AktualnościBył taki mecz: Rio Ave FC – Jagiellonia Białystok 4:4

Był taki mecz: Rio Ave FC – Jagiellonia Białystok 4:4

Minął tydzień, czas na kolejną odsłonę „Był taki mecz”. W dzisiejszym epizodzie przypomnimy sobie spotkanie z początku kampanii 2018/2019, rozegrane w ramach drugiej rundy kwalifikacji do Ligi Europy. Mowa oczywiście o pamiętnym starciu „Żółto-Czerwonych” z portugalskim Rio Ave, zakończonym awansem Jagi do kolejnej rundy eliminacji.

Nasz kolejny tekst rozpoczynamy od tradycyjnego przypomnienia zeszłotygodniowego wydania „Był taki mecz”. Przed siedmioma dniami, w epizodzie oznaczonym numerem 50., przypominaliśmy ostatnie ligowe spotkanie Jagiellonii rozegrane przez białostoczan w kampanii 2017/2018. Był to wyjazdowy mecz z Wisłą Płock, wygrany przez podopiecznych trenera Ireneusza Mamrota 2:1 po golach Ivana Runje i Cilliana Sheridana. To jednak nie rezultat tamtego starcia był najważniejszy, a cała jego otoczka. Tym zwycięstwem bowiem Jagiellończycy przypieczętowali swój drugi z rzędu i drugi w historii klubu tytuł wicemistrzów Polski. Trzeba zaznaczyć, że zawodnicy „Dumy Podlasia” byli pewni zdobycia tego lauru już wcześniej, jeszcze przed rozpoczęciem rywalizacji z „Nafciarzami”, niemniej zakończenie sezonu, takiego sezonu, wygraną było przysłowiową wisienką na torcie. Ponadto pamiętać należy, że do ostatniego gwizdka arbitra prowadzącego tamte zawody z płocczanami piłkarze z Białegostoku pozostawali w grze o najważniejsze piłkarskie trofeum w Polsce, czyli tytuł mistrza kraju. Do jego zdobycia jednak nie wystarczała sama wygrana nad graczami prowadzonymi wówczas przez trenera Jerzego Brzęczka. Żeby móc cieszyć się z miana najlepszej klubowej drużyny w naszym kraju „Żółto-Czerwoni” musieli liczyć na pomoc ligowych rywali z Poznania, tamtejszego Lecha. „Kolejorz” mierzył się bowiem z ówczesnym liderem stawki, Legią Warszawa, i gdyby warszawian pokonał, to zwycięstwo nad płocczanami dałoby tytuł białostoczanom. Tak się niestety nie stało, bowiem poznańskie starcie zostało przerwane i komplet punktów, razem z mistrzostwem, powędrował do Warszawy. Niewiele wtedy zabrakło, ale wicemistrzostwo to również olbrzymi sukces i niewątpliwy powód do całej masy cudownych wspomnień. Poniżej zamieszczamy fragment zeszłotygodniowego tekstu, którego całość znaleźć można TUTAJ. Do lektury naturalnie zachęcamy.

Już na początku drugiej połowy zrobiło się bardzo gorąco. Po kilku przypadkowych odbiciach w środku pola piłkę dostał Dominik Furman. Były piłkarz Legii posunął do przodu i zagrał na lewą stronę do Jose Kante, który znalazł się w sytuacji sam na sam z Marianem Kelemenem. Napastnik Wisły ze stoickim spokojem podciął piłkę i umieścił ją w siatce. Na nasze szczęście sędzia zdecydował się użyć VAR-u, aby przyjrzeć się sytuacji, która miała miejsce kilka sekund wcześniej. Jak się okazało, Semir Stilić faulował w środku pola Tarasa Romanczuka i bramka nie została uznana.

[…] W 64. minucie Łukasz Burliga niedokładnie dośrodkował na głowę Cilliana Sheridana. Napastnik Jagi zdołał co prawda oddać strzał, ale nie było w tej sytuacji szans na pokonanie Thomasa Dahnego. Cillian Sheridan mógł jednak już po chwili cieszyć się z gola. Przemysław Frankowski dostał prostopadłe podanie z prawej strony boiska i tuż przed wyjściem piłki za linię końcową zdołał idealnie dorzucić ją do Sheridana, który strzelił głową swoją szóstą bramkę w tamtym sezonie.

Płocczanie próbowali pokusić się o wyrównującą bramkę, ale najpierw uderzenie z dystansu Damiana Szymańskiego wyłapał Marian Kelemen, następnie niecelnie główkował Adam Dźwigała i w końcu ponownie znakomitą interwencją popisał się nasz bramkarz. Marian Kelemen wybronił strzał Nico Vareli, a dobitka Łukowskiego trafiła w boczną siatkę.

[…] Na minutę przed końcem regulaminowego czasu gry dobre podanie w polu karnym dostał wspomniany Karol Świderski. Młodzieżowy reprezentant Polski źle przyjął piłkę i nie zdołał oddać dobrego strzału. Jego uderzenie bez trudu wyłapał Thomas Dahne. Chwilę po tej akcji szansę na drugą bramkę miał Cillian Sheridan, ale po dośrodkowaniu Przemysława Frankowskiego nasz napastnik niecelnie uderzył z woleja.

Więcej bramek w tym meczu nie padło i Jagiellonia zakończyła sezon zwycięstwem. Z racji tego, że mecz Lecha z Legią został przerwany i jego wynik został zweryfikowany jako walkower na korzyść Legii Warszawa, nasza drużyna po raz drugi z rzędu została wicemistrzem Polski. Ten sukces Jagiellończycy mogli świętować jeszcze przed spotkaniem, bowiem tytuł wicemistrzowski mieli już zagwarantowany. Walczyli za to o pierwsze w historii klubu mistrzostwo Polski, czego jednak nie udało się osiągnąć. Do realizacji tego marzenia potrzebne było, oprócz zwycięstwa na Wisłą, przegranie meczu przez Legię, która mierzyła się z poznańskim Lechem. Do tego niestety nie doszło, ale białostoczanie i tak mieli się z czego cieszyć.

Przejdźmy teraz do sedna naszego tekstu, czyli meczu z Rio Ave FC. Słowo wstępu będzie jednak jeszcze związane z poprzednim tekstem, którego fragment możecie przeczytać powyżej. Jagiellonia do europejskich pucharów w sezonie 2018/2019 mogła przystąpić ze względu na sięgnięcie po wicemistrzowski tytuł w poprzedniej kampanii. Swoją pzygodę z międzynarodowymi zmaganiami w tamtej kampanii białostoczanie rozpoczęli od drugiej rundy kwalifikacyjnej, w której los skojarzył ich z Portugalczykami. Eksperci od razu po losowaniu nie mieli wątpliwości – to bardzo trudny przeciwnik, z którym powalczyć o awans będzie niesłychanie ciężko. Za tą tezą stało co najmniej kilka argumentów.

Po pierwsze, drużyna z Półwyspu Iberyjskiego to nie była przypadkowa zbieranina średnich zawodników, którzy z niewiadomych przyczyn dostali się do europejskich pucharów. Zespół składał się z dobrych technicznie i taktycznie zawodników o określonej marce, którzy swoją grą i ciężką pracą osiągnęli sukces w jednej z lepszych lig na Starym Kontynencie. Ponadto w tejże ekipie znaleźć można było ciekawe indywidualności, jak chociażby obecniej grający w SC Braga brazylijski skrzydłowy Galeno, reprezentant Gruzji bramkarz Giorgi Makaridze czy weteran portugalskich boisk i kapitan „Rioavistas” Tarantini. Nad wszystkim czuwał trener Jose Gomes, który obecnie odpowiada za wyniki UD Almerii, a pracował także chociażby w angielskim Reading.

Po drugie, statystyka. Do momentu rozstrzygnięcia awansu żadnemu polskiemu zespołowi nie udało się przejść w europejskich pucharach przeszkody w postaci rywali z Portugalii. Wcześniej naszym drużynom zdarzało się kilkukrotnie mierzyć z ekipami z tego kraju, ale żadna z tych konfrontacji nie zakończyła się po myśli polskich piłkarzy. Czekać trzeba było długo, bowiem aż do 2018 roku, ale opłaciło się.

Po trzecie wreszcie bilans Jagiellonii w pucharach, który do momentu spotkania z Rio Ave nie powalał. Białostoczanie przed rozegraniem starcia z „Vilacondenses” nigdy nie awansowali do trzeciej rundy kwalifikacji Ligi Europy. Startowali w eliminacjach tych zmagań czterokrotnie, dochodząc maksymalnie do drugiego etapu. W 2010 Jagiellończyków odprawił Aris Saloniki (zachęcamy do lektury tekstu traktującego o tym spotkaniu, link TUTAJ). Rok później Jaga odpadła już w pierwszej rundzie, kiedy lepsi okazali się Kazachowie z Irtyszu Pawłodar. Następnie były wygrana z litewską Kruoją i porażka z Omonią Nikozja w sezonie 2015/2016 oraz wygrana z gruzińskim Dinamem Batumi i porażka z azerską Qabalą w kampanii 2017/2018. Widać zatem, że wielkimi sukcesami nasza ekipa w Europie nie mogła się pochwalić. Za takowy można natomiast śmiało uznać wyeliminowanie Portugalczyków z Rio Ave. Co więcej śmiało można stwierdzić, że dla naszego klubu był to największy sukces w Europie w historii.

Do wyżej wymienionych powodów stawiania piłkarzy z Vila do Conde w roli faworytów przed meczem można jeszcze dorzucić kwestię przebudowy składu Jagiellonii, która miała miejsce w oknie transferowym poprzedzającym rywalizację z Portugalczykami. Wielkich strat w drużynie nie było. Białystok opuścili bowiem tacy gracze jak Guti, Karol Mackiewicz, Rafał Augustyniak czy Piotr Wlazło. Niemniej roszady personalne zawsze wiążą się z koniecznością wdrożenia nowych twarzy do drużyny. Zespół został wtedy całkiem solidnie wzmocniony przez Marko Poletanovicia, Grzegorza Sandomierskiego czy Mile Savkovicia. Do klubu dołączyli także gracze z zaplecza Ekstraklasy, jak Lukas Klemenz oraz Mateusz Machaj. Zwłaszcza w tym drugim upatrywano więcej niż solidnego wzmocnienia. W końcu przychodził z dobrze znanego trenerowi Mamrotowi Chrobrego Głogów po świetnym sezonie w I lidze, kiedy w 29 występach strzelił 16 goli. Ostatecznie Machaj długo w Białymstoku nie zabawił, ale zostawił po sobie przynajmniej jedną ważną pamiątkę, o czym więcej za chwilę.

Pierwsze spotkanie dwumeczu z Rio Ave FC zostało rozegrane w czwartek, 26 lipca, na Stadionie Miejskim w Białymstoku. Jeszcze zanim sam mecz przy Słonecznej się rozpoczął, mieliśmy już pierwsze wydarzenie, które mocno wpłynęło na jego przebieg. Na 10-15 minut przed pierwszym gwizdkiem hiszpańskiego sędziego Ricardo de Burgosa Bengoetxei nad Stadionem Miejskim rozpętała się bowiem gwałtowna ulewa, która sprawiała, że przez długi czas mieliśmy prawdziwy „mecz na wodzie”.

Samo spotkanie lepiej rozpoczęli goście, którzy już w pierwszej akcji meczu mogli cieszyć się z gola. Przed szansą stanął doświadczony kapitan przyjezdnych, Tarantini, który po ładnej akcji swoich kolegów przegrał pojedynek z naszym bramkarzem, Marianem Kelemenem. Jagiellonia odpowiedziała w 9. minucie. Była to odpowiedź treściwa i konkretna, bowiem zakończona gola. Autorem bramki został wspomniany Mateusz Machaj, który skutecznie strzelił prawą nogą, wykorzystując dobre dogranie Przemysława Frankowskiego. Jak się później okazało, było to jedyne trafienie tamtego dnia. Mecz zakończył się zwycięstwem Jagiellonii w rozmiarze 1:0 i z taką skromną zaliczką białostoczanie jechali do Portugalii.

– To jest dwumecz. Dla nas jest to dopiero pierwsza połowa, dlatego trudno cieszyć się ze zwycięstwa. Mamy przed sobą rewanż i to jest dla nas teraz najważniejsze. Wiemy, ile kosztują europejskie puchary – tymi słowami prowadzący wówczas Jagiellonię trener Ireneusz Mamrot tonował optymistyczne nastroje po wygranym pierwszym spotkaniu z Rio Ave. Wiadomo było, że rewanż w Vila do Conde nie będzie należał do najłatwiejszych meczów, a gospodarze od początku będą chcieli zniwelować straty z Białegostoku.

Jak zatem wyglądał mecz rewanżowy? Po skromnym zwycięstwie w Białymstoku (1:0) piłkarze Ireneusza Mamrota lecieli do Portugalii pełni nadziei, że uda im się awansować do III rundy eliminacji Ligi Europy. Szkoleniowiec Jagi wiedział jednak, że łatwo o to nie będzie, bo Rio Ave przy Słonecznej prezentowało się z naprawdę dobrej strony.

– Przed nami trudne spotkanie. Nasz przeciwnik pokazał się w Białymstoku z bardzo dobrej strony. Wiemy jakie ma atuty. Zawodnicy Rio Ave są dobrze przygotowani pod względem technicznym. My jednak przyjechaliśmy tutaj po awans. Zadanie nie jest łatwe, ale zrobiliśmy wszystko, aby przygotować się możliwie najlepiej do spotkania – mówił przed starciem opiekun Jagiellończyków.

Naszemu szkoleniowcowi wtórował kapitan białostoczan, Taras Romanczuk. – Wiemy jak ciężko grało się nam przed tygodniem, dlatego również w czwartek spodziewamy się trudnej przeprawy. Rio Ave posiada wielu zawodników dobrze wyszkolonych technicznie. My jednak również znamy swoją wartość, bo jesteśmy dobrą drużyną i zechcemy to udowodnić – mówił nasz pomocnik.

Trener Mamrot miał do dyspozycji praktycznie wszystkich swoich zawodników. Brakowało jedynie Dejana Lazarevicia, a decyzją trenera poza kadrą na to spotkanie pozostali Piotr Wlazło, Jakub Wójcicki, Patryk Klimala i Michał Ozga. Na boisko wybiegł więc dokładnie ten sam skład, który uzyskał w pierwszym meczu minimalną, jednobramkową przewagę. W drużynie gospodarzy z kolei nie mogli zagrać kontuzjowani Diego Lopes, Nuno Santos i Murilo, ale do wyjściowej jedenastki wrócił podstawowy prawy obrońca, Nadjack.

„Żółto-Czerwoni” rozpoczęli to spotkanie naprawdę naładowani, oczywiście pozytywną energią. Już w pierwszej akcji spotkania w polu karnym zablokowany został Bartosz Kwiecień, a strzał z dystansu Mateusza Machaja poszybował nad poprzeczką. W 6. minucie naszej drużynie już udało się wyjść na prowadzenie. Odbiór Tarasa Romanczuka rozpoczął kontrę Jagiellonii. Przemysław Frankowski idealnie dograł piłkę w pole karne do Cilliana Sheridana, a ten mocnym strzałem otworzył wynik meczu.

Gospodarze już po chwili mogli odpowiedzieć, ale po kontrataku Gelson Dala w sytuacji sam na sam nie zdołał pokonać Mariana Kelemena. W kolejnych minutach nieprawdopodobnie groźny był dla naszej defensywy Wenderson Galeno. Wypożyczony z FC Porto zawodnik sprawiał na lewym skrzydle Łukaszowi Burlidze bardzo wiele problemów. To właśnie on w 27. minucie gry doprowadził do remisu, wykorzystując sytuację sam na sam z naszym bramkarzem.

Szkoda była tym większa, że chwilę wcześniej dobry strzał z dystansu Łukasza Burligi minął bramkę rywala, a piłka po próbie z odległości w wykonaniu Arvydasa Novikovasa poszybowała tuż nad poprzeczką. Po bramce wyrównującej piłkarze „Dumy Podlasia” mieli kilka kontrataków przy których zabrakło im dokładnego ostatniego podania, a gdy wydawało się, że do przerwy będzie korzystny dla Jagi remis 1:1, w doliczonym czasie gry Wenderson Galeno po indywidualnej akcji został sfaulowany 20 metrów od naszej bramki i po chwili cudownym strzałem z rzutu wolnego wyrównał stan gry w całym dwumeczu.

Stało się jasne, że w drugiej połowie emocje będą niezwykłe, ale chyba nikt się nie spodziewał, że będą aż takie. W 56. minucie gry wstrzelenie piłki przez Mateusza Machaja w pole karne zostało zlekceważone przez defensywę Rio Ave i do wyrównania z bliska doprowadził Taras Romanczuk.

Rio Ave rzuciło się do ataku i po chwili od bramki samobójczej po rzucie rożnym uratowała nas poprzeczka. Chwilę później gospodarze ponownie prowadzili 3:2. Tym razem stały fragment gry i ogromne zamieszanie przed bramką Mariana Kelemena zakończyło się trafieniem Gelsona Dali. Ten sam zawodnik minutę po bramce mógł wyprowadzić Rio Ave na prowadzenie w całym dwumeczu. Tym razem jednak kapitalnie po strzale z bliska interweniował Kelemen.

Szaleństwo w Vila do Conde trwało dalej. W dobrym okresie gry gospodarzy padła bramka… dla Jagiellonii! Składnie wyprowadzony kontratak, spokojne rozegranie i przepiękne uderzenie zewnętrzną częścią stopy autorstwa Martina Pospisila sprawiło, że w 72. minucie gry ponownie był remis.

Siedem minut później stało się praktycznie jasne, że to Jagiellonia awansuje do kolejnej rundy. Po dośrodkowaniu z rzutu rożnego Guilherme głową swojego drugiego gola w tym meczu strzelił Taras Romanczuk. Późniejsze ataki i wyrównujący gol Damiena Furtado na 4:4 na pięć minut przed końcem już nie mogły zmienić tego, że to Jagiellonia Białystok awansowała do kolejnej rundy eliminacji Ligi Europy.

Na pomeczowej konferencji pojawił się ówczesny szkoleniowiec Jagiellonii Białystok, Ireneusz Mamrot, który nie krył swojej radości z powodu awansu. – Bardzo cieszymy się z awansu, ma on potrójną wartość. Jagiellonia po raz pierwszy w swej historii awansowała do III rundy eliminacji europejskich pucharów, a polskie zespoły z portugalskimi mają fatalny bilans i żadnemu nie udało się po dwumeczu awansować dalej. Nie ma co ukrywać, to było szalone spotkanie. Wydawało się, że gramy bardzo blisko siebie, dobrze taktycznie, a straciliśmy cztery bramki. Z tego nie można się cieszyć, ale z drugiej strony sami też strzeliliśmy cztery gole, co trudno było zakładać przed meczem. Zapanowaliśmy nad początkiem meczu. Trudno powiedzieć, czy zaskoczyliśmy tym rywala, ale wyszliśmy wysokim pressingiem i być może nie było wielu czystych sytuacji, to kilka razy zaatakowaliśmy naprawdę groźnie i brakowało tylko ostatniego podania. To wyglądało dobrze i podsumowaliśmy ten okres zdobytą bramką. Później nie tyle się cofnęliśmy, co gospodarze zaczęli grać naprawdę dobrze i zepchnęli nas do defensywy. Bramka stracona w 45. minucie, do szatni, to bardzo trudny moment dla każdego zespołu, ale w trakcie przerwy było spokojnie, nie reagowaliśmy nerwowo. Trzeba było natchnąć zespół pod względem mentalnym i wszyscy fajnie zareagowali. Później było 2:2, za chwilę 3:2 dla gospodarzy. Ważny moment był wtedy, gdy Marian zatrzymał napastnika rywali w sytuacji sam na sam. Strzeliliśmy później dwie bramki, a następnie podarowaliśmy rywalom gola na 4:4. Gospodarze przez cały czas wierzyli w korzystny wynik. Gdyby nie ten błąd, to do końca byłoby już spokojniej, ale generalnie graliśmy z bardzo silnym przeciwnikiem i nie ukrywam, że bardzo się cieszymy z tego awansu – mówił opiekun białostoczan.

Podczas pomeczowego spotkania z dziennikarzami obecny był także trener prowadzący w tamtym czasie naszych rywali, Jose Gomes. – Zaczęliśmy ten mecz od straconej bramki, szybko przegrywaliśmy 0:1. Pod względem taktycznym popełniliśmy zbyt wiele błędów, żeby zasłużyć na awans do kolejnej rundy. Był to bardzo emocjonujący i otwarty mecz. Gdybyśmy strzelili bramkę na 4:2 prawdopodobnie wystarczyłoby nam do wygrania tego dwumeczu. Gdy jednak popełniamy błędy bez większej presji przeciwnika, musimy poddać to analizie i refleksji. Trzeba zastanowić się, co trzeba zrobić, żeby sobie z tym poradzić. Wiedzieliśmy, że przeciwnik ma swoje mocne punkty w postaci gry szybkim atakiem, Arvydasa Novikovasa czy stałych fragmentów gry. To ja ponoszę winę za tę porażkę i musimy pomyśleć, co zrobić, aby w kolejnych meczach było lepiej. Wierzę, że pokażemy w nich i udowodnimy naszym kibicom, którzy nas wspierali dziś od początku do końca, że potrafimy grać dobrą piłkę. Po wprowadzeniu kilku korekt powinniśmy grać na dobrym poziomie i zadowolić naszą grą kibiców – powiedział szkoleniowiec Portugalczyków.

Oddać trzeba też głos głównym bohaterom tamtych wydarzeń, czyli piłkarzom Jagi, którzy wystąpili w tym historycznym spotkaniu.

Taras Romanczuk, kapitan i pomocnik Jagiellonii Białystok. – Nie spodziewaliśmy się, że padnie tyle bramek. Dla kibiców, którzy udali się za nami w tak daleką podróż, to musiał być szalony i widowiskowy mecz. Najważniejsze jednak, że awansowaliśmy dalej oraz że zespół umiał się podnieść po bramce „do szatni”. Gratulacje dla całej drużyny. Zostawiliśmy sporo zdrowia na boisku. Cały zespół zasłużył na ten awans. W dzisiejszym meczu widać było doświadczenie naszych zawodników. Trzeba było podnieść się po bramce „do szatni” i w drugą połowę weszliśmy równie dobrze, jak w pierwszą. Udało się nam strzelić bramkę, ale nie możemy też popełniać takich błędów, jak przy drugim, trzecim czy czwartym straconym golu. Z takich prezentów w Lidze Europy rywale korzystają i to nam tylko utrudnia zadanie.

Bartosz Kwiecień, pomocnik Jagiellonii Białystok. – – Kiedyś podobny mecz zdarzył mi się w Chrobrym, z Wisłą Puławy, ale to zupełnie nie ten poziom. Wtedy jednak też była taka dramaturgia, tyle bramek. Najważniejsze, że na koniec to nie my leżymy na deskach. W przerwie ten wynik wciąż był dla nas korzystny. Mimo że przegrywaliśmy 1:2, to mówiliśmy sobie w szatni, że musimy coś strzelić i utrzymać ten wynik. Strzeliliśmy, ale potem było trochę dramaturgii. To był horror, ale z happy endem. W przerwie nerwowość nie była nam potrzebna, dlatego trener powtarzał, że musimy grać swoje, wysoko i nie cofać się. Na drugą połowę tak wyszliśmy i to przyniosło efekt, ale z taką drużyną, jak Rio Ave, ciężko było grać pressingiem przez większość spotkania, bo rywale bardzo dobrze operują piłką. Gdy wychodzili spod naszego pressingu, to mieliśmy sporo biegania. Każdy z nas zostawił bardzo dużo serducha na boisku i dzięki temu wygraliśmy.

Ivan Runje, obrońca Jagiellonii Białystok. – – To był szalony mecz. Pierwszy raz w swojej karierze grałem w piłkę ręczną nogami. Trudno powiedzieć, co się wydarzyło na boisku. Tych emocji było chyba aż za wiele. Gdy prowadziliśmy 1:0, wydawało się, że pójdzie z górki. Potem jednak rywale wyrównali, a w ostatnich sekundach pierwszej połowy strzelili również na 2:1. To był dla nas trudny moment. Wydawało się, że mamy wszystko pod kontrolą, a przeciwnik strzelił bramkę. To dało Portugalczykom pewność siebie, przez co spodziewaliśmy się, że na początku drugiej połowy nie będzie łatwo. Powiedzieliśmy sobie w szatni, że mamy zacząć ją tak, jak zaczęliśmy cały mecz. Próbowaliśmy zaatakować rywala wysoko, ale tym razem się nie udawało, bo przeciwnicy dobrze operowali piłką.

Cudowny awans, wywalczony w fenomenalnych okolicznościach po dobrej grze i wyrównanej walce. Jaga pokazała tamtego sierpniowego dnia, że może być zespołem godnie reprezentującym Polskę na arenie międzynarodowej. Wspomniana promocja do kolejnej rundy oznaczała naturalnie walkę w trzecie fazie eliminacyjnych zmagań. Los na tym etapie gier skojarzył białostoczan z bez wątpienia bardzo mocną drużyną, belgijskim KAA Gent. „Żółto-Czerwoni” w dwumeczu z Belgami podjęli walkę. Starali się, ale niestety ich wysiłki spełzły na niczym. W pierwszym spotkaniu kwalifikacyjnego dwumeczu, rozegranym w stolicy Podlasia, goście okazali się lepsi o jedną bramkę, którą strzelił Jonathan David. W rewanżu rówież górą był zespół z Gandawy, który pokonał Jagiellończyków 3:1 po bramkach Taiwo Awoniyi, Romana Jaremczuka oraz ponownie Jonathana Davida. Honorowe trafienie dla naszego zespołu zanotował w tamtym starciu Martin Pospisil. Dodajmy, że był to gol dający remis i wobec kolejnej zdobytej przez białostoczan bramki mielibyśmy awans. Niestety, Belgowie zanotowali piorunującą końcówkę meczu i skutecznie rozwiali nasze marzenia. Niemniej była to bardzo ciekawa przygoda pucharowa, ostatnia dla naszego klubu jak dotąd.

2. runda kwalifikacji do Ligi Europy sezonu 2018/2019, mecz rewanżowy

Rio Ave FC – Jagiellonia Białystok 4:4 (2:1), 2 sierpnia 2018 r.

Stadion: Estádio dos Arcos.

Sędzia: Marco Di Bello (Włochy).

Widzów: 5 930 osób.

Gole: Galeno 27′, 45′; Gelson Dala 63′; Damien Furtado 84′ – Cillian Sheridan 6′; Taras Romanczuk 56′, 79′; Martin Pospisil 71′.

Skład Rio Ave FC: Giorgi Makaridze – Nadjack, Jonathan Buatu, Nelson Monte, Matheus Reis, Tarantini (K) (Nikola Jambor 69′), Leandrinho (Ricardo Schutte 89′), Galeno, Gabrielzinho (Damien Furtado 80′), Bruno Moreira, Gelson Dala.

Trener Rio Ave: Jose Gomes.

Skład Jagiellonii Białystok: Marian Kelemen – Łukasz Burliga, Ivan Runje, Nemanja Mitrović, Guilherme, Taras Romanczuk (K), Bartosz Kwiecień (Karol Świderski 75′), Mateusz Machaj (Martin Pospisil 60′), Przemysław Frankowski, Arvydas Novikovas (Rafał Grzyb 87′), Cillian Sheridan.

Trener Jagiellonii: Ireneusz Mamrot.

Kontakt

Jagiellonia Białystok S.S.A.

b Poniedziałek - piątek 08:00 - 16:00