AktualnościZając: W piłce nic nie może zaskakiwać

Zając: W piłce nic nie może zaskakiwać

– W piłce nic nie może zaskakiwać, trzeba być przygotowanym na każdy wariant. W zakończonej rundzie o składzie na mecz bardzo często decydowała sytuacja epidemiczna. Mieliśmy trudne momenty, ale to nas zbudowało mentalnie. Jestem przekonany, że wiosną damy naszym kibicom jeszcze dużo powodów do zadowolenia – powiedział trener Bogdan Zając w rozmowie podsumowującej rundę jesienną w wykonaniu Jagiellonii.

Tydzień temu Jagiellonia zakończyła rundę jesienną wygraną z Górnikiem Zabrze. 20 punktów w 14 spotkaniach. Czy ten dorobek Pana satysfakcjonuje?
Nie może satysfakcjonować. Zdaję sobie sprawę, że tych punktów mogło być zdecydowanie więcej. Przegraliśmy mecze, których nie powinniśmy byli przegrać. Potyczkę z Górnikiem wygraliśmy determinacją. Nie zapominajmy, że nasz rywal również stworzył sobie klarowne sytuacje. Nasz dorobek jest również wypadkową licznych problemów, z którymi mierzyliśmy się w trakcie rundy, a o których już wspominaliśmy. Mimo wszystko myślę, że najgorsze już za nami. Z optymizmem patrzę na rundę wiosenną. Będzie lepiej, jestem o tym przekonany. Nie mam wątpliwości, że zawodnicy wrócą do zdrowia i pełnej formy, to na wiosnę stworzymy monolit, który trudno będzie złamać. Jego zręby widzieliśmy w starciu z zabrzanami. Nie załamaliśmy się po kilku sytuacjach rywali. Już w tej rundzie udowodniliśmy, że jesteśmy w stanie powalczyć z każdym o zwycięstwo. Spotkanie zaczyna się od remisu 0:0 i wszystko może się zdarzyć w rundzie wiosennej.

Ta runda była dla Pana debiutem w roli pierwszego szkoleniowca. Czy pomimo bogatego doświadczenia w futbolu coś jeszcze było w stanie Pana zaskoczyć?
W piłce nic nie może zaskakiwać. Trzeba być przygotowanym na każdy wariant. To prawda, że po raz pierwszy pracuję jako samodzielny szkoleniowiec, ale w futbolu nie funkcjonuję od wczoraj. Przez wiele lat zebrałem mnóstwo cennych doświadczeń. To procentuje i dużo nam daje. Zwróćmy uwagę na to, co działo się w innych klubach. W tej trudnej dla wszystkich rundzie, w której często sytuacja epidemiczna miała decydujące znaczenie, potrafiliśmy się podnosić po kolejnych ciosach i rozczarowaniach. To jest powiew optymizmu przed piłkarską wiosną. Bardzo dużo pracowaliśmy nad aspektem mentalnym i w tej materii zrobiliśmy progres. Po przegranych potrafiliśmy się podnieść, powstać z kolan i to nas cieszy.

Pańskie wejście do szatni Jagiellonii wyglądało obiecująco. Wygrana z Legią, zwycięstwo nad Piastem, ogranie Lecha Poznań, a przecież po drodze był jeszcze pechowo zremisowany mecz z Podbeskidziem. Czy po tych dobrych meczach musiał tonować Pan nastroje w szatni?
Na to, co nastąpiło po starciu z Lechem, wpływ miały problemy zdrowotne. Zaczęły się piętrzyć kontuzje, a w szatni pojawiły się pierwsze przypadki COViD-u. Szczególnie było to widać w Szczenie, gdzie kilku zawodników zaprezentowało słabą dyspozycję motoryczną. Po czasie okazało się, że wpływ na ich grę miała trwająca infekcja koronawirusa. Wszyscy pamiętamy, jak tamto spotkanie wyglądało. Nie byliśmy w stanie podjąć walki z „Portowcami”. Poza tym traciliśmy gole po kuriozalnych sytuacjach. Wyjazd na Pomorze Zachodnie zapoczątkował naszą bardzo słabą serię. Znaleźliśmy się na swoistej sinusoidzie. Drużyna miała za sobą trzy wyjazdowe porażki, co z pewnością nie buduje pewności siebie. Dużo rozmawialiśmy, szukaliśmy pozytywów, ale analizowaliśmy co było złe. Chcieliśmy, aby to dołowało jeszcze bardziej, szczególnie tych najmłodszych. Owszem, mamy w kadrze doświadczonych zawodników, ale w pewnym momencie różne aspekty wyeliminowały ich z gry, stąd takie roszady i niekiedy zaskakujące kombinacje w linii obrony. Na boku stawialiśmy na młodzieżowców, a w środku obrony na środkowych pomocników. Brakowało stabilności, to zaś sprawiało, że nasza gra była szarpana. Z przodu wyglądaliśmy nieźle, ale przez brak stabilności i pewności w tyłach nie byliśmy w stanie punktować na obiektach rywali.

Czy po tej czarnej wyjazdowej serii trudno było podnieść zespół od strony mentalnej?
Po trzech porażkach dochodziły do nas kolejne hiobowe wieści. Mało kto o tym wiedział, ale w pewnym momencie mieliśmy aż dziewięć aktywnych zakażeń w drużynie. Zdarzały się treningi, podczas których mogliśmy skorzystać z 12, 11 zawodników. Bardzo mocno chcieliśmy się odbić. Chcieliśmy wstępnie przełożyć mecz z Wisłą Płock. Ekstraklasa nie przychyliła się do naszej prośby. Ostatecznie udało się wygrać, ale za chwilę mieliśmy kolejny wyjazd, kolejna porażka i ta sinusoida trwała w najlepsze. Wszystko analizowaliśmy, mieliśmy swoje wnioski, korygowaliśmy to na boisku, jak i poza nim.

Największą bolączką Jagiellonii w drugiej połowie rundy była słaba postawa w obronie. Zawodnicy sami w wypowiedziach pomeczowych podkreślali, że tak dalej być nie może, że nie co tydzień da się zaaplikować rywalom po cztery, pięć goli. Czy zgodzi się Pan z opinią, że spotkania z Wartą i Wisłą Jaga wygrała dzięki świetnej dyspozycji formacji ofensywnej?
Takie było nasze nastawienie. Chcieliśmy grać ofensywnie, ruszyć na rywala. Zdawaliśmy sobie sprawę z eksperymentalnego zestawienia obrony i mieliśmy wkalkulowane błędy. Przeciwko Wiśle Płock Szymon Pankiewicz debiutował w Ekstraklasie. Oczywiście, ktoś powie, że mógł zachować się lepiej w jednej, czy drugiej sytuacji, ale ostatecznie zdobyliśmy trzy punkty w tamtym meczu. To było dla niego fantastyczne. Sytuacji nie poprawiały wymuszane roszady w linii obrony. Z naszych analiz wynikło, że z 14 meczów rundy jesiennej aż 12 rozpoczynaliśmy z totalnie przemeblowaną defensywą. Częste zmiany z pewnością nie pomagają w osiągnięciu stabilizacji, wypracowaniu schematów. Gdybyśmy mieli najlepszych defensorów na świecie, to przy ciągłej rotacji nasza gra w obronie nadal pozostawiałaby wiele do życzenia. Konsekwencją tych wymuszonych kombinacji była m.in. porażka w Mielcu, gdzie do przerwy graliśmy bardzo dobrą piłkę, stworzyliśmy sobie kilka stuprocentowych okazji, ale nie umieliśmy ich wykorzystać. Gdyby futbolówka wpadła jeszcze raz, czy dwukrotnie do bramki, to losy rywalizacji wydawałyby się być zamknięte. Stało się inaczej, po przerwie popełniliśmy za dużo błędów w tyłach i przegraliśmy, co nas bardzo bolało. Szczególnie żałuję punktów straconych w rywalizacji ze Stalą. Dlatego jest żal. Mamy jednak swoje wnioski po tych niepowodzeniach. Chcemy wcielić je w życie. Mogę tylko zapewnić, że Jagiellonia nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa w tym sezonie i na wiosnę powalczymy jeszcze o coś fajnego, co będzie satysfakcjonowało naszych kibiców.

Gdyby miał Pan wskazać najtrudniejszy moment tej rundy, to byłby to…
Tych kilka dni po porażce w Krakowie, kiedy zupełnie posypała się nasza kadra. W jednej chwili wypadło nam pięciu zawodników z podstawowego składu, a przecież z kontuzją zmagali się jeszcze Pavels Steinbors, Tomas Prikryl czy Andrej Kadlec. To tylko pokazuje skalę trudności, z którymi musieliśmy się zmierzyć. Przecież zbudowanie i zgranie nowej formacji defensywnej to proces, który trwa miesiącami, na który potrzeba niekiedy całego sezonu, tymczasem my mieliśmy w perspektywie 10 dni kolejne ligowe spotkanie. Życie pokazało, że zespół potrafił zareagować. Pokazaliśmy charakter, podnieśliśmy się w trudnym momencie. Moim zdaniem w kwestii mentalnej dokonaliśmy ogromnego skoku jakościowego. Naturalnie nie jest tak, że wszystko jest super. Mamy jeszcze spore rezerwy, wiemy nad czym musimy pracować. Jeżeli skorelujemy wiele elementów, które zadecydowały o naszych przegranych, to jestem przekonany, że wiosną damy naszym kibicom jeszcze mnóstwo powodów do zadowolenia.

Przed meczem ze Stalą ściągał Pan do Mielca awaryjnie dopiero co ozdrowiałego Ivana Runje. Czy przez moment brał Pan pod uwagę występ naszego defensora w starciu z beniaminkiem?
Po rozmowie z Ivanem była jasna deklaracja, że nie widzę szans, aby on w tym spotkaniu zagrał od pierwszej minuty. On był po dwóch tygodniach absolutnego rozbratu z futbolem, bez treningów, bez biegania. Słabsze czucie piłki, mięśnie osłabione. Wystawienie go od pierwszej minuty byłoby igraniem z jego zdrowiem. Po takiej infekcji organizmu nie da się oszukać. Zakładaliśmy, że przy korzystnym wyniku w końcówce spotkania możemy go wpuścić na 10 – 15 minut, aby wsparł zespół doświadczeniem i warunkami fizycznymi, pomógł wygrać kilka górnych piłek. Kiedy dostaliśmy drugiego gola, stało się jasne, że Ivan w Mielcu nie zagra. Niemniej obecność tego zawodnika była ważna dla drużyny. Liczyliśmy, że okaże się mentalnym wsparciem drużyny. Fajnie, że pojechał z nami. Niestety, finalnie nie mógł nam pomóc.

Czy z perspektywy czasu patrząc na to, co działo się w trakcie rundy jesiennej, nie żałuje Pan wypożyczenia Zorana Arsenicia i Juana Camary? Bez wątpliwości obaj bardzo by się przydali naszej drużynie.
Oczywiście, że bardzo by się przydali. Powiem więcej, decyzja o odejściu została podjęta przez nich. W indywidualnych rozmowach nalegałem, aby zostali. Widzieli jednak szanse, że w swoich nowych klubach będą mieli więcej szans na regularne występy. W przypadku „Zokiego” wyszło inaczej niż zakładał. Szkoda, ponieważ jestem przekonany, że jeden i drugi bardzo by nam pomogli właśnie w tych trudnych momentach. Traktowałem ich jako pełnowartościowych zawodników, którzy są blisko wyjściowego składu. Wiele razy im to podkreślałem, ale podjęli inną decyzję, którą musiałem uszanować.

Przychodząc do Jagiellonii musiał Pan znaleźć klucz do skuteczności naszych napastników. Rozczarowująca końcówka rundy wiosennej były spowodowane słabszą postawą Jesusa Imaza, a także nieprzekonywująca gra Jakova Puljicia. Tymczasem w pańskim zespole Chorwat i Hiszpan w 14 kolejkach strzelili 16 goli. Statystyki wyraźnie wskazują, że nie ma w Ekstraklasie drugiego tak skutecznego duetu.
Do tych bramek trzeba doliczyć asysty. Imaz gwarantuje określony poziom, w mojej ocenie to jedna z najlepszych „dziesiątek” w całej Ekstraklasie. Jakov ma swoje atuty, poza skutecznością jest bardzo agresywny w grze defensywnej. Tak naprawdę, to on jest tym pierwszym defensorem. Wypracowaliśmy pewne automatyzmy w funkcjonowaniu zespołu w grze ofensywnej. Do tego dochodzą wymieniający się skrzydłowi, którzy czują się coraz lepiej. Nasz sposób gry pozwala na kreowanie gry. Jestem przekonany, że wiosną część zawodników będzie w jeszcze wyższej dyspozycji. Nie zapominajmy, że przez wydłużone okienko transferowe część chłopaków ściągaliśmy jeszcze w październiku. Wszyscy potrzebowali czasu, aby się odbudować. Zdawaliśmy sobie sprawę, że Fernan, czy Kamil przychodzili do Białegostoku po długiej absencji. Wiosną wskoczą na jeszcze wyższy poziom, jestem o tym przekonany. Przykładem może być Fedor, który z każdym kolejnym meczem wygląda coraz lepiej, a po zgrupowaniu będzie w jeszcze lepszej dyspozycji.

W trakcie rundy jesiennej do Jagiellonii dołączyło kilku zawodników do tzw. „odbudowania”, jak Fedor, Fernan, Kamil Wojtkowski. Czy po obozie w Turcji, wszyscy będą prezentowali optymalną formę, która pozwoli im ubiegać się o prawo gry przeciwko Lechii?
Trzeba być realistą. Każdy miesiąc w treningu działa na ich korzyść. Z kolejnym tygodniem będą dawali coraz więcej. Podchodzimy do tego bardzo spokojnie. Mamy opracowany plan, wszyscy dostali indywidualne zadania, które pozwolą im w dobrej dyspozycji rozpocząć okres przygotowawczy.

To już drugi sezon z rzędu, w którym kluby z Ekstraklasy są zobligowane do wystawiania przynajmniej jednego młodzieżowca. Pan odważnie postawił na Pawła Olszewskiego. Czy jest Pan zadowolony z postępów, które zrobił ten zawodnik?
Moim zdaniem Paweł ma olbrzymi potencjał, którego jeszcze w pełni nie wykorzystuje. Ciągle nad tym pracujemy, nad sferami mentalną i motoryczną. On miał swoje przejścia w kontekście kontuzji i COVID-u. Na pewno w ostatnich spotkaniach nie prezentował optymalnej dyspozycji, ale przed nim duża przyszłość. Jestem przekonany, że w następnej rundzie Paweł da nam dużo bramek i asyst. Nie da się ukryć, że w tym elemencie widzę u niego duże rezerwy.

Wydaje się, że głównym zadaniem sztabu szkoleniowego na wiosnę będzie odbudowanie Bartka Bidy, za którym nieudana runda jesienna.
Bartek Bida miał swoje problemy wynikające z kontuzji oraz infekcji, ale wiemy jaki ma potencjał. Po przerwie COVID-owej pokazał drzemiące w nim możliwości. Szczególnie dobrą zmianę dał w ostatnim spotkaniu z Górnikiem Zabrze. W treningach wygląda bardzo fajnie i w jego przypadku potrzeba nam odrobinę cierpliwości. Wszyscy wiemy, na co go stać. On ma olbrzymie umiejętności, tylko potrzebuje jeszcze trochę czasu.

Który z pozostałych młodzieżowców jest obecnie najbliżej regularnych występów? W końcówce rundy regularnie stawiał Pan na Bartka Wdowika, w potyczkach z Górnikiem zagrał Xavier Dziekoński, a w Jadze wystąpili jeszcze Maciej Bortniczuk, wspomniany Szymon Pankiewicz, Krzysiek Toporkiewicz, czy sprowadzony latem Mateusz Wyjadłowski.
W kwestii zaangażowania w treningi o tych chłopakach nie mam prawa powiedzieć pół złego słowa. Wiemy, że muszą pracować nad jakością, a do tego potrzeba czasu. Mają swoje mankamenty, które staramy się wyeliminować, ale mają również atuty, które chcemy uwolnić. Robimy wszystko, aby potrafili je przełożyć na dobro zespołu. W kontekście Bartka Wdowika liczyłem, że w trakcie rundy będę mógł rotować nim i Bodvarem. Po niezłym początku i meczu przeciwko Legii doznał kontuzji, straciliśmy go na półtora miesiąca. Później powrót, żmudna odbudowa i sinusoida. Teraz wypadł nam Boddi. To sprawia, że w obecnej sytuacji to Bartek musi ciągnąć ten wózek sam. W spotkaniu z Górnikiem pokazał charakter i walczył do końca, chociaż wychodząc na boisko miał drobne problemy zdrowotne.

Przerwa zimowa to także okienko transferowe, czyli okazja do wszelkiej maści spekulacji. Czy jest pozycja, na którą będzie Pan naciskał w kontekście wzmocnień?
Zobaczymy jak potoczy się sytuacja z Bodvarem. W tej chwili mówimy o przerwie trwającej od czterech do sześciu tygodni, a przecież jeszcze trzeba odbudować zawodnika. Obecnie podchodzimy do tego na chłodno. Jeżeli pojawią się jakieś ciekawe opcje, to na pewno nad każdą się pochylimy.

Kontakt

Jagiellonia Białystok S.S.A.

b Poniedziałek - piątek 08:00 - 16:00