naszej drużynie narodowej brakuje zawodników występujących w średnich klubach. Trudno obecnie znaleźć Litwina, poza nielicznymi wyjątkami, który grałby regularnie poza granicami. Nawet jeżeli już ktoś gdzieś podpisze kontrakt, to najczęściej pozostaje rezerwowym. Mam wrażenie, że większość drużyn się rozwinęła, a my pozostaliśmy w tym samym miejscu. Kiedy gramy z topowymi rywalami, jak Serbia, Ukraina, czy Portugalia to różnica na boisku jest kolosalna, a spotkania zazwyczaj kończą się naszymi wysokimi porażkami. 20 lat temu tak nie było. Wspomniałem o minimalnie przegranych kwalifikacjach do MŚ we Francji. Pamiętam nasze mecze z mocnymi przeciwnikami i na boisku nie było widać aż tak kolosalnej różnicy. Potrafiliśmy w kwalifikacjach urywać punkty w pojedynczych meczach ówczesnym wicemistrzom Europy – Włochom lub wicemistrzom świata – Niemcom. Dzisiaj jest to nie do pomyślenia.

Pamiętam wasze spotkania z Hiszpanami, w których gole strzelał Darvydas Sernas.
Oczywiście obie potyczki przegrywaliśmy, jednak potrafiliśmy w nich się odgryźć. W Hiszpanii po golu Darvydasa doprowadziliśmy do wyrównania. Co prawda później Hiszpania wróciła na swoje tory i zdobyła trzy punkty, jednak mówimy o najlepszej drużynie na świecie, która wtedy wygrywała wszystko, co dało się wygrać. Co prawda nie zakwalifikowaliśmy się na żaden wielki turniej, ale wtedy Litwa była nieprzyjemnym rywalem i na pewno nikt przed meczem z nami nie dopisywał sobie trzech punktów.

Wielu Kibiców z Polski pamięta dwa mecze z Litwą, z 2006 i 2011 roku. Wtedy dwukrotnie ogrywaliście „Biało-Czerwonych”, którzy szykowali się do udziału w MŚ i EURO.
Do Bełchatowa w 2006 roku pojechaliśmy w krajowym składzie. Ja w tamtym meczu nie grałem, podobnie jak wielu zawodników z lig zagranicznych. W 2011 roku graliśmy w Kownie. Boisko znajdowało się w strasznym stanie. Przyszło nam się mierzyć ze słynnym trio z Dortmundu, bo już wtedy Lewandowski, Błaszczykowski i Piszczek byli gwiazdami światowego formatu. Oczywiście to Polacy byli faworytami, ale czasami, kiedy przyjeżdża się na stadion z poprzedniej epoki może pojawić się jakieś zlekceważenie. Dla nas rywalizacja z takim zespołem było czymś wielkim i ekscytującym.

Ciekawym epizodem w twojej karierze jest pobyt w Vetrze Wilno i słynny mecz z Legią Warszawa. Jak go wspominasz?
To był jedyny mecz w całej mojej przygodzie z piłką, który nie został dokończony. Przyznam, że pierwszy raz bałem się w trakcie spotkania. Nie był to jednak strach o zdrowie moje, albo moich kolegów. Nie chciałem, aby ucierpieli moi najbliżsi, żona, córka, rodzice, którzy wtedy pojawili się na stadionie. Na trybunach dochodziło do dantejskich scen, to było coś strasznego. Najgorsza była bowiem bezsilność. Widziałem chuliganów w szalikach Legii biegnących w kierunku sektora, na którym zasiadali moi najbliżsi. Myślałem wtedy, oby nic złego im się nie stało. Na szczęście wszyscy wyszli z tamtej sytuacji bez szwanku, ale co najedli się strachu, to im pozostało.

Na boisku radziliście sobie całkiem przyzwoicie. Do przerwy prowadziliście bowiem 2:0, chociaż po losowaniu to Legia była zdecydowanym faworytem.
Naturalnie, zdawaliśmy sobie z tego sprawę. Legia grając u nas miała prawo czuć się jak u siebie. Z Warszawy przyjechało mnóstwo kibiców, którzy zajęli 60 – 70 procent całego stadionu. Mimo tego rozegraliśmy bardzo dobrą pierwszą połowę, po której zasłużenie prowadziliśmy. Oczywiście, nikt nie wie, co wydarzyłoby się po przerwie, a także w rewanżu. Gdyby nie ekscesy chuligańskie sprawa awansu nadal pozostawała otwarta. Później legioniści świetnie weszli w sezon w Ekstraklasie, wygrywając siedem pierwszych meczów.

Niedługo później do Ekstraklasy trafiłeś również Ty. W sierpniu 2007 roku sięgnęła po Ciebie Korona Kielce, która miała duże ambicje i chciała zbudować silny ośrodek piłkarski. Nowoczesny stadion, prężny i bogaty sponsor, solidna drużyna. Wydawało się, że lada moment stolica Województwa Świętokrzyskieg mogą stać się wiodącą siłą na mapie futbolowej Polski.
Wiedziałem, że w Koronie powstaje nowy silny zespół. Warunki naprawdę świetne, drużynę prowadził trener Zieliński, były piłkarz Legii i reprezentacji Polski. Funkcję dyrektora sportowego pełnił Paweł Janas. Szczególnie u siebie byliśmy groźni dla każdego. Po jesieni znajdowaliśmy się blisko czołówki. Dopiero wiosną złapaliśmy zadyszkę. W Kielcach nie brakowało pieniędzy, stabilizacji, świetnych warunków do budowy dużej piłki. Całe miasto i region żyły naszymi meczami. Zespół miał dużą jakość. Działowi sportowemu udało się stworzyć mocną drużynę. Moim partnerem na środku obrony był Hernani, w środku pola dyrygowali Hermes i Świerczewski, na skrzydle świetnie prezentował się Paweł Sobolewski, w ataku Marcin Robak, w bramce Wojciech Kowalewski. Jestem pewien, że gdyby nie kara, to Korona w ciągu kilku lat zostałaby mistrzem Polski.

Jak zareagowaliście na werdykt organów dyscyplinarnych, które zdegradowały Koronę do I ligi?
Jako zawodnik musiałem patrzeć do przodu i myśleć nad przyszłością. Po zakończeniu sezonu chciałem grać w kadrze, a do tego potrzebowałem występów w najwyższej klasie rozgrywkowej. Tymczasem Koronie bardzo zależało na tym, abym pozostał u nich.

Trafiłeś do Jagiellonii, która w tamtym momencie sportowo stała niżej niż Korona. Co Cię skłoniło do przenosin?
Przede wszystkim stosunkowo niewielki dystans dzielący Białystok i Wolno. Kilka tygodnie przed podpisaniem kontraktu na świat przyszła moja druga córka, poza tym moja żona i mama miały rozmaite problemy zdrowotne, dlatego musiałem być względnie blisko domu rodzinnego. Wiedziałem, że z Podlasia będę miał już blisko na Litwę. Ponadto działacze ściągając mnie do Jagi obiecywali, że chcą zbudować nowy zespół. Ambicje były naprawdę duże. Przyszedł nowy, młody trener, który wymienił wielu zawodników. Pomimo wieku i stosunkowo niewielkiego doświadczenia potrafił kapitalnie motywować i dotrzeć do zawodników.

Jak odbierałeś Michała Probierza, który z jednej strony był niewiele starszy od Ciebie, a miał już za sobą pracę na poziomie Ekstraklasy.
Nie miałem żadnych problemów z Probierzem. To bez dwóch zdań jeden z najlepszych trenerów, z którym kiedykolwiek pracowałem. Ciekawie prowadził zajęcia, miał wszystko dopracowane w najmniejszych szczegółach. Poza tym kiedy musiał podjąć trudną decyzję nie bał się konsultować jej ze mną, czy później także z Tomkiem Frankowskim. Wiedział, że mając dobre relacje z radą drużyny będzie panował nad szatnią.

Czy czułeś, że masz u niego specjalne względy?
Niekoniecznie, po protu dbał o zawodników. Nieraz dawał mi dodatkowy dzień wolnego, mówiąc „znam twoją klasę, wiem na co Cię stać. Odpocznij, będziesz mi bardziej przydatny podczas meczu”. Mocno obstawał za zespołem. Budowa tamtej Jagiellonii, to było dla niego duże wyzwanie, z którym, moim zdaniem, znakomicie sobie poradził.

W Jagiellonii trafiłeś na Pavola Stano, ale również na Thiago Cionka, który obecnie ma na swoim koncie ponad 100 meczów rozegranych w Serie A. Czy w połowie 2008 roku przewidywałeś, że Thiago może zrobić aż taką karierę?
W futbolu nie ma rzeczy niemożliwych. Pamiętam Thiago, kiedy przyjechał do nas na trening. Bez doświadczenia, do nowego kraju. Bardzo przypominał mnie z PSV. I tak, jak w Holandii mogłem liczyć na wsparcie bardziej doświadczonych kolegów, tak w Jagiellonii nie pozostawiliśmy Cionka samego sobie. Dobrze mi się z nim grało. Ja jemu pomagałem, ale i on dużo mi dawał. Podczas każdego treningu pracował na maksa. Szybko nauczył się polskiego, stale się rozwijał.

Pierwsza runda sezonu 2008/09 nie była dla Was łatwa. Po remisie w Gdyni gładko przegraliście z Lechem Poznań i Legią Warszawa. Czy po pierwszych niepowodzeniach nie było zwątpienia, że pomimo starań Jagiellonia okupuje dolne rejony tabeli?
Wszyscy zdawaliśmy sobie sprawę, że ta runda będzie dla nas bardzo trudna. Wszyscy to wiedzieli – działacze, trener, kibice. Mieliśmy nowy zespół, potrzebowaliśmy czasu. Oczywiście, spadała na nas krytyka, ale chwała prezesom i zarządowi, że wytrzymali ciśnienie i po pierwszych niepowodzeniach nie szukano winnych. Pierwsza runda była dla wszystkich trudna, ale to doświadczenie, które otrzymaliśmy my piłkarze i trener Probierz zaprocentowały w kolejnych latach.

Wielu mówi, że kluczowe znaczenie dla tamtego zespołu miało sprowadzenie do Białegostoku Tomasza Frankowskiego i Kamila Grosickiego. Jak ich odbierałeś?
Od razu po pierwszym treningu widać było, że „Grosik” ma olbrzymi potencjał i może zajść bardzo daleko. Owszem miał swoje historie pozaboiskowe, ale największe zasługi dla odbudowania Kamila mają Michał Probierz i pan Cezary Kulesza. Kiedy Kamil grał dobrze, przynosił drużynie punkty. On potrafił w pojedynkę wygrać mecz. Być może sam zauważył, że zaczął dobrze wyglądać na boisku. Po jego podaniach Franek strzelał jak na zawołanie. Moim zdaniem Tomek również dużo z nim rozmawiał, kształtował pod względem piłkarskim i mentalnym. Nagle wokół „Grosika” pojawiło się wielu przychylnych mu ludzi, którzy wyciągnęli pomocną dłoń. Potrafił z tego korzystać, a dzisiaj wszyscy widzimy dokąd zaszedł.

Byłeś jednym z liderów tamtej drużyny, ze względu na swoje doświadczenie i wiek. Czy zdarzało Ci się nakrzyczeć na Kamila?
Nie przypominam sobie takiej sytuacji. Na pewno nie było tak, że on przychodził na treningi i się obijał. Oczywiście, raz, czy dwa razy zdarzało mu się zaspać, lub spóźnić. Nie mogę jednak mieć żadnych zastrzeżeń do jego zaangażowania. W każdych zajęciach uczestniczył ze stuprocentowym zaangażowaniem.

W tamtym zespole było mnóstwo jakości – Rafał Gikiewicz, Igor Lewczuk, Bruno, Thiago Cionek, Kamil Grosicki, Tomasz Frankowski, Hermes. Czy po zimowym okresie przygotowawczym czuliście, że przed wami coś fajnego?
Trudno powiedzieć, o czym wtedy myśleliśmy. Naturalnie nikt nie oczekiwał, że możemy coś osiągnąć. Byliśmy już zgrani i runda wiosenna pokazała, że możemy być groźni dla każdego. Swoją drogą wtedy przez Jagiellonię przewijało się mnóstwo zawodników, co pół roku sześciu przychodziło, a kolejnych siedmiu odchodziło. Trener Probierz był bardzo wymagający i szukał odpowiednich ogniw.

W Białystoku dopadły Cię demony znane z Korony Kielce, czyli kara za czyny korupcyjne. Tym razem zamiast degradacji drużynę ukarano ujemnymi punktami. Wielu wtedy skazywało Jagiellonię na spadek. Hermes podkreślał, że olbrzymią rolę odegrał Michał Probierz, który podkreślał, że nie ma dla was meczu nieważnego.
Pamiętam, że niedługo po podpisaniu umowy z Jagiellonią w środowisku zaczęły krążyć plotki, że za chwilę Jagiellonia może podzielić los Korony. Po prawnych bataliach karę degradacji udało się zamienić na ujemne punkty. Początek tamtego sezonu mieliśmy kapitalny, ponieważ już po czterech kolejkach „wyczyściliśmy” punkty ujemne. Wielka w tym zasługa Michała Probierza, ale i my sami chcieliśmy wszystkim pokazać, że możemy tego dokonać. Minus 10 punktów to nie koniec świata. Bardzo dobry początek pokazał, że jesteśmy mocni, szybko ruszyliśmy w pogoń za bezpiecznym miejscem w tabeli. Nasz cel był jeden – utrzymanie w Ekstraklasie. Mogę tylko potwierdzić, że udało się go zrealizować dzięki olbrzymiemu wpływowi Michała Probierza.

Który mecz z tamtego sezonu był dla Was tym przełomowym?
Trudno powiedzieć, czy mieliśmy taki jeden mecz. Tamten sezon pamiętam bardzo dobrze. Uniknęliśmy w nim jakiegoś poważniejszego kryzysu, serii porażek. Myślę, że najbardziej zapamiętałem mecz z Ruchem Chorzów przy Słonecznej, po którym zapewniliśmy sobie utrzymanie. Wszystko działo się na dwie kolejki przed zakończeniem sezonu. Mecz był dla mnie szczególny, ponieważ to ja strzeliłem decydującego gola.

Zwieńczeniem tamtego sezonu było zdobycie przez Was Pucharu Polski, chociaż wasza droga do końcowego sukcesu nie była usłana różami.
Na początku sezonu wszyscy byliśmy skupieni przede wszystkim na zapewnieniu sobie utrzymania i zdobywaniu punktów w lidze. Być może stąd brały się nasze słabsze spotkania o Puchar Polski i wymęczone awanse w Tychach oraz Gdyni. Mimo tego daliśmy radę i po zwycięstwie z Arką zaczęliśmy wierzyć, że to może być przełomowy sezon.

Kiedy uwierzyliście, że finał może być Wasz?
Ja osobiście uwierzyłem po rewanżu z Koroną. Jak zapewne większość kibiców pamięta, w Kielcach nam nie poszło. Przegraliśmy wyraźnie 1:3. Po raz kolejny olbrzymią rolę odegrał trener Michał Probierz, który przed rewanżem przekonał nas, że możemy jeszcze wiele osiągnąć w trwających rozgrywkach. Nie wiem, czy nie był to nasz najlepszy mecz w tamtym sezonie. Po bezapelacyjnym zwycięstwie z Koroną sami uwierzyliśmy, że możemy zdobyć Puchar, pierwszy dla Jagiellonii. Nie muszę mówić, że takim klubom jak Jaga trudno jest sięgnąć po mistrzostwo. Zdecydowanie więcej można osiągnąć w rozgrywkach pucharowych, kiedy są odpowiednie poziom motywacji i przygotowanie. Sami w to uwierzyliśmy.

W Gdańsku wykonaliście kolejny milowy krok w kierunku bydgoskiego finału. Czy przed rewanżem przy Słonecznej trudno było utrzymać koncentrację?
Tak naprawdę po wygranej w Gdańsku nikt nie myślał o rewanżu, ponieważ kilka dni później czekał nas wyjazd do Warszawy na spotkanie z Legią i w tamtym momencie to ono było najważniejsze. Na pewno nie było przesadnej euforii, ponieważ zdawaliśmy sobie sprawę, że musimy jeszcze potwierdzić klasę w domu, chociaż sam mecz z Lechią wyglądał naprawdę nieźle. Rozegraliśmy dobre spotkanie, wypracowaliśmy zaliczkę i nie mieliśmy prawa jej zaprzepaścić w Białymstoku.

Finał rozgrywek o Puchar Polski odbył się po sezonie, w którym dokonaliście niemożliwego. Byliście faworytami meczu z Pogonią. Jak radziliście sobie z tą rolą?
Jeżeli grasz w Ekstraklasie i mierzysz się z zespołem pierwszoligowym, to jesteś faworytem i musisz umieć to przyjąć. Oczywiście wielu kibiców i dziennikarzy zdążyło nam wręczyć puchar jeszcze przed pierwszym gwizdkiem. Teraz my jako drużyna musieliśmy unieść ten ciężar. Z drugiej strony sama Jagiellonia po raz pierwszy znalazła się w takiej sytuacji. Przecież ten klub nigdy wcześniej nie wywalczył żadnego trofeum na poziomie ogólnopolskim, nigdy również nie bił się o najwyższe cele w lidze. Wiedzieliśmy, że czeka nas trudne zadanie, chociaż na papierze byliśmy faworytami, jakość piłkarska była po naszej stronie. O wszystkim decydował jeden mecz, w którym wszystko może się zdarzyć, głupia czerwona kartka, jakiś błąd indywidualny, przypadkowy rzut karny.

Mało brakowało, a ten czarny scenariusz by się ziścił. W pierwszej połowie dużą kontrowersją było starcie El Mehdiego z Marcinem Bojarskim, po którym „Portowcy” domagali się czerwonej kartki dla naszego obrońcy.
Bardzo chcieliśmy szybko wyjść na prowadzenie. Być może Pogoń nie stwarzała zbyt dużego zagrożenia w naszym polu karnym, ale sami dobrze się bronili. Musieliśmy być maksymalnie skoncentrowani w tyłach, ponieważ trudno się gra w defensywie, kiedy twój zespół ciągle atakuje. Trzeba uważać na kontry. Kto wie, czy w drugim spotkanie sędzia byłby równie pobłażliwy dla Mido. Stało się inaczej, arbiter nie podyktował rzutu karnego dla Pogoni. Był to dla nas dzwonek ostrzegawczy, że musimy jeszcze bardziej się postarać, jeżeli chcemy wygrać.

Wszystko rozstrzygnęło się na początku drugiej połowy. Po dośrodkowaniu Frankowskiego, piłkę w pole karne wstrzelił Jarosław Lato i tam znalazłeś się oko w oko z Janukiewiczem. Rzadko się zdarza, aby to środkowy defensor miał wykańczać akcje jak rasowy napastnik.
Faktycznie nie jest to zbyt częste, ale mi się zdarzało. Mam taką ciekawą statystykę, że grając w finale rozgrywek o krajowy puchar zawsze strzelałem gola, tak było w Polsce, tak było także w Szkocji, później na Litwie w dwóch finałach strzeliłem trzy gole. Można powiedzieć, że lubię poprawiać statystyki w meczach pucharowych. Udało się zdobyć tę „złotą” bramkę.

Jaka była twoja pierwsza myśl po strzeleniu gola?
Na pewno nie było euforii. Do końca meczu pozostawało jeszcze sporo czasu, a przecież nasze prowadzenie pozostawało znikome. Mecz miał się toczyć jeszcze przez ponad 30 minut, chociaż strzelony gol spowodował, że Pogoń bardziej się otworzyła, a my mieliśmy więcej miejsca i stworzyliśmy sobie jeszcze kilka okazji. Niestety, brakowało skuteczności i przypieczętowania naszej wygranej. Na pewno jednak po zdobytej bramce nie myślałem „puchar jest już nasz”.

Na ile doświadczenie twoje, Tomka Frankowskiego, Hermesa, Jarka Laty okazało się przydatne w tamtym spotkaniu?
To była ciężka praca dla nas wszystkich, począwszy od Michała Probierza, przez zawodników, po działaczy. Wszyscy mocno pracowali, aby coś z tego wyszło. Kiedy odrobiliśmy 10 punktów, zdobyliśmy Puchar Polski, Superpuchar przestaliśmy być ligowym średniakiem. Wymagania wobec nas systematycznie rosły. Ludzi w Białymstoku już nie zadowalała sama Ekstraklasa. Oczekiwania były inne i musieliśmy sobie z tym radzić.

Puchar Polski był zwieńczeniem pięknego sezonu dla Jagiellonii, a niedługo potem rozpoczęliście przygotowania do meczów w Lidze Europy. Los skojarzył Was z Arisem Saloniki. Czy w pierwszym spotkaniu nie zjadła Was trema?
Walczyliśmy pomimo niekorzystnego wyniku. W pewnym momencie przegrywaliśmy już 0:2, ale strzeliliśmy gola kontaktowego. My jako zespół pierwszy raz trafiliśmy do rozgrywek o europejskie puchary i po prostu musieliśmy zapłacić „frycowe”. Wyszedł brak doświadczenia w takich spotkaniach. Na pewno był to inny poziom, znacznie wyższy od tego znanego z Ekstraklasy.

W rewanżu prowadziliście już 2:1, ale z rozgrywek odpadliście po kontrowersyjnej decyzji sędziego z Rumunii.
Rewanż był trudny. Oczywiście mogliśmy awansować, wynik mógł być inny. Karny z gatunku „miękkich”, był jednak kontakt między mną i rywalem gospodarzy. Zderzyliśmy się głowami. Trzeba jednak pamiętać, że graliśmy w Grecji, a tam sędziowie potrafią podejmować bardzo dziwne decyzje.

W tamtej edycji LE Aris okazał się lepszy w grupie od Atletico Madryt, a w 1/16 zdołał zremisować u siebie z Manchesterem City. Było to dla Was jakieś pocieszenie pomimo niepowodzenia?
Można tak powiedzieć, chociaż sami wolelibyśmy być na ich miejscu.

Tamta Jagiellonia mocno kojarzy się z legendarną bazą w Pogorzałkach. Jak ją wspominasz?
Nie miałem problemów z akceptacją. Oczywiście, na każdy trening trzeba było jechać poza Białystok, ale nie mogłem narzekać. Klub starał się zorganizować nam możliwie najlepsze warunki, chociaż przy ówczesnej infrastrukturze nie było to proste. Oczywiście trudno to porównywać do obecnej bazy przy Elewatorskiej. Z drugiej strony mieliśmy coś naszego, miejsce, w którym mogliśmy trenować.

Jak dużo czasu spędzaliście w Pogorzałkach?
Siłą rzeczy każdy z nas musiał pojawić się wcześniej. Na pewno więcej czasu spędziłem w Pogorzałkach niż gdzieś w Białymstoku. Odprawy, treningi, przygotowania. Wszystko mieliśmy w jednym miejscu i tak pracowaliśmy.

Jesień 2010 była waszym popisem. Rok zakończyliście na pierwszym miejscu w tabeli i udowodniliście, że Jagiellonia na podium wcale nie musi brzmieć jak football fiction.
Myślę, że był to efekt naszego zgrania. Jak już wspomniałem, na początku ta drużyna się tworzyła, cementowała. Potrzebowaliśmy czasu i wszystko zaczęło grać na naszą korzyść. Pierwsze trofea dla klubu, dwumecz z Arisem tylko wzbogacały nasze doświadczenie. Potrzebowaliśmy kolejnego kroku, czyli mistrzostwa. Być może przed sezonem nikt nie nakładał na ns presji, ale z każdą kolejną wygraną zaczęliśmy patrzeć w tabeli. Jagiellonia przewodziła, a jeżeli kończysz rundę na pierwszym miejscu, wtedy analizujesz, czy wiosną stać drużynę na utrzymanie tej pozycji.

Wielu do dzisiaj dywaguje, czy na brak mistrzostwa nie wpłynęła absencja Kamila Grosickiego. Czy zgadzasz się z tą opinią?
Czy obecność Kamila miałaby wpływ na nasze wyniki wiosną? Mogę powiedzieć, że był on bardzo ważnym zawodnikiem dla naszej drużyny. Nikt nie wie, jakby to się potoczyło. W Białymstoku udało się zbudować zespół, który zdobył Puchar i Superpuchar, był liderem w tabeli. Jeżeli jest się pierwszym, to należy zrobić wszystko, aby to prowadzenie utrzymać. Być może gdyby Kamil został w Białymstoku, to osiągnęlibyśmy lepsze wyniki, a klub sprzedałby go za wyższą kwotę. Moim zdaniem wszystkim w tamtej sytuacji zabrakło doświadczenia, ponieważ wielu z nas po raz pierwszy znalazło się w takiej sytuacji.

Wiosną wyglądaliście dużo słabiej. Moim zdaniem spotkaniem, w którym przegraliście podium, był domowy remis z Legią, kiedy „Wojskowi” kończyli w dziewięciu, a Wy, pomimo ostrzału bramki Skaby zakończyliście spotkanie bezbramkowym remisem.
To był bardzo ważny mecz. Zdawaliśmy sobie sprawę z jego rangi. Atmosfera na boisku byłą nerwowa, sędzia pokazał dwie czerwone kartki. Nasza przewaga nie podlegała dyskusji. Bardzo chcieliśmy wygrać, być może nawet za bardzo i dlatego piłka nie wpadła do siatki.

Ja odebraliście w szatni czwarte miejsce? Z jednej strony awans do Ligi Europy i zdecydowanie najlepszy ligowy wynik Jagi w historii. Z drugiej czwarta lokata jest dla sportowca tą najgorszą…
Jeżeli kończysz rundę jesienną na pierwszym miejscu w tabeli, to kończąc sezon za podium musi być niedosyt. Tak też wszyscy odczuwaliśmy już po sezonie. Nikt nie cieszył się z czwartej lokaty, bo i nie było z czego.

Kolejny sezon rozpoczęliście od zmagań w Lidze Europy, w której los skojarzył Was z Irtyszem Pawłodar. Miał być spacerek, a wyszła największa wtopa w historii jagiellońskich występów o europejskie puchary.
W pierwszym meczu w Białymstoku mieliśmy kolosalną przewagę. Dziś mogę powiedzieć, że wygraliśmy tylko 1:0, chociaż sytuacji było zdecydowanie więcej. Oddzielną historią jest nasz wyjazd do Kazachstanu, który tylko potwierdził, że w piłce nożnej nie ma nieważnych detali. Kazachowie przylecieli czarterem do Brześcia, a po dwóch godzinach przyjechali do Polski. My udając się na rewanż najpierw długo jechaliśmy do Mińska, gdzie mieliśmy zaplanowany trening. W nocy ze stolicy Białorusi udaliśmy się do Kazachstanu. Po przylocie zajechaliśmy do hotelu, gdzie nie było klimatyzacji, tymczasem termometry w Pawłodarze wskazywały około 40 stopni. Spotkanie rozgrywano na sztucznej murawie, która szybko się nagrzewa, więc cały czas upał dawał o sobie znać. W tamtym momencie cała nasza przewaga momentalnie uleciała. Oczywiście wszyscy oczekiwali od nas łatwego awansu. W końcu mierzyliśmy się z jakimiś, jak wy to mówicie, „ogórkami”. Tymczasem na boisku nie było widać aż tak wielkiej różnicy.

Po spotkaniu trener miał rzucać butelkami w szatni.
Kiedy po losowaniu okazało się, że trafimy na Irtysz, wszyscy, kibice, media widzieli nas już w kolejnej rundzie. Każdy myślał, że na stojaka poradzimy sobie z tymi „amatorami”. Tymczasem w pierwszym meczu nie potrafiliśmy wypracować odpowiedniej przewagi. Myślę, że tamto niepowodzenie było kolejnym rozczarowaniem po słabej rundzie wiosennej.

Po odpadnięciu z Irtyszem z Jagiellonią pożegnał się Michał Probierz. Jak odebraliście decyzję trenera?
Michał Probierz był z nami ponad trzy lata, zdobył z Jagiellonią Puchar Polski, Superpuchar i miał prawo, aby marzyć o mistrzostwie Polski. Później po tamtej rundzie, w której przegraliśmy podium oraz po porażce z Irtyszem w mojej ocenie zrobił bardzo dobry krok. Chyba zdał sobie sprawę, że w tamtym momencie niczego więcej już nie wyciśnie. Oczywiście, osobiście chciałbym, aby został i pracował z nami dalej.

Karierę zakończyłeś na Litwie. Obecnie spełniasz się jako trener w reprezentacji.
Cieszę się, że do Jagiellonii wrócił Litwin i będę mógł go obserwować. Mam nadzieję, że kiedy sytuacja już się unormuje, a władze otworzą trybuny, to ponownie pojawię się w mieście, w którym spędziłem 3,5 roku.

Później chlubne litewskie tradycje w Jagiellonii kontynuowali Fedor Cernych i Arvydas Novikovas. Czy chłopaki konsultowali z Tobą swój transfer do Białegostoku?
Nie, sami podejmowali decyzje.

Czego Ci życzyć?
Zdrowia!

Kontakt

Jagiellonia Białystok S.S.A.

b Poniedziałek - piątek 08:00 - 16:00