AktualnościBył taki mecz: Legia Warszawa – Jagiellonia Białystok 0:2

Był taki mecz: Legia Warszawa – Jagiellonia Białystok 0:2

Powoli zbliżamy się ku końcowi naszej wspólnej podróży przez piłkarskie dzieje Jagiellonii Białystok. W tym epizodzie dotarliśmy do połowy sezonu 2017/2018, który zakończył się dla naszego Klubu pamiętnym zgarnięciem srebrnych medali mistrzostw Polski. Zanim do tego doszło Jagiellończycy rozegrali mecz, postrzegany przez wielu jako bodaj najlepszy w historii występów „Żółto-Czerwonych” w Ekstraklasie. 27 lutego w znakomitym stylu ograli bowiem, na wyjeździe, Legię Warszawa 2:0.

Zanim przejdziemy do wspominania dzisiaj omawianego spotkania słowo jeszcze o zeszłotygodniowym wydaniu „Był taki mecz”, w którym przypomnieliśmy Państwu sezon 2016/2017, zakończony pierwszym w historii Jagiellonii Białystok wicemistrzostwem Polski. Była to zarazem ostatnia kampania, w której rolę pierwszego szkoleniowca białostoczan pełnił trener Michał Probierz, obecnie odpowiadający za rezultaty osiągane przez Cracovię. W tamtym tekście skupiliśmy się głównie na ostatnim meczu tamtego sezonu, czyli rozegranym na stadionie przy Słonecznej w Białymstoku remisowym starciu Jagi z Lechem Poznań (2:2). Cóż to były za emocje. Losy mistrzostwa ważyły się wówczas do ostatnich sekund, a na rezultat meczu w Białymstoku z zapartym tchem czekała cała Polska. Ostatecznie nie udało się sięgnąć po ten najwyższy z laurów w klubowej piłce w Polsce, ale nastroje w stolicy Podlasia i tak były pozytywne. W końcu „Żółto-Czerwoni” o bardzo niewiele ustąpili pola mistrzowi kraju (Legia Warszawa), a był to największy sukces ligowy Jagiellonii w historii istnienia klubu. Poniżej znajdziecie Państwo fragmenty tamtego tekstu, do lektury którego odsyłamy i zachęcamy. Znaleźć można go TUTAJ.

Druga część spotkania rozpoczęła się od wyśmienitej sytuacji naszej drużyny. Guti dostał idealną piłkę na 7. metrze, ale uderzył nieczysto i nie zagroził Matusowi Putnocky’emu. Minutę później groźną kontrą popisali się goście. Radosław Majewski wypuścił prawą stroną Macieja Makuszewskiego, który pobiegł w stronę Kelemena. Naszego bramkarza w ostatniej chwili wyręczył Taras Romanczuk, który wślizgiem zablokował uderzenie „Makiego”.

Na niecały kwadrans przed upływem regulaminowego czasu gry Jagiellonia zdobyła bramkę kontaktową. Arvydas Novikovas, który w 54. minucie zmienił Konstantina Vassiljeva, minął rywala i zagrał do Jacka Góralskiego, a ten bardzo mocnym uderzeniem z ostrego kąta pokonał Putnocky’ego.

Po bramce Jagiellonia wyraźnie nabrała wiatru w żagle i coraz odważniej zaczęła naciskać na swojego rywala. Jej starania nie poszły na marne, bowiem 10 minut po golu „Górala”  strzeliła gola wyrównującego. Po wrzutce Chomczenowskiego piłkę w polu karnym głową odegrał Cillian Sheridan. Po nieporozumieniu z Novikovasem Karol Świderski odegrał do Litwina, który zrobił zwód, po czym uderzył i pokonał bramkarza gości.

Chwilę później swoją frustrację chciał wyładować Darko Jevtić. Pomocnik Lecha bardzo agresywnie zaatakował Jacka Góralskiego, za co obejrzał czerwoną kartkę. Wobec tego Szwajcar musiał opuścić boisko, a Lech musiał kończyć mecz w dziesiątkę.

Z powodu licznych przerw w grze sędzia Złotek doliczył do regulaminowych 90 aż 10 dodatkowych minut. Remisowy wynik Legii sprawiał, że wygrana nad „Kolejorzem” dałaby Jagiellonii mistrzostwo Polski. „Żółto-Czerwoni” wzięli się więc jeszcze bardziej do roboty i grając w przewadze ruszyli do szturmu na bramkę przeciwnika. W 93. minucie sprzed pola karnego huknął Tomasik, ale piłka minęła prawy słupek bramki.

Wygrać się nie udało. Zabrakło trochę czasu i szczęścia, aby upragnione trofeum trafiło w ręce naszych piłkarzy. Są jednak powody do dumy – Jagiellonia Białystok została wicemistrzem Polski sezonu 2016/2017 i tym samy osiągnęła największy sukces w historii swoich występów na poziomie Ekstraklasy.

Przejdźmy teraz do dzisiejszego tekstu. Jak wspomnieliśmy na początku, dzisiejsze wydanie „Był taki mecz” traktuje o wyjazdowym spotkaniu z Legią Warszawa, rozegranym pod koniec lutego 2018 roku. Zanim jednak o samym meczu, chwilę poświęćmy na przybliżenie nieco tła i wcześniejszych wydarzeń w tamtej kampanii, które spowodowały, że dotrarliśmy do tego miejsca.

Latem 2017 roku, po zakończeniu sezonu 2016/2017, doszło do sporej rewolucji przy Jurowieckiej. Z klubem pożegnało się wiele zasłużonych postaci, na czele z architektem sukcesów Jagi, trenerem Michałem Probierzem, który nie przedłużył wygasającego kontraktu i po odejściu z Białegostoku związał się umową z Cracovią. Jeżeli chodzi o piłkarzy, to najbardziej znaczącymi ubytkami z pewnością można określić odejście Jacka Góralskiego do bułgarskiego Łudogorca Razgrad oraz wygaśnięcie kontraktu z estońskim „Cesarzem”, Konstantinem Vassiljevem, który jako wolny zawodnik podpisał umowę z Piastem Gliwice. Poza nimi żółto-czerwone szeregi opuścili piłkarze odgrywający mniejsze role w kampanii 2016/2017, jak chociażby Alvarinho czy Damian Szymański. Klub postarał się o sprowadzenie konkretnych następców i skutecznie załatał wakaty w poszczególnych formacjach. Najważniejsza do załatania była jednak dziura powstała na ławce trenereskiej, którą opuścił nie tylko trener Probierz, ale także kilku członków sztabu.

W jego miejsce przyszedł trener Ireneusz Mamrot, szkoleniowiec na dorobku, dotąd pracujący, z powodzeniem, w niższych ligach, gdzie przez siedem lat prowadził Chrobrego Głogów. Wraz z nim do klubu zawitało kilku naprawdę ciekawych zawodników, na czele z Martinem Pospisile. Czech gra w Jagiellonii do dzisiaj, cały czas będąc jednym z najważniejszych zawodników naszego Klubu. Poza nim do stolicy Podlasia zawitali wtedy słoweński obrońca Nemanja Mitrović, bramkarz Mariusz Pawełek, pomocnicy Piotr Wlazło i Bartosz Kwiecień oraz brazylijski lewy obrońca Guilherme.

Zaczęło się średnio, bowiem od odpadnięcie w eliminacjach do Ligi Europy. O ile pierwszą rundę Jagiellończycy przeszli pewnie, pokonując gruzińskie Dinamo Batumi, o tyle w drugiej rundzie napotkali na trudności z azerską FK Qabalą, z którą polegli (1:3 w dwumeczu) i odpadli z dalszych zmagań na arenie międzynarodowej. Jeżeli zaś chodzi o zmagania ligowe, to Jagiellończycy zaczęli je w bardzo dobry sposób. W pierwszych trzech kolejkach podopieczni trenera Ireneusza Mamrota zgarnęli komplet punktów, ogrywając kolejno Termalicę Bru-Bet Nieciecza, Górnika Zabrze i Pogoń Szczecin. Później nastąpił lekki kryzys formy (porażka z Sandecją Nowy Sącz, odpadnięcie z Pucharu Polski po przegranym meczu 1/16 finału z Zagłębiem Lubin), który później poskutkował nierówną formą aż do końca rundy jesiennej. Mówiąc o braku stabilizacji mowa raczej o niemożliwości złapania serii kilku zwycięstw z rzędu. Jaga grała nieźle, punktowała w miarę regularnie, ale zawsze brakowało ostateniego słowa, stąd sporo remisów i ostatecznie przezimowanie na 4. miejscu po przegranym 0:1 grudniowym meczu ze Śląskiem Wrocław, kończącym jesienną odsłonę zmagań.

Zimą Jagiellonię opuścił trzech ważnych graczy – Fedor Cernych (Dynamo Moskwa, Rosja), Piotr Tomasik (Lech Poznań) oraz Łukasz Sekulski (SKA Chabarowsk, Rosja). Wobec tych ubytków, oraz chcąc zwiększyć jakość zespołu i dać trenerowi Mamrotowi możliwość większej rotacji składem, pozyskano kolejnych zawodników. Na podpisanie umów z Jagą zdecydowali się – islandzki lewy obrońca Bodvar Bodvarsson, słoweński skrzydłow Dejan Lazarević, prawy obrońca Jakub Wójcicki oraz słoweński napastnik Roman Bezjak. Duże nadzieję wiązano zwłaszcza ze Słoweńcami, którzy nie byli anonimowymi postaciami w świecie piłki. Bezjak do Jagi trafił z niemieckiego drugoligowca, SV Darmstadt, wcześniej występując choćby w Łudogorcu czy APOEL-u Nikozja. Lazarević z kolei był wolny zawodnikiem, który w swoim CV mógł pochwalić się przed wszystkim klubami włoskimi, w tym Chievo Weroną czy Genoą.

Po sfinalizowaniu transferów, zamknięciu okresu przygotowawczego przystąpiono do ligowej rywalizacji. Co to był za start wiosny w wykonaniu Jagi… Zaczeło się od wyjazdowej wygranej 2:0 z Piastem Gliwice (gole Przemysława Frankowskiego i Martina Pospisila). Później były dwa mecze domowe – z Cracovią (1:0 po bramce „Pepika”) oraz Lechią Gdańsk (4:1, gole Wlazły, Bezjaka, Pospisila i Świderskiego). Jagiellonia grała jak z nut, a style białostockiej ekipy zachwycał się cały kraj. Media i kibice upatrywali w „Żółto-Czerwonych” najpoważniejszego kandydata do detronizacji Legii Warszawa. Czy tak będzie, miało się okazać 27 lutego, kiedy rozpędzona Jaga przyjechała do Warszawy na mecz-weryfikację. Swoisty sprawdzian tych zapowiedzi, ale też swojej formy i umiejętności. W ten właśnie sposób dotarliśmy do sedna dzisiejszego tekstu, czyli meczu Legii Warszawa z Jagiellonią Białystok w 25. kolejce sezonu 2017/2018 Lotto Ekstraklasy.

Jak wyglądał sam mecz? „Zawsze mówię, że gra się i trenuje właśnie dla takich spotkań”. Te słowa trenera Ireneusz Mamrota najlepiej określają rangę tamtego starcia, w którym Jagiellonia grała na boisku mistrza Polski i wówczas wicelidera rozgrywek. Wygrywając wszystkie trzy spotkania w 2018 roku, Jaga dała znak, że do Warszawy przyjeżdża bronić miejsca na szczycie tabeli, które osiągnęła przed kilkoma dniami. Spotkanie zapowiadało się o tyle ciekawiej, że wówczas zmierzyły się ze sobą najlepsza drużyna w meczach domowych (Legia) oraz najlepiej punktująca ekipą na wyjazdach (Jaga).

Jagiellończycy wybrali się do stolicy w niemal najsilniejszym składzie. Jedynym piłkarzem, który nie wsiadł z kolegami do autokaru był leczący uraz Bartosz Kwiecień. Legia również grała w najmocniejszym zestawieniu, z tercetem Eduardo – Niezgoda – Hamalainen w ataku i duetem bocznych obrońców Vesović – Jędrzejczyk.

Gospodarze od samego początku ruszyli do ataków i już w 1. minucie mogli wyjść na prowadzenie. Jarosław Niezgoda uruchomił prawą stroną Marko Vesovicia, który posłał silny centrostrzał w kierunku bramki Pawełka. Na szczęście żaden z zawodników Legii nie sięgnął piłki, która opuściła boisko. Po chwili nasz bramkarz mógł ją ustawić na 5. metrze i spokojnie wznowić grę. Chwilę później groźnie było po drugiej stronie boiska, ale po tym, jak Arkadiusz Malarz zderzył się z Michałem Pazdanem żaden z naszych piłkarzy nie zdołał skierować futbolówki do siatki.

Niska temperatura najwyraźniej sprzyjała piłkarzom, bowiem spotkanie było utrzymywane na bardzo wysokim poziomie i co chwilę akcja przenosiła się z jednego pola karnego na drugie. W 9. minucie ostro potraktowany przez Vesovicia został potraktowany Guilherme. Sędzia Daniel Stefański pokazał w tej sytuacji Czarnogórcowi żółtą kartkę. Do rzutu wolnego podszedł Arvydas Novikovas, który dośrodował w „szesnastkę”, gdzie piłka dotarła do Romana Bezjaka. Słoweniec oddał strzał, ale w świetnym stylu to uderzenie instynktownie wybronił Arkadiusz Malarz. Chwilę później boisko musiał opuścić Domagoj Antolić, który po weryfikacji VAR obejrzał czerwoną kartkę za brutalne wejście w nogi Przemysława Frankowskiego. Od 15. minuty Legia musiała zatem grać w osłabieniu.

Dosłownie po kilku minutach sędzia Stefański ponownie musiał skorzystać z wideoweryfikacji. Po zagraniu Arvydasa Novikovasa na prawą stronę Przemysław Frankowski znalazł się sam na sam z Malarzem i bez problemu pokonał 37-latka. Sędzia pierwotnie uznał bramkę, ale po obejrzeniu powtórki arbiter anulował gola.

„Żółto-Czerwoni”, podrażnieni tym zdarzeniem, ruszyli do jeszcze odważniejszych ataków i kompletnie zdominowali osłabioną Legię, która ograniczała się jedynie do gry z kontrataku. Jagiellończycy raz po raz próbowali zaskoczyć Malarza, ale ich strzały albo świetnie wybijał bramkarz gospodarzy, tak jak ten Tarasa Romanczuka z 30. minuty czy też próbę Arvydasa Novikovasa chwilę później, albo piłka po prostu przelatywała obok bramki. Niecelnie uderzał m.in. Przemek Frankowski. 

W 44. minucie Roman Bezjak dostał znakomite podanie na dobieg od Łukasza Burligi. Słowniec został sfaulowany przez Arkadiusza Malarza w polu karnym Legii, wobec czego sędzia Daniel Stefański wskazał na wapno. Rzut karny pewnie na bramkę zamienił Arvydas Novikovas. Chociaż Jaga miała jeszcze przed przerwą okazję aby podwyższyć rezultat, to zabrakło skuteczności i pierwsza część spotkania zakończyła się jednobramkowym prowadzeniem.

W drugiej połowie Legia nie wyglądała na drużynę, która za wszelką cenę chcę doprowadzić do remisu. Warszawianie nie mieli pomysłu na konstruowanie akcji, za to Jagiellonia grała bardzo mądrze i co chwilę próbowała użądlić z kontrataku. Najgroźniejszy w polu karnym rywala był Roman Bezjak, ale napastnik „Dumy Podlasia” miał problem z wykończeniem akcji. W 51. minucie Burliga miękko zagrał na 11. metr, jednak Bezjak nie trafił czysto w piłkę. Chwilę później Słoweniec mógł się zrehabilitować, ale na posterunku stał Arkadiusz Malarz, który był najjaśniejszą postacią stołecznej ekipy.

Jagiellonia bardzo chciała powiększyć przewagę bramkową i nie zamierzała zwalniać tempa. W 64. minucie Przemysław Frankowski pięknie skierował piłkę w pole karne do wbiegającego Arvydasa Novikovasa. Litwin w doskonałej sytuacji uderzył podcinką, ale piłka trafiła w słupek. Na pięć minut przed końcem po lekkim strzale Karola Świderskiego Malarz wypluł piłkę pod nogi Cilliana Sheridana, ale Irlandczyk znajdował się na niewielkim spalonym i jego celna dobitka nie została uznana.

W samej końcówce „Żółto-Czerwoni” wreszcie dopięli swego. Po ładnej akcji Jagi piłka trafiła na prawe skrzydło do Piotra Wlazły, który wrzucił futbolówkę na głowę Karola Świderskiego. Młodzieżowy reprezentant Polski, podobnie jak wcześniej z Lechią, ustalił wynik spotkania, ale tym razem na 2:0.
Przez cały mecz Jagiellonia bezdyskusyjnie kontrolowała grę, na co najlepszym dowodem jest fakt, że Legia przez 90 minut oddała tylko jeden celny strzał. Nasz będący na fali zespół całkowicie zdominował rywala, który po drugiej żółtej kartce dla Marko Vesovicia w końcówce kończył mecz w dziewiątkę. Dominacja Jagi potwierdzenie i odzwierciedlenie znalazła również w statystykach pomeczowych, które pokazywały skalę dominacji nad Legionistami porównywalną do meczu przeciwko Borussi Dortmund w Lidze Mistrzów. Naturalnie w tej analogii to Jaga stoi na pozycji niemieckiego zespołu.

Dzięki tej wygranej „Duma Podlasia” umocniła się wówczas na pozycji lidera LOTTO Ekstraklasy i powiększyła swoją przewagę nad drugą Legią do trzech punktów. Po czterech meczach w 2018 roku Jaga zgromadziła komplet punktów. To był fenomenalny start rundy wiosennej w wykonaniu Jagiellończyków, co stanowiło miłą odmianę i był w pewnie sposób fenomenem. Niemniej liczyły się fakty, a te pokazywały, że Jaga złapała porządną serię meczów nawet nie tyle bez porażki, co kolejnych zwycięstw.

Po spotkaniu odbyła się oczywiście tradycyjna pomeczowa konferencja prasowa, na której pojawił się opiekun Jagiellonii, trener Ireneusz Mamrot, który tymi słowami podsumowywał grę swoich podopiecznych. – Jestem bardzo zadowolony z występu drużyny. Od początku chcieliśmy grać wysokim pressingiem i nie dać się zdominować Legii, co dobrze funkcjonowało. Oczywiście bardzo ważna była sytuacja z 15. minuty, kiedy Antolić dostał czerwoną kartkę, co wpłynęło na późniejszy przebieg meczu. Martwiła mnie nieskuteczność w pierwszej połowie, ponieważ mieliśmy kilka sytuacji, ale bardzo dobrze bronił Arkadiusz Malarz. Paradoksalnie po kilku niewykorzystanych sytuacjach nadzialiśmy się na kontry, kiedy to na przykład Niezgoda znalazł się sam na sam z Mariuszem Pawełkiem, ale na szczęście za mocno zagrał sobie piłkę. Później ważnym momentem była bramka do szatni, bo przy prowadzeniu 1:0 i grającej w „dziesiątkę” Legii można było grać spokojniej. Wbrew pozorom, gdy jest 11 na 10, to drużyna czasem sama sobie wytwarza presję i taki moment był po czerwonej kartce, że zawodnicy nagle chcieli bardzo szybko strzelić bramkę. Był taki fragment w naszym wykonaniu, kiedy akcje nie były przygotowywane i nastąpiło kilka niepotrzebnych strat. Ale nie będę narzekał, bo sposób, w jaki zagraliśmy w przekroju całego spotkania, musi mnie zadowolić. Jednak życie trenera jest takie, że trzeba myśleć już o następnym meczu. Piłka nożna ma to do siebie, że są mecze, w których prawie nie ma sytuacji i się je wykorzystuje, i są takie, kiedy nic nie wpada. To nie było tak, że nie trafialiśmy w bramkę, tylko też bardzo dobrze bronił Malarz. To nie jest siatkówka czy koszykówka, gdzie skuteczność jest dużo większa. To jest piłka nożna i takie mecze się zdarzają. Na pewno nie byliśmy przemotywowani, to było widać od początku, nie było nadmiernej agresji w naszym graniu. Cały czas staraliśmy się grać w piłkę. Mnie bardziej martwiłoby, gdybyśmy nie mieli sytuacji, ale stworzyliśmy sobie ich dużo – mówił trener Mamrot.

Na konferencji pojawił się również ówczesny opiekun Legii Warszawa, Romeo Jozak. – Za dużo rzeczy od samego początku spotkania poszło dziś nie tak. Oczywiście czerwona kartka zmieniła całą grę i zdeterminowała późniejszy przebieg meczu, ale nie jest to żadnym wytłumaczeniem. Czułem, że czegoś zabrakło, że nie mamy energii. Dlaczego? Jeszcze tego nie wiem, ale się dowiem. Myślę, że mógł mieć na to wpływ fakt, że mieliśmy jeden dzień odpoczynku mniej od rywala. Był to trudny mecz. Po tym, jak wydarzyło się kilka nieprzewidzianych sytuacji, spróbowaliśmy paru zmian taktycznych. Czasem byliśmy blisko tego, czego oczekiwałem, ale niestety na tym „prawie” się zatrzymywaliśmy. Muszę pogratulować Jagiellonii bardzo dobrej gry. Wygraliście walkę, ale nie wojnę. Naszym celem jest wygranie ligi i obiecuję wam, że tego dokonamy. Zawsze byłem skupiony na stabilności i na tym, żebyśmy byli drużyną dominującą. Cały tydzień pracowaliśmy nad tym, żeby w każdej sytuacji być na czas, zarówno w obronie jak i w ataku, a dzisiaj się spóźnialiśmy, co pokazuje czerwona kartka Antolicia. Jeżeli będziemy taką drużyną, jakiej oczekuję, to jedna gra nie wybije nas z toru. Wielkich ludzi poznaje się po tym, jak szybko podnoszą się po upadku i my to zrobimy, będziemy dalej walczyć – mówił szkoleniowiec „Wojskowych”.

Po spotkaniu głos zabrali także główni bohaterowi całego zamieszania, czyli zawodnicy Jagiellonii.

Guilherme, obrońca Jagiellonii Białystok. – Staramy się identycznie podchodzić do każdego spotkanie, niezależnie od tego, z kim gramy, jakby był to ostatni mecz sezonu o mistrzostwo. Dzisiaj nie było inaczej. Byliśmy dobrze przygotowani, fizycznie wyglądaliśmy świetnie i kontrolowaliśmy mecz od pierwszej do ostatniej minuty. Nie miało znaczenia to, czy rywal grał w jedenastu, dziesięciu czy dziewięciu. Moim zdaniem czerwona kartka powinna zostać pokazana jeszcze wcześniej Marko Vesoviciowi za faul na mnie. To już jednak nieistotne. Liczy się to, że kontrolowaliśmy mecz od początku do końca. Mówiliśmy sobie o tym i o dobrym pressingu na odprawie, a na boisku daliśmy z siebie wszystko. Kluczowym momentem w tym meczu był gol w 17. minucie. Nawet jeśli został nieuznany z powodu spalonego, to pokazało Legii, że nie jesteśmy tu na żarty. Rywale zobaczyli, że przyjechaliśmy tu po zwycięstwo i zdali sobie sprawę, że muszą na nas uważać, bo Jagiellonia przyjechała ich pokonać.

Taras Romanczuk, pomocnik Jagiellonii Białystok. – Nasza gra znowu może tylko cieszyć. Graliśmy dobrze w piłkę, staraliśmy się ją odpowiednio rozgrywać. Na pewno ważnym momentem była ta czerwona kartka dla zawodnika Legii, bo od tego czasu zaczęliśmy zdecydowanie przeważać na boisku. W pierwszej połowie mieliśmy takie sytuacje, w których można było zachować zimną krew i spokojnie strzelić gola. Tego już jednak nie zmienimy. Liczy się to, że wygraliśmy mecz i dzisiaj się cieszymy, a już jutro zaczynamy przygotowania do kolejnego spotkania. Staramy się wdrażać to, czego wymaga od nas trener. To może się podobać zarówno nam, jak i kibicom, dlatego jesteśmy z tego zadowoleni. Oby to utrzymać jak najdłużej. Gratulacje dla zespołu, mamy kolejne trzy punkty.

Łukasz Burliga, oborońca Jagiellonii Białystok. – Zagraliśmy bardzo dobry mecz. Ta wygrana smakowała wyjątkowo nie tylko dlatego, że zdobyliśmy trzy punkty, ale też ze względu na naszą dobrą grę. Nasza dominacja w całym tym spotkaniu nie ulegała wątpliwości. Nie byliśmy zaskoczeni tym, że mieliśmy tak dobre statystyki, bo wiedzieliśmy, że stać nas na bardzo dobrą grę. Zresztą z Lechią pokazaliśmy, że potrafimy wysoko zagrać i dobrze utrzymywać się przy piłce. Na pewno ta czerwona kartka ułatwiła trochę grę, ale myślę, że do momentu wykluczenia Antolicia też wyglądaliśmy dobrze i mieliśmy ze dwie, trzy okazje. Cieszy nas taka gra. Zawsze koncentrujemy się na każdym kolejnym spotkaniu. Oczywiście cieszy nas to, że jesteśmy liderem, ale nie zadawalamy się każdym dobrym występem. Cały czas idziemy do przodu i cały czas widać w zespole pozytywną energię, więc teraz trzeba zejść na ziemię, skoncentrować się i zagrać jak najlepiej z Wisłą.

Mariusz Pawełek, bramkarz Jagiellonii Białystok. – Nie wiem, czy czerwona kartka była kluczowa w tym meczu, bo nawet grając w jedenastu stwarzaliśmy sobie sytuacje. Dzisiaj Arek Malarz miał „dzień konia”, bo już do przerwy mogliśmy prowadzić trzema bramkami. Patrzymy jednak tylko na siebie. Widać było, że jesteśmy drużyną. To nas cementuje i oby to się nie zmieniło. Nie możemy zwariować, bo jest jeszcze wiele kolejek. Musimy być pokorni, zacisnąć zęby i robić swoje, aby zrealizować nasze cele. Zabrakło tylko tego czystego konta w ostatnim meczu z Lechią, gdy przez 25 minut gry prowadziliśmy grę, a jeden wypad rywali zakończył się golem. Trudno, stało się. Nie zwariowaliśmy jednak, nie zmieniliśmy taktyki czy mentalności i dążyliśmy do celu. Dzisiaj zagraliśmy fajnie na ciężkim terenie. Wiadomo, jaką firmą jest Legia, ale już wcześniej mówiłem, że czujemy się jako zespół bardzo mocni i musimy ten moment wykorzystać. Nie chcę mówić o kryzysie, który pewnie prędzej czy później przyjdzie, ale teraz mamy taki moment, który trzeba maksymalnie wykorzystać i zdobyć w tym czasie jak najwięcej punktów. Cieszymy się z dzisiejszego zwycięstwa, ale nie możemy zwariować i musimy być pokorni. Trzeba grać to, co trener przed każdym meczem nam nakreśli, i powinno być dobrze.

Arvydas Novikovas, skrzydłowy Jagiellonii Białystok. – Trzy punkty na Legii smakują bardzo dobrze. Wygraliśmy już w tym roku cztery mecze i chciałbym zobaczyć, co powiedzą teraz ci, którzy mówili, że nasza pozycja w tabeli po jesieni to przypadek. Wysokie miejsce wtedy i cztery kolejne wygrane teraz, to nie może być przypadek. Trener mówił, co mamy zrobić, gdy tutaj przyjedziemy. Chcieliśmy dominować na boisku i zaprezentować naszą grę. Już w pierwszych piętnastu minutach to pokazaliśmy, rywale dostali czerwoną kartkę, a my stwarzaliśmy sobie kolejne sytuacje. Mieliśmy ich naprawdę dużo. Pierwsza połowa była kluczowa.

Był to faktycznie jeden z najlepszych meczów Jagiellonii w historii jej występów na poziomie najwyższej klasy rozgrywkowej w Polsce. Co działo się później? O tym będziecie mogli Państwo przeczytać już w przyszłym tygodniu.

25. kolejka sezonu 2017/2018 Lotto Ekstraklasy

Legia Warszawa – Jagiellonia Białystok 0:2 (0:1), 27 lutego 2018 r.

Stadion: Stadion Miejski im. Marszałka Józefa Piłsudskiego w Warszawie.

Sędzia: Daniel Stefański (Bydgoszcz).

Widzów: 12 939 osób.

Gole: Arvydas Novikovas 44′ (K); Karol Świdersk 88′.

Czerwone kartki: Domagoj Antolić (15′, bezpośrednia czerwona kartka); Marko Vesović (90′, druga żółta kartka).

Skład Legii Warszawa: Arkadiusz Malarz (K) – Artur Jędrzejczyk, Michał Pazdan, William Remy, Marko Vesović, Chris Phillips, Krzysztof Mączyński, Domagoj Antolić, Kasper Hämäläinen (Michał Kucharczyk 83′), Eduardo (Łukasz Broź 37′, Adam Hlousek 66′), Jarosław Niezgoda.

Trener Legii: Romeo Jozak.

Skład Jagiellonii Białystok: Mariusz Pawełek – Guilhereme, Nemanja Mitrović, Ivan Runje, Łukasz Burliga, Piotr Wlazło, Taras Romanczuk (K), Arvydas Novikovas (Cillian Sheridan 79′), Martin Pospisil (Rafał Grzyb 90′), Przemysław Frankowski, Roman Bezjak (Karol Świderski 83′).

Trener Jagiellonii: Ireneusz Mamrot.

Kontakt

Jagiellonia Białystok S.S.A.

b Poniedziałek - piątek 08:00 - 16:00