AktualnościBył taki mecz: Jagiellonia Białystok – Wisła Kraków 2:1

Był taki mecz: Jagiellonia Białystok – Wisła Kraków 2:1

Kontynuujemy naszą podróż prze historię Jagiellonii Białystok. W zeszłotygodniowym epizodzie dotarliśmy do sezonu 2014/2015, w którym pozostajemy również w dzisiejszym wydaniu. Dzisiaj skupimy się na domowym meczu 34. serii gier, w którym Jagiellończycy podejmowali Wisłę Kraków. Zapraszamy.

Zaczynamy tradycyjnie, od przypomnienia poprzedniego tekstu, którego całość znajdziecie TUTAJ. Tekst traktował o rozegranym w ramach 12. kolejki domowym meczu Pogonią Szczecin, który był inauguracyjnym starciem na świeżo wyremontowanym, w pełni dostępnym Stadionie Miejskim w Białymstoku. Inauguracja zresztą przebiegła więcej niż pomyślnie, bowiem skończyło się na 5:0 dla Jagi po wspaniałej grze. Nic dziwnego, skoro praktycznie komplet kibiców zagrzewał swoich ulubieńców do wytężonej walki. Gazety i portale donosiły po tym spotkaniu „Inauguracja na piątkę” i nie było w tym ani krzty przesady.

Początek starcia był wyrównany. Obie ekipy walczył o uzyskanie dominacji nad rywalem. Ta sztuka udała się jednej ze stron. Na nasze szczęście zespołem, który zaczął górować nad przeciwnikiem była Jagiellonia. Podopieczni trenera Michała Probierza pierwsze okazje bramkowe stworzyli sobie w okolicach 10. minuty. Dwukrotnie w roli głównej wystąpił Maciej Gajos. O ile przy pierwszej próbie nasz pomocnik jeszcze się pomylił, o tyle przy drugiej okazał się perfekcyjnym egzekutorem. W 10. minucie Nika Dzalamidze dośrodkował z rzutu rożnego, a wolejem uderzył Gajos. Futbolówka otarła się jeszcze oo plecy Filipa Kozłowskiego i wpadła do siatki.

Po otwarciu wyniku spotkanie nieco straciło na intensywności. W 21. minucie swoją szansę zwietrzył Patryk Małecki, który chciał doprowadzić do wyrównania. Jego zapędy ofensywne zostały jednak stłamszone przez Sebastiana Maderę, który świetnie zablokował skrzydłowego „Portowców”.

27. minuta to przepiękna trójkowa akcja Jagiellonii. Gajos do Przemysława Mystkowskiego, ten dośrodkowuje w pole karne. Tam, pomimo obecności wielu zawodników ze Szczecina, futbolówka trafia do Patryka Tuszyńskiego, który ją podbija i uderza przewrotką. Byłaby to piękna bramka, ale na drodze do euforii naszego snajpera stanął Radosław Janukiewicz, który z trudem obronił ten strzał.

Pięć minut później odpowiedź Pogoni. Indywidualna akcja Takuyi Murayamy, który trudniejszą część zadania, minięcie trzech rywali, wykonał bezbłędnie, ale nie poszło mu przy łatwiejszym aspekcie, czyli odegraniu. Japończyk podał niedokładnie i zagrożenie oddalili defensorzy „Żółto-Czerownych. W 41. minucie swoich sił spróbował Rafał Murawski. Pomocnik zdecydował się na uderzenie z odległości, około 30 metrów, ale w bramce Jagi stał niezawodny Bartłomiej Drągowski, który pewną interwncją nie dopuścił do straty gola.

Kiedy wydawało się, że zespoły zejdą do szatni przy rezultacie 1:0 dla gospodarzy, doszło do zwrotu akcji. W odstępie dwóch minut padły dwie bramki dla Jagiellonii, które poskutkowały zmianą wyniku na 3:0 do przerwy. Najpierw, w 43. minucie, podanie od Tuszyńskiego otrzymał Wasiluk, Marek zagrał w pole karne, w kierunku najskuteczniejszego wówczas zawodnika Ekstraklasy, Mateusza Piątkowskiego, który skierował piłkę do siatki Pogoni. Dwie minuty później „Piątas” zagrał piłkę wzdłuż pola karnego i tym samym zanotował asytę, bowiemnadbiegający Dzalamidze nie miał problemów z umieszczeniem futbolówki w pustej bramce.

Po zmianie stron kibice zgromadzeni tłumnie na trybunach nowootwartego Stadionu Miejskiego w Białymstoku mieli okazje podziwiać jeszcze dwa jagiellońskie gole. Pierwszy padł w 66. minucie. Gajos dobrze zagrał do wybiegającego na pozycję Dzalamidze, który uciekł obrońcom i strzelił między nogami interweniującego Janukiewicza. Drugie trafienie to już końcówka starcia, dokładnie 81. minuta. Piątkowski pozazdrościł swojemu gruzińskiemu koledze z zespołu i również zapragnął ustrzelić tamtego dnia dublet. Napastnik Jagiellonii pewnym strzałem zdobył swoją drugą bramkę w tym meczu po dwójkowej wymianie podań pomiędzy Tuszyńskim i Gajosem.

Warto sobie odświeżyć lub się zapoznać, jeśli ktoś jeszcze nie czytał.

Od momentu rozegrania wyżej opisywanego meczu do spotkania poruszanego w niniejszym tekście mineło ponad siedem miesięcy. Dużo się w tym czasie działo w Jagiellonii i to wszystko postaramy się Państwu teraz przedstawić w telegraficznym skrócie.

Jaga zaczęła sezon dobrze. Na początek remis z Lechią, później dwie wygrane i trzy przegrane z rzędu. Nie brzmi to zbyt obiecująco, ale późniejsze wydarzenia pokazały, że ta krótka seria porażek była jedynie niemiłymi zobrego początkami. Od 6. kolejki (przegrana 1:3 ze Śląskiem Wrocław, ostatnia we wspomnianej serii), białostoczanie zanotowali passę siedmiu kolejnych spotkań bez przegranej, remisując w tym czasie tylko raz. O jednym z nich, czyli inaugurującym Stadion Miejski w Białymstoku starciu z Pogonią Szczecin (wygrana 5:0), mogliście przeczytać w wymienionym wcześniej fragmencie (przypominamy, całość TUTAJ). Tąpnięcie przyszło niespodziewanie, bo w meczu 14. kolejki z GKS-em Bełchatów (0:1). Później była chwilowa zadyszka formy, powrót na zwycięską ścieżkę, która trwałą aż do końca sezonu, z małymi acz znaczącymi przerwami w postaci porażek. Jedną z takowych była przegrana w wyjazdowym starciu 33. serii gier z Legią Warszawa. Intensywność rywalizacji w końcówce tamtego sezonu była olbrzymia, dlatego naszemu zespołowi, wówczas jeszcze niedoświadczonemu w walce o tak wysokie cele, tym bardziej należą się brawa i gratulacje, za świetną postawę. Co zaś tyczy się tabeli, to po 33 kolejkach Jagiellonia Białystok zajmowała 3. miejsce z 32 punktami na koncie. Tu należy zaznaczyć, że w obowiązującej wówczas formule ligi punkty dzielono po sezonie zasadniczym.

Przejdźmy do meritum dzisiejszego tekstu, czyli samego meczu. Trzeba zacząć od tego, że spotkanie cieszyło się ogromny zainteresowaniem wśród kibiców Jagiellonii. Na to starcie wyczerpana została pełna pula biletów, co oznaczało ponad 16 tysięcy zakupionych wejściówek i komplet publiczności tego sobotniego wieczora. O skali zainteresowania niech świadczy fakt, że był to na tamten moment rekord frekwencji na meczu Jagi w 2015 roku. Bez wątpienia jednym z elementów, który z pewnością przyciągnął sympatyków na zlokalizowany przy ul. Elewatorskiej obiekt był fakt inauguracji obchodów 95-lecia istnienia naszego klubu. Pamiętna akcja „Wszyscy w pasiakach”, która spotkała się ze znakomitym odzewem białostockiej publiczności, która tłumnie stawiła się na arenie zmagań, szczelnie zapełniając jej progi. Okazało się, że wyżej wymienione hasło nie było jedynie chwytem reklamowym. Będąc na Stadionie trudno było dostrzec kogokolwiek bez klubowych emblematów. Majowy wieczór dosłownie tonął w żółci i czerwieni, stwarzając niesamowite wrażenie. W takich właśnie pięknych okolicznościach przyszło grać Jagiellończykom.

Jak wyglądało spotkanie? Pierwsza połowa przebiegała w całości pod dyktando Wisły. Goście rządzili i dzielili na murawie, nie pozostawiając złudzeń oglądającym co do tego, kto jest lepszy. Podopieczni trenera Kazimierza Moskala umiejętnie wykorzystywali największą słabość gospodarzy, która było wspomniane już wcześniej zmęczenie. Często atakowali, groźnie przybliżając się do realizacji założenia, jakim było strzelenia gola. Swoją szansę miał Łukasz Garguła, miał ją również Maciej Jankowski, ale w obu sytuacjach świetnie bronił Bartłomiej Drągowski. Wreszcie jednak udało się Wiślakom udokumentować niezaprzeczalną przewagę, wychodząc w 42. minucie na prowadzenie. Autorem gola został Jankowski, który tym razem się nie pomylił i wykorzystał dobre dośrodkowanie Macieja Sadloka. Strzałem głową przelobował wychodzącego z bramki Bartłomieja Drągowskiego i dał swojej drużynie prowadzenie. Gol potwierdzający lepszą dyspozycję Wisły. Gol dający gościom prowadzenie. Gol dający im prowadzenie tuż przed przerwą. O takich bramkach zwykło się mawiać „gol do szatni”.

Rzeczywiście, nie mogło być w jagiellońskiej szatni wesoło w przerwie. Kilku zawodników odczuwało pewne niedogodności lub, mówiąc bardziej wprost, zmagało się z większymi lub mniejszymi urazami. Piłkarze byli podminowani porażką w Warszawie, dodatkowo zmęczeni wysoką intensywnością oraz częstotliwością rozgrywanych spotkań. Na domiar złego kiepska postawa w pierwszej połowie (zero celnych strzałów), która nie napawała optymizmem. Mimo to wyszli na drugą połowę i zrobili coś, co zdaje się ma swoje określenie w języku hiszpańskim. Remontada.

W przerwie trener Michał Probierz zdecydował się na przeprowadzenie zmiany w składzie. Przemysława Frankwskiego zastąpił Nika Dzalamidze. Trudno wyrokować, czy to ta roszada spowodowała poprawę gry gospodarzy po zmianie stron. Niemniej faktem jest, że poprawa nastąpiła. Nie było idealnie, ale Jagiellończycy z pewnością prezentowali się lepiej niż podczas początkowych 45 minut. Brakowało natomiast skuteczności i wykończenia, wobec czego nie można było obserwować akcji bramkowych w wykonaniu Jagi.

Kibicom bezstronnym rekompensowali to goście, którzy mądrą grą wciąż byli stroną dominującą. Udało im się nawet strzelić drugiego gola (w 52. minucie), ale jego autor, Mariusz Stępiński, był na spalonym. Później umiejętności Bartka Drągowskiego sprawdzili jeszcze Łukasz Garguła i ponownie Stępiński, ale w obu tych pojedynkach nasz golkiper był górą.

Czas płynął nieubłaganie, a rezultat widniejący na tablicy wyników nie ulegał zmianie. Wciąż było 1:0 dla Wisły i trzeba było działać. Na boisku pojawili się nowy gracze w zespole Jagi. W 61. minucie wszedł Jan Pawłowski, a 12 minut później dołączył do niego Łukasz Tymiński. Mimo tych roszad długo w Jagiellonii nie funkcjonowało wszystko tak jak powinno, ale kiedy wreszcie się zazębiło, to poszło na dobre.

W 86. minucie wprowadzony po przerwie gruziński skrzydłowy Nika Dzalamidze dośrodkował piłkę w pole karne krakowian. Tam trafiła ona do Patryka Tuszyńskiego, który strzałem głową, oddanym dodajmy z dziwnej pozycji, ponieważ praktycznie z kolan, pokonał Michała Miśkiewicza. Piłka wpadła do bramki odbijając się jeszcze od słupka.

Podłamani tym, co się przed chwilą tało goście nie byli w stanie skutecznie odpierać kolejnych ataków gospodarzy, którzy wyraźnie poczuli krew. No i stało się. Trzy minuty później Jagiellończycy objęli prowadzenie. W pole karne wpadł Dzalamidze. Gruzin oddał strzał, który trafił w poprzeczkę. Piłkę głową próbował dobijać Tymiński, a ostatecznie do bramki z przewrotki trafił Janek Pawłowski. Coś absolutnie fantastycznego! Janek tym trafienie dał Jadze prowadzenie, którego „Żółto-Czerwoni” nie wypuścili już z rąk. Wygrali, trzy punkty zostały w Białymstoku, a nasi gracze dalej liczyli się w walce o podium.

Po meczu na konferencji głos zabrał trener Jagiellonii Białystok, Michał Probierz. – Dlatego właśnie piłka jest taka piękna. W przyrodzie nic nie ginie, tylko zmienia właściciela. Jestem pod wielkim wrażeniem, jak dziś drużyna walczyła z takimi przeciwnościami. Wszyscy dziś cierpieliśmy. Piłkarze, trenerzy, kibice. Dziękuję za wsparcie w takiej sytuacji. Nie chciałem zmieniać składu. Wszyscy dużo grali i wiedziałem, że wszyscy będą tak samo zmęczeni. Dlatego też Dzalamidze trzymaliśmy na drugą połowę. Dobrze, że wszedł i zrobił to, co zakładaliśmy. Zawodnicy pokazali dziś ogromny charakter. Dlatego właśnie piłka jest taka piękna. W przyrodzie nic nie ginie, tylko zmienia właściciela – ocenił spotkanie szkoleniowiec białostoczan.

– Jak nas nie dobili na 2:0 to cały czas wierzyłem. Gdyby tak było, byłoby już raczej po meczu. Jak przegrywasz 0:1, to nawet w 90 minucie po stałym fragmencie gry możesz doprowadzić do remisu. W szatni widziałem zmęczone, smutne oczy, a zawodnicy nie pili whisky tak jak ja. Żaden zespół nie miał takiego planu. Niedziela – Lech, środa – Legia, sobota – Wisła. Graliśmy z urazami. Madera, Pazdan, Mackiewicz, każdemu z nich coś doskwierało. Teraz mamy 5 punktów przewagi nad nimi, niech oni się martwią co dalej – mówił opiekun „Żółto-Czerwonych”.

Starcie ocenił również szkoleniowiec „Białej Gwiazdy”, Kazimierz Moskal. – Co bym nie powiedział, to nie będę w stanie wyrazić swojego rozgoryczenia i rozczarowania. Nie po raz pierwszy tracimy komplet punktów w takich okolicznościach. Nie ma co komentować po takim meczu. Jeśli jesteśmy tacy naiwni, że przez 85 minut gramy dobre spotkanie. Jagiellonia nie stwarza sobie żadnej klarownej okazji, później przychodzi kluczowy moment. Możemy strzelić na 2:0, a później przychodzi coś takiego. Ten mecz rozstrzygnął się dla mnie w sposób absolutnie niepojęty. Co bym nie powiedział, to nie będę w stanie wyrazić swojego rozgoryczenia i rozczarowania. Nie po raz pierwszy tracimy komplet punktów w takich okolicznościach – mówił trener Moskal.

Poza trenerami głos po spotkaniu mieli także główni aktorzy tego niezwykłego widowiska, czyli sami piłkarze. Poniżej wypowiedzi kilku spośród bohaterów tamtych wydarzeń, w tym autora zwycięskiej bramki, Jana Pawłowskiego.

Rafał Grzyb, pomocnik Jagiellonii, kapitan naszego zespołu. – Nie zakładaliśmy, że aż do samego końca tak będziemy walczyć  o korzystny wynik. Cieszymy się, że się udało, bo przegrywaliśmy 0:1 i gra nam się zupełnie nie kleiła. Dopiero po strzelonej bramce uwierzyliśmy, że jeszcze jesteśmy w stanie to wygrać. Fenomenalną akcję przeprowadził Nika Dzalamidze i wygraliśmy 2:1. W przeciągu sześciu dni graliśmy trzecie spotkanie i to zmęczenie było widać dzisiaj po nas. Nie mieliśmy takiej dynamiki jak w poprzednich meczach, ale chwała zespołowi za to, że potrafiliśmy się podnieść i odblokować po kontrowersyjnej porażce na Legii. Nie ma co ukrywać, że małymi kroczkami puchary zbliżają się do nas. Myślę, że kolejna wygrana przybliży nas do nich jeszcze bardziej.

Michał Pazdan, obrońca Jagiellonii. – Nie zakładaliśmy, że ten mecz będzie tak wyglądał. Chcieliśmy strzelić bramkę jako pierwsi, ale to spotkanie od początku nie układało się po naszej myśli. Przede wszystkim było dużo niedokładności z naszej strony. Trzeba oddać jednak drużynie to, że walczyła dzisiaj na tyle, na ile mogła. Wygraliśmy, a to się najbardziej liczy. W poprzednich meczach nie mieliśmy szczęścia, dzisiaj trochę nam dopisało. Po ciężkim i intensywnym tygodniu możemy się teraz zregenerować i będziemy mogli dokończyć ligę na spokojnie.

Patryk Tuszyński, napastnik Jagiellonii. – Uczciwie możemy sobie powiedzieć, że byliśmy słabszym zespołem. Wisła pokazała, że jest mocną drużyną i tak jak w poprzednich meczach dobrze grała piłką, tak i dzisiaj nas zdominowała. Na szczęście w samej końcówce udało nam się odwrócić losy meczu. Czasami się mówi, że drużyna nie dojechała nam mecz, to my chyba dzisiaj nie wróciliśmy jeszcze z Warszawy, przynajmniej do 86 minuty tak to wyglądało. Wygrana cieszy to tym bardziej, że przypada na niezwykła okoliczność, jaką jest 95-lecie klubu. Myślę, że wielu kibicom tą końcówką sprawiliśmy miłą niespodziankę i każdy będzie chciał jeszcze raz przyjść na stadion.

Nika Dzalamidze, pomocnik Jagiellonii. – To był mecz, w którym nic nam nie wychodziło. Brakowało sił,  ciężko się biegało, a o sukcesie mogła zadecydować gra indywidualna. Cieszę się, że miałem udział przy golach „Tuszka” i Jasia, ale najważniejsze są trzy punkty, które zostają w Białymstoku. Jesteśmy wciąż w grze. Walczymy dalej!

Jan Pawłowski, napastnik Jagiellonii. – Niewiele bramek strzeliłem dotychczas w Ekstraklasie, ale ta na pewno cieszy szczególnie, ponieważ daje nam bardzo ważne trzy punkty. Mecz od początku nie układał się po naszej myśli, cierpieliśmy. Całe szczęście, że swoją determinacją doprowadziliśmy do zwycięstwa w końcówce. Dzala po wejściu na boisko zrobił różnicę, przeprowadzając dwie znakomite akcje na skrzydle, dryblując w obu przypadkach po kilku obrońców. Nam z Patrykiem zostało tylko trafić do bramki. Cieszymy się, że to się udało w końcówce i patrzymy na kolejne mecze z podniesionymi głowami. Dzięki dzisiejszej wygranej wciąż liczymy się w walce o tytuł mistrzowski. Zostały przecież trzy mecze i dziewięć punktów do zgarnięcia. Zobaczymy co zrobi jeszcze Lech w niedzielę. Na pewno dzisiejsza wygrana przybliżyła nas do gry w europejskich pucharach, ale będziemy walczyli o pełną pulę.

Co działo się później? Jaga wygrała dwa kolejne mecze (3:2 przed własną publicznością z Górnikiem Zabrze i 3:1 na wyjeździe z Pogonią Szczecin). Umocniła się na najniższym stopniu podium, ale czekało ją jeszcze ostatnie spotkanie tamtej kampanii. Mecz, który dzielił członków tamtej drużyny od największego sukcesów ligowego w historii klubu. Domowe starcie z Lechią Gdańsk. Właśnie ten mecz będziemy wspominali za tydzień.

34. kolejka T-Mobile Ekstraklasy sezonu 2014/2015

Jagiellonia Białystok – Wisła Kraków 2:1 (0:1), 23 maja 2015 r.

Stadion: Stadion Miejski w Białymstoku.

Sędzia: Tomasz Kwiatkowski (Warszawa).

Widzów: 16 553 osoby.

Gole: Patryk Tuszyński 87′; Jan Pawłowski 90′ – Maciej Jankowski 42′.

Skład Jagiellonii Białystok: Bartłomiej Drągowski – Jonatan Straus, Michał Pazdan, Sebastian Madera, Filip Modelski, Rafał Grzyb (K), Taras Romanczuk (Łukasz Tymiński 73′), Karol Mackiewicz (Jan Pawłowski 61′), Maciej Gajos, Przemysław Frankowski (Nika Dzalamidze 46′), Patryk Tuszyński.

Trener Jagiellonii: Michał Probierz.

Skład Wisły Kraków: Michał Miśkiewicz – Maciej Sadlok (Semir Stilić 90′), Arkadiusz Głowacki (K), Richard Guzmics, Boban Jović, Alan Uryga, Maciej Jankowski, Rafał Boguski (Paweł Brożek 85′), Łukasz Garguła, Łukasz Burliga (Jean Barrientos 89′), Mariusz Stępiński.

Trener Wisły: Kazimierz Moskal.

Kontakt

Jagiellonia Białystok S.S.A.

b Poniedziałek - piątek 08:00 - 16:00