AktualnościGaleria Sław Jagiellonii: #26 Piotr Sieliwonik

Galeria Sław Jagiellonii: #26 Piotr Sieliwonik

Chociaż ostatni mecz w barwach Jagiellonii rozegrał prawie 40 lat temu, to jego rekord strzelecki pozostaje niezagrożonym do dzisiaj. Wspólnie z Jerzym Zawiślanem tworzył zabójczy duet, który utorował „Żółto-Czerwonym” drogę do historycznego awansu do II ligi. Miał udział w wychowaniu zawodników, którzy w 1987 roku wspólnie z Jagą wywalczyli promocję do najwyższej klasy rozgrywkowej. Sam zrezygnował z występów dla Górnika Zabrze, chociaż zdaniem wielu prezentował reprezentacyjną klasę. Przed meczem z Wartą Poznań prezentujemy kolejnego członka Galerii Sław Jagiellonii, Piotra Sieliwonika. Z tekstu dowiecie się, w jaki sposób „Sele” pracował nad techniką, w jakich okolicznościach zadebiutował w piłce seniorskiej, a później trafił do wojska, czy były jakieś niesnaski między nim, a Jerzym Zawiślanem i o co chciał się zakładać w Wyszkowie.

Hajnowska paczka
Piotr Sieliwonik przyszedł na świat w 1952 roku w Hajnówce. Tam również rozpoczynał przygodę z futbolem. – Początki Piotrka to były turnieje tzw. „dzikich drużyn”, czyli zespołów osiedlowych. Wtedy były one bardzo popularne. Chociaż Hajnówka nie była nigdy wielkim miastem, to w połowie lat 60-tych w turniejach uczestniczyło od 8 do 10 zespołów – wspomina po latach Krzysztof Kulgawczyk, były zawodnik hajnowskiej drużyny, który w takich właśnie okolicznościach poznał „Sele”. – Nasze zespoły rywalizowały ze sobą. Byliśmy co prawda dzieciakami i trudno było przewidzieć, czy ktokolwiek z nas zrobi karierę, ale Piotrek już wtedy, jako nastolatek, prezentował spore umiejętności. Był najlepszym zawodnikiem swojego zespołu i sprawiał niemałe problemy przeciwnikom. Strzelał dużo goli i z pewnością miał z tego powodu satysfakcję, ale nigdy nikogo nie obrażał, nie budował własnej wartości na poniżaniu innych. Po prostu traktował tę rywalizację jako fajną zabawę, a do rywali podchodził z życzliwością – wspomina Kulgawczyk.

Przyszły jagielloński goleador dużo pracował indywidualnie. – Kilka razy poprosił mnie, abym potowarzyszył mu w zajęciach. Mówił „Przyjdź do mnie na Poddolne, to pogramy w piłeczkę”. Piotrek trenował wtedy sam na łące. Ja byłem starszy od niego o dwa lata i miałem już za sobą występy w pierwszym zespole Puszczy. Mówił, że chce nauczyć się czegoś ode mnie. On godzinami ćwiczył na tej łące. Któregoś razu narwał trawy, poukładał ją na kupki i zaczął je mijać, a robił to z niebywałą gracją. Piłka w ogóle nie odskakiwała mu od nogi. Czynił z nią prawdziwe cuda, aż przyjemnie się na to patrzyło. Futbolówka w niczym mu nie przeszkadzała. Już wtedy prezentował niebywałe umiejętności, które mogłem tylko podziwiać. W pewnym momencie zacząłem się zastanawiać, kto tu od kogo może się nauczyć. Nieraz jego mama wołała nas do domu po kilku godzinach nieobecności, a „Sele” wracał zziajany, umorusany, spocony po kolejnym dniu przygotowań. W zasadzie nie odstępował piłki na krok – opowiada Piotr Markow, dawny kolega Sieliwonika i dodaje. – Później już wspólnie chodziliśmy na boisko w Hajnówce, gdzie mogliśmy liczyć na przychylność zarządcy obiektu, niejakiego Lesiaka, który nieraz przygotowywał nam siatki na bramki. Piotrek tylko potwierdzał swoje możliwości i niebagatelne umiejętności – zaznacza dawny kolega członka Galerii Sław.

Jako nastolatek Sieliwonik trafił do Puszczy, w której piął się w klubowej hierarchii. – Już wtedy miał smykałkę do strzelania goli. Potrafił odpowiednio się ustawić w polu karnym. Może nie pracował za dużo, ale bezbłędnie i z zimną krwią wykańczał akcje całej drużyny. Potrafił również rozegrać piłkę w drugiej linii. Chociaż wyróżniał się to nigdy się nie wywyższał. W jego hierarchii najważniejsza pozostawała drużyna. Jeden był w stanie pójść za wszystkich. – podkreśla Wiktor Flaszyński, kolega napastnika nie tylko z klubu, ale także ze szkoły. – Obaj uczyliśmy się w Zasadniczej Szkole Zawodowej, z tymże w różnych klasach. Graliśmy na dwóch frontach, w barwach klubowych oraz w Szkolnych mistrzostwach Województwa Białostockiego – wspomina były zawodnik hajnowskiej Puszczy.

Jakim kolegą był Piotr Sieliwonik? – Wspominam go jako bardzo koleżeńską postać. Dusza towarzystwa. Spotykaliśmy się w klubie lub w szkole. Najlepsze kontakty utrzymywał z bramkarzem, Władkiem Borysiukiem (później także zawodnikiem Jagiellonii, przyp. red.). On zawsze był i pozostanie dla nas „Sele”. Tworzyliśmy zżytą paczkę, ale takie były wtedy realia. Piotrek potrafił nas spajać, nieustannie wywijał jakieś psikusy, potrafił komuś dopiec, rzucić jakąś uwagę, nie było to jednak złośliwe. Nigdy nie widziałem, aby był smutny. Uśmiech nie schodził z jego twarzy. W życiu Piotrka wszystko było na wesoło, nawet gra w piłkę – opowiada Flaszyński. – Nie dostrzegałem u niego negatywnych cech. Jego po prostu nie dało się nie lubić. Oczywiście lubił pożartować, komuś coś powiedzieć, wbić szpileczkę, ale robił to ze smakiem – podsumowuje Krzysztof Kulgawczyk.

Nastolatek w Poddolnego szybko zwróciłó na siebie uwagę nie tylko trenerów Puszczy, ale również trenerów reprezentacji wojewódzkich. – W drugiej połowie lat 60-tych czterech zawodników hajnowskiego klubu, ja, Piotrek, Władek Borysiuk i Pietruczuk otrzymaliśmy powołanie do kadry wojewódzkiej. Zgrupowanie odbywało się nowobudowanym stadionie Gwardii. W pierwszych dniach na obozie przebywało ponad 50 chłopaków, jednak w jego trakcie selekcjonerzy dokonywali wyboru i odesłali część zawodników, w tym mnie. „Sele” jednak został i z tego co wiem wystąpił w tamtym spotkaniu – opowiada Kulgawczyk.

Dorastający Sieliwonik po wywalczeniu pewnego miejsca w grupach młodzieżowych szybko stał się obiektem zainteresowań pierwszej drużyny. – Wtedy my, jako juniorzy, rozgrywaliśmy nasze spotkania przed seniorami. Mówiąc krótko, nasza rywalizacja poprzedzała spotkania „dorosłych” zespołów. My tworzyliśmy paczkę i dobro zespołu było priorytetem nas wszystkich. Z drugiej strony niekoniecznie lubiliśmy się z seniorami. Nie byliśmy przez nich poważnie traktowani, a kiedy rozgrywaliśmy między sobą spotkania towarzyskie, oni nas obrażali, wyzywali od gówniarzy. Zdarzało się, że podczas sparingu lub gry wewnętrznej ktoś kogoś niechcący kopnął, to natychmiast słuchaliśmy o sobie różnych dziwnych rzeczy – wspomina Wiktor Flaszyński i dodaje – Któregoś razu pojechaliśmy jednym autokarem z „jedynką” do Czarnej Białostockiej. Na miejscu ówczesny szkoleniowiec pierwszego zespołu, pan Krutul, zakomunikował, że ja, Paweł Pruszewski i „Sele” mamy wystąpić w meczu seniorów na poziomie klasy okręgowej. Zbuntowaliśmy się i powiedzieliśmy, że gramy w juniorach. Byliśmy ze sobą bardzo mocno zżyci i tworzyliśmy fajną paczkę, tymczasem ktoś chciał to rozbić. Pamiętam jak sztab szkoleniowy bardzo mocno prosił Piotrka, aby jednak się zgodził i jakoś go przekonali. Sieliwonik zadebiutował wtedy w pierwszej drużynie i pokazał się z bardzo dobrej strony – wyjaśnia jego dawny przyjaciel.

Puszcza była wtedy jedną z wiodących drużyn na młodzieżowej mapie Podlasia. – Jako juniorzy graliśmy na wysokim poziomie. Potrafiliśmy nawiązać rywalizację z rówieśnikami w Białegostoku, a przecież nie trzeba nikogo przekonywać, że właśnie tam potencjał ludzki był znacznie większy, ze względu na liczbę mieszkańców. Tworzyliśmy super paczkę, a naszym naturalnym liderem był oczywiście „Sele”. Chociaż potencjał był, to nikt z nas nie snuł planów, gdzie zagra za dwa, trzy lata. My wtedy chodziliśmy do szkoły, byliśmy zdolną młodzieżą i nie w głowie były nam reprezentacje, pieniądze, kontrakty. Wszystko robiliśmy dla przyjemności. Po prostu cieszyliśmy się tym, co mamy. Poza tym wtedy ani Jagiellonia, ani Włókniarz, ani Gwardia nie wybijały się jakoś szczególnie. Oczywiście każda z tych drużyn miała w swoich szeregach utalentowanych zawodników, ale żadna z nich nie była zdecydowanym liderem w regionie. Przełomem okazało się powołanie do wojska – wyjaśnia Flaszyński.

Sprytny dowódca
W 1972 roku po 20-letniego wówczas Sieliwonika sięga Husar Nurzec. – Był to klub wojskowy, a wiadomo, że armia miała wówczas absolutne pierwszeństwo w doborze zawodników. W tamtych czasach niemal każdy zdolny piłkarz zaliczał służbę wojskową w WKS-ie. Na takich zasadach do Legii trafił chociażby Kazimierz Deyna, dzisiaj legenda klubu z Łazienkowskiej. Podobnie było z Sieliwonikiem i Husarem – wyjaśnia Jacek Borowski, redaktor naczelny portalu jagiellonia.net, prywatnie wielki fan talentu „Sele”.

Kulisy tego transferu nieco bardziej odsłania Piotr Markow. – Z racji wieku wcześniej udałem się Nurca, gdzie odbywałem służbę wojskową w zespole Husara. Mieliśmy tam niezły zespół, który stworzył trener Czapiński. Kiedy już szykowałem się do powrotu do cywila szkoleniowiec zdradził, że polują na Sieliwonika i bardzo liczą na jego przyjście do Nurca i faktycznie tak się stało. Ja wróciłem do Hajnówki, a Piotrek zajął moje miejsce – wyjaśnia były zawodnik Husara i Puszczy.

Dużą rolę w sprowadzeniu napastnika do Nurca odegrał dowódca tamtejszej jednostki, Ryszard Kulej. – On był wielkim fanem futbolu i miał marzenie, aby stworzyć u siebie silny zespół. Wtedy tych klubów wojskowych trochę było, ale w naszym województwie to Husar był tym największym. W tamtym czasie do Hajnówki często przyjeżdżali obserwatorzy z Nurca, ale nie tylko oni, zdarzali się również przedstawiciele warszawskiej Legii. Oglądając mecze Puszczy zapisywali, kto się wyróżnia. Oczywiście nie dało się nie zwrócić uwagi na Piotrka, dlatego jego nazwisko zawsze znajdowało się na samym szczycie listy. Pozostawało jeszcze liczyć, aby Husar nie został przez nikogo przelicytowany. Na szczęście dla nich w przypadku Sieliwonika tak się nie stało i „Sele” mógł do nich trafić. Pozostawała formalność, czyli wezwanie do WKU w Bielsku Podlaskim i po przyznaniu odpowiedniej kategorii zawodnik rozpoczynał służbę wojskową, a tak naprawdę stawał się piłkarzem Husara Nurzec – wyjaśnia Aleksander Bujnowski, obecnie prezes Puszczy Hajnówka.

Jak wyglądało takie „polowanie”? – Ja nie mogłem służyć w armii ze względu na wypadek z dzieciństwa, jednak normalnie grałem w piłkę i kiedy znajdowałem się w wieku poborowym byłem kilkadziesiąt razy wzywany do Bielska Podlaskiego przed WKU i tam za każdym razem pytano mnie, dlaczego nie mogę iść do wojska, skoro gram w piłkę. Dopiero po wielu latach ktoś mi powiedział, że Husar Nurzec bardzo chciał mnie pozyskać, a powołanie do armii miał być tylko pretekstem do tego „transferu” – zdradza Wiktor Flaszyński. Sieliwonik bronił barw Husara przez półtora roku. – On tam był absolutną gwiazdą, najlepszym zawodnikiem – wspomina Piotr Markow.

Lato i Szarmach z Jurowieckiej
Po odbyciu służby wojskowej Piotr Sieliwonik już nie wrócił do Hajnówki. – Decyzją władz wojewódzkich został przeniesiony do białostockiego Włókniarza. Zapadła bowiem decyzja, że tam mają trafić najlepsi zawodnicy z całego województwa. Drużyna awansowała do II ligi, czyli na poziom centralny, a w Białymstoku liczono, że klub będzie piłkarską wizytówką regionu – mówi Jacek Borowski.

To we Włókniarzu „Sele” po raz pierwszy spotkał Ryszarda Karalusa. – Pamiętam jego pierwsze wejście do szatni. Był trochę wycofany, ale szybko wziąłem go pod swoje skrzydła. Pierwsze spotkanie rozgrywaliśmy na wyjeździe z Bałtykiem Gdynia, a ja jako ten bardziej doświadczony zawodnik wziąłem do pokoju jego i Tadzia Siejewicza. W tamtym sezonie zgromadziliśmy 27 punktów, ale nie zdołaliśmy utrzymać się w II lidze. Takie to były czasy, ponieważ decyzje zapadały przy zielonym stoliku, były bardzo zagmatwane procedury, nasze pozostanie na zapleczu elity było uzależnione od spadku bądź utrzymania Motoru Lublin – wspomina legendarny szkoleniowiec.

Chociaż wcześniej Sieliwonik rywalizował wyłącznie na poziomie regionalnym, to nie miał problemów z przeskoczeniem o poziom wyżej. – Gra w III, czy w II lidzie nie sprawiała mu jakiegokolwiek problemu. Był wyróżniającą się postacią w tamtym zespole – wspomina Karalus. „Sele” grając rok na drugim poziomie rozgrywkowym strzelił w sumie 12 goli. Po spadku Włókniarza, a także dzięki zabiegom ówczesnego prezesa Jagiellonii, pana Janusza Szutkiewicza, zadecydowano, że to Jaga będzie tą wiodącą siłą i to ona ma powalczyć o awans na poziom centralny. Wtedy również decyzją władz wojewódzkich kilkunastu czołowych piłkarzy Włókniarza trafiło do Jagi. Przy Jurowieckiej Sieliwonik spotkał innego goleadora, Jerzego Zawiślana, który już wtedy wyróżniał się wysoką skutecznością. – Ależ to był duet. Jurek, typowy harpagan, który nikogo, ani niczego nie oszczędzał, natomiast Piotrek bazował na swojej intuicji. Miał niebywały timing, strzelał prawą i lewą nogą. Przy dośrodkowaniach potrafił wyczuć moment najtrudniejszy dla defensywy, umiał znaleźć się w odpowiednim miejscu. Swoją antycypacją i finezją przypominał Tomka Frankowskiego – opowiada Karalus.

Występy swojego kolegi śledzili także znajomi z Puszczy Hajnówka. – Kiedy jeździliśmy na spotkania do Łap, Sokółki, Wysokiego Mazowieckiego to przed, lub po spotkaniu zatrzymywaliśmy się w Białymstoku, aby wejść na trybuny i obejrzeć mecz Jagiellonii. Szczególną uwagę zwracaliśmy na duet Zawiślan – Sieliwonik. Ależ oni grali! „Siwy” był bardzo pracowity w polu karnym, wykonywał kapitalną pracę dla całego zespołu, walczył zaciekle, nie było dla niego straconych piłek, natomiast „Sele” zwodem mijał defensorów i bezlitośnie wbijał piłkę, czy to z jednego, czy z 16 metrów. Miał kapitalną technikę, najczęściej uderzał futbolówkę tak, by ta leciała na wysokości kilkudziesięciu centymetrów obok słupka. Bramkarze byli zupełnie bezradni. Nie dało się nie zachwycić tym duetem. Oni grali fantastycznie. Moim zdaniem nigdy wcześniej, ani później w żadnym klubie z naszego województwa nie grał taki duet – wspomina zachwycony Piotr Markow.

Duet „Siwy” – „Sele” doskonale pamięta także Janusz Panasewicz, który w latach 70-tych uczył się w Białymstoku. – Wtedy całe miasto waliło na mecze Jagiellonii, bo aż chciało się ją oglądać. Oczywiście były to czasy „Orłów Górskiego”, ale szukaliśmy ich odpowiedników na lokalnym podwórku. Jurek Zawiślan i Piotr Sieliwonik to byli świetni napastnicy, których osobiście porównywałem do duetu Lato – Szarmach. Zawiślan typowy walczak, natomiast Sieliwonik preferujący techniczne wykańczanie akcji – mówi lider zespołu „Lady Pank”. W sezonie 1974/75 superduet miał doprowadzić Jagiellonię do II ligi. – Wtedy Jurek często był kontuzjowany i wbrew pozorom nie zagrali razem zbyt wielu meczów – mówi Ryszard Karalus, a Jacek Borowski dodaje – Przy urazach Zawiślana to „Sele” wziął na siebie ciężar zdobywania bramek. W pierwszym roku gry dla „Jagi” strzelił 25 goli zostając królem strzelców klasy okręgowej.

W barażach o II ligę trener Zbigniew Bania mógł już liczyć na obu napastników, którzy idealnie wywiązywali się ze swoich obowiązków. W spotkaniu z Wisłą Płock do siatki rywali trafiali zarówno Zawiślan jak i Sieliwonik. Po wygranej z Wisłą Tczew w Białymstoku Jaga była już pewna awansu. – Nie było to łatwe, ale pomimo naszych problemów cel został spełniony. W dużej mierze dzięki nim Jagiellonia zaczęła liczyć się na krajowym podwórku – wspomina Ryszard Karalus i dodaje – Chociaż obaj byli wybitnymi zawodnika to nigdy nie kłócili się o to, kto ma strzelać rzuty karne, rzuty wolne. Trener podczas odprawy wszystko wyznaczał. Poza tym lubili swoje towarzystwo.

Jaką osobą w szatni Jagi był „Sele”? – Podobnie jak Jurek Zawiślan był niezwykłym humorystą, dusza towarzystwa. Poza tym miewał dość niespodziewane pomysły. Któregoś razu pojechaliśmy na mecz do Wyszkowa. Przed spotkaniem udaliśmy się na spacer. W pewnym momencie weszliśmy na most i Piotrek krzyknął „Kto założy się ze mną, że skoczę do Bugu?”. Jestem przekonany, że gdyby ktoś zakład przyjął, to Sieliwonik natychmiast rzuciłby się do rzeki. Czasami trudno było za nim nadążyć. Był lekkoduchem, ale wprowadzał dużo pozytywnej atmosfery do szatni. W ogóle w tamtych czasach zespół tworzyli zawodnicy w znacznej mierze stąd, z Podlasia. Nawet jeżeli ktoś, jak Jurek Zawiślan, przyjechał do nas z Polski to szybko się adoptował. W klubie panowała bardzo swojska atmosfery, każdy był gotów wiele dać za tą „Jotkę”, której barw bronił – opowiada Karalus.

Dokonania jednego i drugiego robią wrażenie także na Jacku Borowskim. – Jeden strzelił dla Jagiellonii ponad 80 bramek, a drugi 90. Jestem przekonany, że obaj, gdyby grali dzisiaj w naszym zespole, szybko zostaliby wytransferowani za granicę i to za grubą gotówkę – mówi redaktor naczelny portalu jagiellonia.net i dodaje – W tamtych czasach nie było takiej gonitwy za chwałą, za pieniędzmi. Po prostu w piłkę grało się dla przyjemności, a jeżeli ktoś miał je tak wysokie ja Sieliwonik, to musiał czerpać podwójną radość.

Który z nich był lepszym napastnikiem? – „Fifty, fifty” – kwituje krótko Karalus.

Wierny Jagiellonii
Po pierwszym sezonie Jagiellonii w II lidze klub z Białegostoku opuścił Jerzy Zawiślan, który postanowił skorzystać z oferty Arki Gdynia. – Tak jak w pierwszej połowie lat 70-tych chodziło się na Jagę dla „Siwego”, tak później wszyscy chcieli oglądać gole strzelane przez Piotra Sieliwonika. Z nim wiążą się moje pierwsze świadomie oglądane mecze piłkarskie. Jako siedmiolatek obserwowałem kolejne jego bramki, a on stał się moim pierwszym piłkarskim idolem w wymiarze lokalnym. Kiedy rodziła się gwiazda „Sele” z piłkarskiej sceny schodził bóg futbolu, czyli Pele. Piotr był napastnikiem najwyższej klasy, a jednocześnie każdy chłopak interesujący się piłką w Białymstoku chciał być jak Sieliwonik. Do dzisiaj mam w pamięci tę koszulkę z numerem „9” i radość po kolejnych bramkach. Nie ukrywam, że chciałem być jak on, ale najwidoczniej zabrakło mi talentu. Miałem to szczęście, że często gościł w moim domu. Mówiłem nawet do niego „Wujek Piotrek”. Faktycznie lubił się zakładać, miał żyłkę hazardzisty, ale nie był nałogowym graczem. Zresztą ze mną o nic się nie zakładał, w końcu dzieliło nas 17 lat, a to sporo. Poza tym człowiek z sercem na dłoni, zawsze uśmiechnięty. Jestem przekonany, że potrafiłby dogadać się z każdym. Pamiętam sytuację, kiedy uczył mnie jak należy uderzać piłkę tak, aby dotarła do celu – wspomina Borowski i dodaje – dzięki ówczesnemu kierownikowi, Kubie Radkiewiczowi, mogłem przebywać na ławce trenerskiej, a także bywałem w szatni, obok ikon ówczesnej Jagiellonii, Mirka Sowińskiego, Staśka Szwejkowskiego czy Piotrka Sieliwonika. To było dla mnie niezwykle doświadczenie, móc poznać swojego idola.

Sieliwonik był wyjątkowo wszechstronnym zawodnikiem. – Miał niezłą technikę, dlatego zdarzało się, że grał także za plecami napastnika jako rozgrywający i dobrze wywiązywał się ze swoich obowiązków – wspomina Karalus, który później prowadził go również jako trener. – Nie sprawiał żadnych kłopotów. Nie miał problemów, aby zaakceptować swoją rolę. Wiedział jak powinien zachować się wobec sztabu szkoleniowego.

Podobnie jak Zawiślan, Piotr Sieliwonik mógł ruszyć na podbój piłkarskiej elity. – W 1980 roku otrzymał ofertę z Górnika Zabrze. Wtedy klub ze Śląska przechodził okres przejściowy, wrócił do I ligi i chciał odbudować dawną potęgę. Co ciekawe, wielki Górnik zwrócił uwagę na „Selego”, który wtedy grał na poziomie III ligi. Najwidoczniej w Zabrzu dostrzegli drzemiący w nim potencjał. Piotrek jednak nie chciał nigdzie się ruszać, tylko został w Białymstoku. Dzisiaj trudno sobie wyobrazić podobną sytuację, ponieważ nie ma zawodnika, który dobrowolnie zrezygnowałby z lepszej oferty. Najwidoczniej Sieliwonik czuł duże przywiązanie do tego klubu – podkreśla Borowski. – Szkoda, że w tamtym czasie żaden selekcjoner nie zwracał uwagi na rozgrywki II ligi. Jestem przekonany, że gdyby „Sele” grał w I lidze, to trafiłby do reprezentacji – podkreśla Piotr Markow.

Napastnik pozostał w Białymstoku, gdzie ustanowił do dzisiaj niepobity rekord strzelonych goli ligowych. – W sumie zdobył 91 bramek. Później ten wynik powtórzył jedynie Wojtek Kobeszko. Myślę, że Galeria Sław to adekwatne miejsce dla tego zawodnika, który moim zdaniem został nieco zapomniany. Kibice mówią o Komendo-Borowskim, Zawiślanie, Jacku Bayerze, część z nich pamięta popisy Wojtka, a zdecydowana większość widziała Tomka Frankowskiego, natomiast przez lata Piotr Sieliwonik był zapominany, a to przecież on strzelił najwięcej goli z „Jotką” na piersi i jest to fakt niezaprzeczalny – zaznacza Jacek Borowski.

W 1981 roku Sieliwonik już jako weteran Jagiellonii stanął w szranki z warszawską Legią. W meczu 1/16 finału zmagań o Puchar Polski „Żółto-Czerwoni” zmierzyli się z „Wojskowymi”, w których szeregach nie brakowało uznanych nazwisk – Paweł Janas, Stefan Majewski, Mirosław Okoński, Adam Topolski, czy Krzysztof Adamczyk. Szkoleniowcem warszawskiego zespołu był sam Kazimierz Górski, natomiast w tamtym sezonie legioniści dotarli do ćwierćfinału zmagań o Puchar Zdobywców Pucharów. Po niezłym spotkaniu Legia wygrała na Podlasiu 2:1, a białostocka prasa chwaliła po końcowym gwizdku m.in. Sieliwonika, który miał udział przy bramce zdobytej przez Jagę. Wtedy do pierwszego zespołu Jagiellonii wchodzili młodzi wychowankowie Ryszarda Karalusa, Jarosław Bartnowski i Janusz Szugzda. – Po powrocie ze Spartakiady Jagiellonia rozgrywała mecz na stadionie Włókniarza z drużyną gospodarzy. Pilnie potrzebowano młodzieżowca i wtedy postawiono na mnie. Do dzisiaj pamiętam pierwsze wejście do szatni, a tam legendarni Szwejkowski, Sieliwonik ubrani w pomarańczowe stroje marki adidas – wspomina po latach „Bartek”. Jak podkreśla Ryszard Karalus, starsi zawodnicy musieli pomagać młodszym kolegom. – Była taka tendencja, że ci bardziej doświadczenia po prostu wprowadzali młodzież, zarówno do szatni jak i do gry. Mieli im pomagać podczas meczów, nawet kosztem własnej straty. Muszę przyznać, że Piotrek bardzo dobrze wywiązywał się z tego zadania – wspomina legendarny szkoleniowiec Jagi. W podobnym tonie o Sieliwoniku wypowiada Bartnowski. – Nie uważałem, aby on i jego koledzy patrzyli na nas „spod byka” i traktowali jako konkurentów do gry w składzie. Żaden z nich nie patrzył na nas z góry. Wręcz przeciwnie, mogliśmy liczyć na ich przychylność i wsparcie – podkreśla były znakomity defensor Jagi. „Sele” był również bardzo wyrozumiały wobec młodszych kolegów. – Oj wtedy były te słynne chrzty. Prym w szatni wiedli Mirek Sowiński i Stasiek Szwejkowski, natomiast Piotrek podchodził z większym luzem, zawsze mówił „młody, tym razem ci daruję” – dodaje Karalus.

Wychowawca kadrowicza
W 1982 roku Sieliwonik wrócił do rodzinnej Hajnówki, gdzie rozpoczął pracę jako grający trener w Puszczy. – Po 10 latach udało mu się wskrzesić naszą dawną drużynę, paczkę z zespołu juniorów. Znajdowaliśmy się jednak na zupełnie innym etapie życia. Mieliśmy pozakładane rodziny, niektórzy z nas, w tym ja zawiesiliśmy buty na kołku. Kiedy jednak pojawił się „Sele” potrafił nas zmobilizować do powrotu. Naszym celem był awans do III ligi – opowiada Wiktor Flaszyński. Jak sam podkreśla nikt nie miał problemów z zaakceptowaniem kolegi ze szkolnej ławy jako nowego szkoleniowca. – Nigdy nie kontestowaliśmy jego zdania, chociaż on sam lubił krzyknąć. Dopingował, czasami w mocniejszych słowach abyśmy ruszyli cztery litery, aby unikać przestojów w grze. Zdawaliśmy sobie jednak sprawę, że liznął on wielkiej piłki, grał na poziomie centralnym, rywalizował przeciwko najlepszym w Polsce. Widać było po nim to doświadczenie. Z drugiej strony nie był chwalipiętą. Wiedzieliśmy co osiągnął w piłce, a mimo tego był dla nas naszym „starym Sele”. Nie wywyższał się z tego powodu, to co przeżył zachowywał dla siebie. Czuliśmy respekt wobec niego. Muszę przyznać, że był najlepszym trenerem, z którym kiedykolwiek pracowałem. Potrafił wyzwolić w nas radość z futbolu, zarażał nas nią. Oczywiście był to układ dwustronny, ponieważ bez nas i naszego powrotu Piotrek nie dałby rady. Po prostu cieszyliśmy się wtedy futbolem – opowiada Flaszyński.

Przez znaczną część sezonu 1982/83 Puszcza z Sieliwonikiem na ławce trenerskiej walczyła o awans. – Promocję przegraliśmy w końcówce, w decydującym meczu prowadziliśmy do przerwy. Niestety, ostatecznie potyczka zakończyła się naszym niepowodzeniem. W tabeli byliśmy drudzy, pozostaliśmy w IV lidze. Niedługo później Piotrek od nas odszedł – wspomina Flaszyński i dodaje – niebywałe emocje wzbudzały w nim mecze w Białymstoku, gdzie chciał się pokazać za wszelką cenę, a także rywalizacja z drużyną z Bielska Podlaskiego, prowadzoną przez Siejewicza. Tamten dwumecz wygraliśmy, a spotkanie w Hajnówce śledziły tłumy. Po spotkaniu otrzymaliśmy nawet jakiś puchar.

Ostatnie lata kariery Piotr Sieliwonik spędził w białostockiej Gwardii, gdzie trafił na młodego i obiecującego napastnika, Jacka Bayera. – W 1984 roku stwierdziłem, że lepiej będzie zmienić klub na czas służby wojskowej i poszedłem do Gwardii Białystok, która wtedy grała w III lidze. Trenerem był pan Henryk Pasierski. Właśnie tam spotkałem Piotrka. Podkreślałem to w wielu wywiadach, to była dla mnie wielka nauka. Szczęście, że ja jako młody chłopak trafiłem na takiego wygę. To był profesor pełną gębą. Grać z nim to była czysta przyjemność. To był człowiek, na którym się wzorowałem, chociaż byliśmy napastnikami innego typu, ale miałem ten zaszczy grania z nim przez ponad rok – opowiada były reprezentant Polski.

Tamten duet doskonale pamięta Jacek Borowski. – Bayer grał u boku „Sele” jako młody chłopak. W Gwardii Piotr kończył boiskową karierę, ale w ostatnich latach profesjonalnej przygody z futbolem zdążył jeszcze stworzyć zabójczy duet z przyszłą gwiazdą Jagiellonii. Jacek miał się od kogo uczyć i nie ma krzty przesady w opinii o Piotrze Sieliwoniku, dla którego nie było straconych piłek. Jeżeli coś dostawał w polu karnym, to futbolówka momentalnie lądowała w bramce rywala – mówi wieloletni kibic Jagi.

Co ciekawe, dla samego Bayera Sieliwonik był idolem dzieciństwa. – To była wielka sprawa, nie ma o czym mówić! Przecież jeszcze kilka lat wcześniej siedziałem na trybunach i ściskałem za niego kciuki, a w tamtym momencie dzieliliśmy wspólnie szatnię. Dużo się od niego nauczyłem – kończy członek Galerii Sław Jagiellonii.

Po zakończeniu kariery Sieliwonik zajął się szkoleniem młodzieży. Grywał również w drużynach oldbojów. – W 1987 roku do Hajnówki przyjechał Górnik Zabrze. Wtedy po raz ostatni zebraliśmy się naszą paczką, tą samą drużyną, którą tworzyliśmy w czasach juniorskich Puszczy. To było fajne doświadczenie, spotkanie rozegrano na naszym stadionie, przyszło sporo ludzi. Wtedy również my po raz ostatni spotkaliśmy się na boisku – opowiada Wiktor Flaszyński.

Przedwczesny koniec
Ostatnie lata Piotr Sieliwonik przeżył w Białymstoku. – Widywaliśmy się na rynku niedaleko komendy policji. Czasami odwiedzał Hajnówkę, to zdarzało się nam zatrzymać wymienić kilka zdań. Każdy z nas żył własnym życiem, nie było czasu na jakieś spotkania wspominkowe. Nigdy później nie zdołaliśmy umówić się na kawę lub lampkę wina. Jakoś nie mogliśmy się zgrać – dodaje Flaszyński. „Sele” był wielkim miłośnikiem wędkarstwa. – Czasami odwiedzał mnie w moim domku letniskowym w miejscowości Rybaki niedaleko Hajnówki. Wtedy wspólnie szliśmy na ryby, ale więcej czasu spędzaliśmy na wspominaniu dawnych czasów. Uskarżał się na problemy zdrowotne. Pokazywał zmiany na nogach, pytał do kogo powinien się z tym udać. Nasz rozmowy dotyczyły bardzo prozaicznych tematów – dodaje Piotr Markow.

W ostatnich latach Sieliwonik miał swoje problemy. – Dochodziły do mnie takie słuchy, ale nie chcę o nich mówić, bo nie znam dokładnych szczegółów – mówi Jacek Borowski. Wczesnego odejścia „Sele” nie może odżałować Ryszard Karalus. – Mam lekki żal do siebie. Wiedziałem, że Piotrek ma problemy, ale chciałem mu pomóc. Pomyślałem, że dla takiego zawodnika znajdzie się miejsce w Jagiellonii, gdzie mógłby pomóc w szkoleniu młodzieży. Niestety, śmierć była szybsza. Nie zdążyłem – mówi legendarny szkoleniowiec. Odejście Sieliwonika było szokiem dla jego przyjaciół z Hajnówki. – Nie wiedziałem w ogóle co się stało. Nie mogłem w to uwierzyć. Dopiero po czasie dochodziły do mnie szczątkowe informacje, że miał swoje kłopoty i topił je w wysokoprocentowych napojach – mówi Markow. – Trudno było mi w to uwierzyć – podkreśla Flaszyński i dodaje – Dzisiaj pozostały nam już tylko wspomnienia i wspólne zdjęcia.

Piotr Sieliwonik umarł 2 marca 2000 roku mając zaledwie 48 lat. – Cóż to jest za wiek? Przecież miał przed sobą jeszcze długie lata. Bardzo szkoda, że w tak młodym wieku pożegnał się z tym światem – kręci głową Borowski, a Ryszard Karalus dodaje. – Paradoks polega na tym, że i Jurek Zawiślan i Piotrek Sieliwonik odeszli w podobnym czasie w podobnym wieku. Wielka szkoda, że tak szybko, bo jestem przekonany, że obaj mogliby dać jeszcze bardzo dużo polskiej piłce – zaznacza doświadczony szkoleniowiec.

Niedawno minęła 20. rocznica śmierci Sieliwonika. Jak zostanie zapamiętany? – Na początku XX wieku barw Liverpoolu bronił napastnik Sam Raybould, o którym ówczesna prasa pisała, że oddanie mu piłki przez rywala było jak strzelenie sobie gola samobójczego. To samo można powiedzieć o Piotrze Sieliwoniku, który w latach 70-tych strzelał w koszulce Jagiellonii jak na zawołanie. Ustanowił rekord, który jeszcze przez wiele dekad pozostanie niezagrożony – podsumował Jacek Borowski.

Kontakt

Jagiellonia Białystok S.S.A.

b Poniedziałek - piątek 08:00 - 16:00