AktualnościOlszewski: pracujemy dla dobra drużyny

Olszewski: pracujemy dla dobra drużyny

– Czasem szkoleniowcy podejmują trudne decyzje, ale one zawsze wynikają z tego, że chcemy dobra piłkarzy i zespołu – powiedział trener bramkarzy Jagiellonii Białystok oraz były zawodnik Żółto-Czerwonych, Andrzej Olszewski, z którym w długiej rozmowie wspominaliśmy karierę zawodniczą, rozmawialiśmy o pobycie w Izraelu oraz patrzyliśmy w przyszłość. Zapraszamy do lektury.

– W ubiegłym roku wróciłeś do Jagiellonii Białystok, z którą byłeś związany przez kilka lat. Jakie wspomnienia towarzyszyły ci w momencie powrotu?

Andrzej Olszewski, trener bramkarzy Jagiellonii Białystok, były zawodnik Żółto-Czerwonych. – Ten klub był ze mną przez te wszystkie lata, kiedy odszedłem z Jagiellonii. Żyłem tym klubem, kilka lat mu poświęciłem. Starałem się robić wszystko, żeby Jaga pięła się górę i zdobywała kolejne stawiane przed nią cele. Miło jest wrócić do klubu, w którym osiągało się największe sukcesy. Nie zrobiłem i nie przypisuje sobie jakiejś wielkiej kariery, ale była to naprawdę fajna przygoda. Utożsamiam się z tym klubem od momentu kiedy tu trafiłem. Kiedy mnie tu nie było sprawdzałem informacje dotyczące klubu, bardzo mu kibicowałem, to się nie zmieniło przez lata mojej absencji. W momencie pojawienia się możliwości powrotu i pomocy młodym chłopakom, od początku było powiedziane o pracy w Akademii, byłem jak najbardziej na tak. Jestem z tego zadowolony.

– Twoja droga zawodnicza do Jagiellonii była wyboista. Pochodzisz z Podlasia, konkretnie z Łap. Po Tomku Łapińskim jesteś drugim najsłynniejszym wychowankiem Pogoni Łapy. Niemniej później nie do końca było Ci po drodze z Jagiellonią. Był Hetman Białystok, potem Legia Warszawa…

– Dokładnie. Później Jeziorak Iława, trochę klubów było. Nie zawsze jest kolorowo i jest się tam, gdzie się chce. Czasami ktoś mający blisko, w zasadzie za miedzą, do pewnego klubu musi trochę pojeździć. W moim przypadku było tak, że najpierw zwiedziłem trochę klubów zanim trafiłem do Jagiellonii. Cieszę się, że udało mi się w pewnym momencie związać z Żółto-Czerwonymi. Udało nam się awansować i jakoś to poszło.

– W Hetmanie spotkałeś grono starych Jagiellończyków, którzy zrobili historyczny awans Jagi do Ekstraklasy. Dwaj Bayerowi, Janek i Zbyszek Szugzda. Przysłuchiwałeś się wtedy tej historii? Zapewne panowie wracali do czasów swojej chwały.

– Będą młodym chłopakiem siedziałem i słuchałem tych historii myśląc, jak tam było fajnie. Słuchając tych opowieści, o wielkich meczach i tłumach na trybunach, myślisz, że też chciałbyś przynajmniej tego spróbować. Na takim poziomie nie zaistniałem, co było moim marzeniem. Było blisko, ale nie widocznie nie było mi to dane. Nie zawsze można mieć wszystko.

– W młodym wieku trafiłeś do Legii Warszawa. Jest pewien plakat, Legia Warszawa zdobywcy Pucharu Polski, na którym są Darek Czykier, Grzesiek Szamotulski i na trzecim planie jesteś też ty. Jak wspominasz czas spędzony przy Łazienkowskiej? To był słynny sezon, zakończony pamiętnym meczem z Widzewem Łódź.

– Obserwowałem ten mecz z trybun. W bodajże 88. minucie było 2:0. Do dzisiaj nie wierzę w to co się stało. Pamiętam, że rozmawiałem przez telefon i zapewniałem, że warto oglądać to spotkanie. Skończyło się 2:3. Nikt nie wierzył w taki obrót spraw. Trudno to wytłumaczyć. Piłka nożna nie takie rzeczy widziała, to jest tylko sport, tak się stało. Gdyby padła bramka na 3:2, gdyby nie było spalonego w drugą stronę, może wszystko potoczyłoby się inaczej i Legia byłaby mistrzem, ale tak się nie stało. Niesamowite przeżycie. Będąc na trybunach i oglądając to czułem się podobnie jak wszyscy. Do 88. minuty euforia, a później 2:1, 2:2 i wreszcie 2:3. Szok i niedowierzanie. Nie takie mecze się zdarzały. Piłka nożna nie lubi nudy, coś się musi dziać i raz na jakiś czas takie rzeczy się zdarzają, chociażby sławny finał Ligi Mistrzów. Wszystko się może zdarzyć.

– Dosyć egzotycznym etapem w Twojej karierze wydaje się być okres gry w Izraelu. Jak to się stało, że tam trafiłeś? Jak Ci się tam żyło? Pamiętam, że pewien bramkarz opowiadał, że tam było jedno wielkie czekanie na alarm, czy trzeba się chować do schronów w obawie przed bombardowaniem. Czy udało Ci się tego uniknąć, czy były pobudki w nocy?

– Pobudek nie było, alarmów zmuszających do szukania schronów też nie, ale bywały naloty. To co słyszałem w nocy, ostrzał i myśliwce, następnego dnia było w wiadomościach. Będąc w Iławie pojechaliśmy na mecz ze Śląskiem Wrocław, który przegraliśmy 0:1 po golu 82. minucie po rzucie rożnym. Śląsk miał przewagę, był zdecydowanym faworytem. Jeśli pamiętam, to w tamtym okresie Śląsk, razem z GKS-em Katowice, awansował do I ligi. Nie chodziło o to, że wrocławianie wygrali niezasłużenie. Ten mecz powinien się skończyć wynikiem bliskim dwucyfrówki. Przegraliśmy 0:1 po rożnym, którego nie było. Na tym meczu był trener oraz przedstawiciel izraelskiego klubu, Hapoelu Ber Szean. Przyjechali podpisać kontrakt ze ś.p. Markiem Jakóbczakiem. W tym meczu już chyba Marek nie grał. Dwa dni po spotkaniu Jarek Bako, który był razem ze mną w Jezioraku, zapytał mnie czy nie chciałbym spróbować swoich sił w Izraelu, ponieważ jest propozycja. Pomyślałem „Czemu nie?”. Tak się wszystko potoczyło, że tam trafiłem. Życie tam było naprawdę bardzo fajne, nie było przebojów w złym tego słowa znaczeniu, aczkolwiek kiedy dzwoniłem do Polski wszyscy pytali o wybuchy i ostrzały. Wszystko się działo dookoła, a w miejscowości, w której mieszkałem było spokojnie. Niemniej jest jedna historia, którą do dzisiaj wspominam i się z niej śmieję. Tuż za boiskiem mieliśmy strzelnicę wojskową. Główne boisko było otoczone wysokim murem betonowym. Natomiast boczne boiska treningowe, których mieliśmy dwa czy trzy, były za bramą. Pamiętam, jak pewnego razu szliśmy na trening i w pewnym momencie coś świsnęło. Zdziwienie patrzyliśmy o co chodzi. Okazało się, że jednostka wojskowa miała ćwiczebne strzelanie i dwa śruty jakoś się odbiły, od poprzeczki czy słupka, i przeleciały nam na głowami. Wobec tego wszyscy padliśmy i schowaliśmy się. Ostatecznie musieliśmy opuścić boisko, żeby się narażać. Nie było to spowodowane alarmem czy zamachem, tylko ćwiczeniami wojskowymi.

– Po etapie spędzonym w Izraelu na Twoim etapie pojawiła się Jagiellonia.

– To stało się po spadku do III ligi. Jeśli dobrze pamiętam dwa lata wcześniej był już jakiś kontakt, ale skończyło się tym, że po raz kolejny nie trafiłem do Jagiellonii. Natomiast wtedy, po okresie gry w Izraelu, zadzwonił do mnie trener Mroziewski z pytaniem, czy nie byłbym zainteresowany grą dla Jagi. Odpowiedziałem, że na ten moment nic nie ma, właśnie wróciłem z Izraela. Niemniej w momencie gdy wyjechałem na obóz z Jagiellonią otrzymałem telefon z Izraela od menadżera klubu, w którym byłem, dotyczący tego, że beniaminek II ligi izraelskiej szuka bramkarza i czy byłby zainteresowany. Podczas obozu w Ciechanowie zadzwonił do mnie, dwukrotnie, numer telefonu z Izraela. Podjąłem decyzję, że zostaje, nie będę kombinował. Od tamtej pory zostałem w Jagiellonii.

– Trafiłeś do drużyny, która chyba trochę przypominała ten zespół z lat 80-tych, była swojska. Grali w niej głównie chłopcy z regionu, jak Wojtek Kobeszko, Krzysiek Zalewski, Paweł Sobolewski czy Łukasz Tupalski. Podejrzewam, że dogadanie się z tamtą grupą nie było większym problemem.

– Nie, to prawda. Znaliśmy się, wcześniej wielokrotnie razem graliśmy. Powstał tam naprawdę fajny kolektyw. Jeden za drugiego pracował i byłby w stanie pójść w ogień. Kiedy trzeba było stawało się i nie było przebacz. To akurat się udało. Wtedy nie było łatwo, bywały trudne chwile. To nie było tak, że od początku były olbrzymie pieniądze. Nie było tych pieniędzy, ale wiedzieliśmy, że musimy wyjść, trenować, walczyć. Wiedzieliśmy, że gdybyśmy nie podjęli rękawicy nie byłoby nas, nie było klubu. Musieliśmy zrobić wszystko, żeby ten klub wrócił na swoje miejsce, awansował. Po rundzie jesiennej mieliśmy sześć punktów straty do Gwardii Warszawa. W 6. kolejce na wiosnę, jeśli dobrze pamiętam, graliśmy w Warszawie i po tym spotkaniu wróciliśmy na fotel lidera. To byłą trudna liga, w której grały Gwardia czy Okęcie, dosyć mocne zespoły. Zwyciężyliśmy jednak w stolicy 1:0 i od tamtej pory trwał nasz zwycięski marsz. Jeśli dobrze pamiętam, to podczas tamtej rundy wiosennej nie przegraliśmy ani jednego meczu na wyjeździe. Co więcej tylko raz grając w delegacji zremisowaliśmy, chyba w Skierniewicach, ale mogę się mylić.

– Pamiętam pewien mecz z Warmią Grajewo, który był spotkaniem o awans do II ligi. Wysoka, dosyć gładka wygrana 3:0. To chyba po tym spotkaniu już wiedzieliście, że w przyszłym sezonie II liga będzie wasza.

– Możliwe. Wydaje mi się, że na wtedy najbardziej pomogło to, że największy szum wśród trzecioligowców był wokół Warmii Grajewo, która była nad nami po jesieni, i Wigier Suwałki, które bardzo się wzmocniły i wygrywały kolejne sparingi. Pisało się o nich, a my spokojnie przygotowywaliśmy się. Na nas chyba aż tak bardzo nie stawiano. Może właśnie to dało nam czas do spokojnej pracy, która później w lidze zaprocentuje. Chodziło o to, żeby zacząć rundę z chłodną głową, oczywiście mając w pamięci, że musimy zrobić wszystko, żeby awansować. Niemniej okres przygotowawczy oraz późniejsza gra były podporządkowane realizacji tego celu. O wielu ekipach mówiło się i pisało w kontekście awansu, a o nas były może jakieś wzmianki, ale nie było aż takiej presji.

– Pierwszy wasz sezon po powrocie do II ligi był bardzo udany. Na początku część Białegostoku rozmarzyła się, że będzie to zespół na Ekstraklasę. Po pięciu kolejkach byliście liderem, ale potem przyszło zderzenie z drugoligowym poziomem. Poza porażkami z Pogonią Szczecin, późniejszym ekstraklasowiczem, były wpadki z Aluminium Konin czy innymi zespołami, w starciach z którymi oczekiwano od was zwycięstw.

– Apetyt rośnie w miarę jedzenia. Początek mieliśmy świetny. Pojechaliśmy do Bełchatowa, z którym przegraliśmy chyba 0:3, a byliśmy liderem i mieliśmy osiem punktów przewagi na GKS-em, naprawdę sporo. Z Pogonią wygraliśmy w Pucharze Polski, a potem przegraliśmy w lidze. Duży wpływ na taki stan rzeczy miało to, że zespół był młody. Trzeba było to wziąć pod uwagę. Młodość ma swoje prawa. Doświadczenie w połączeniu z młodością tak, ale jeżeli zespół jest w większości młody o błędy jest dużo łatwiej. Doświadczony zawodnik już grał mecze o stawkę i wie, kiedy musi przytrzymać piłkę, zwolnić tempo, trochę kombinować. Młodzież prze do przodu, co ma swoje plusy, ale także czasami minusy, kiedy przeszarżujesz. Wtedy, w meczu z Pogonią Szczecin, myśleliśmy, że nie taki diabeł straszny, ale jednak czegoś zabrakło.

– Pierwszy sezon był dla was o tyle trudny, że sporo drużyn było zamieszanych w walkę o utrzymanie. Cztery ostatnie w tabeli spadały, cztery kolejne brały udział w barażach. Chyba dopiero 10. miejsce dawało spokój. Do ostatniej kolejki walczyliście o to, żeby uniknąć spadku. Słynny mecz z Ruchem Chorzów.

– Tak, doskonale pamiętam. Znaliśmy się z boiska. Przyjechał do nas Ruch Chorzów, któremu do świętego spokoju wystarczał remis. Część zawodników z Chorzowa miała już wykupione wczasy. Oni po tym meczu byli strasznie źli i wściekli. Kto by nie był, wpadając w baraże. To zawsze jest pół na pół, możesz sobie nie poradzić, spaść. To był bardzo trudny mecz, jego losy ważyły się do ostatniej minuty. W rundzie jesiennej w meczu z Ruchem straciliśmy bramkę w końcówce starcia. Tuż przed końcowym gwizdkiem meczu w Białymstoku goście ze Śląska również mieli rzut rożny, po którym doszło do dosyć groźnej sytuacji. To starcie było nerwowe do samego końca. Mimo tak dobrego startu sezonu musieliśmy walczyć o pozostanie w lidze do ostatnich chwil. Ostatecznie utrzymaliśmy się bez konieczności udziału w barażach. Moim zdaniem dużo zyskaliśmy, jako młody zespół, w tamtym sezonie. Mam na myśli doświadczenie oraz pewność siebie.

– Przy okazji rozmów do Galerii Sław rozmawiałem z Wojtkiem Kobeszką, który wspominał, że w tamtym sezonie nagrodą dla was była przygoda w Pucharze Polski. Przypomnę, że wówczas jak beniaminek II ligi doszliście do półfinału eliminując po drodze Pogoń Szczecin czy Zagłębie Lubin. Przygoda zakończyła się słynny mecze z Legią Warszawa w 1/2 finału. Wojtek wspominał, że jadąc na ten mecz dało się wyczuć czasy dawnej Słonecznej, gdzie na stadion przychodziły tłumy. Jak ty to odczuwałeś? Słuchałeś opowieści, jako młody zawodnik, o zakochanym w piłce Białymstoku.

– To był mój pierwszy czy drugi mecz po kontuzji. Cała otoczka, kibice idący na stadion, wierzący w awans, była dla nas, zawodników, którzy wszystko podporządkowali wszystko, żeby zejść jak najdalej, najlepszym co może się zdarzyć. Adrenalina, emocje, również dotyczący siedzących na ławce, którzy nie raz mają gorzej, ponieważ mogą tylko patrzeć. Było to dla nas coś niesamowitego. Staraliśmy się zrobić wszystko, co w naszej mocy. Liczyliśmy, że może nam się uda. Wprawdzie faworyt był jeden, ale piłka nożna nie lubi faworytów. Zawodnicy Pogoni czy Zagłębia też przyjechali i myśleli, że załatwią sprawę i wrócą, a okazało się inaczej. Mimo wszystko Legia miała z tyłu głowy, że musi postawić poprzeczkę nieco wyżej, że nie może wyjść i zagrać na zmniejszonych obrotach. Ponadto historia meczów Jagiellonii z Legią zawsze miały swój smaczek, swoją temperaturę.

– W Legii grało wówczas sześciu reprezentantów Polski. To byli gracze powoływani do kadry narodowej, na przykład na tournée w USA. Pokazuje to skalę trudności, z jaką musieliście się zmierzyć.

– Dochodząc do półfinału już nic nie musieliśmy. Mogliśmy wygrać i zyskać większy szacunek u kibiców dobrą postawą. Kariera każdego zawodnika przebiega etapowo. Każdy z nas przez pryzmat tych spotkań liczyło na to, że może uda się zrobić coś więcej. Dobry występ w tym meczu mógł zaowocować tym, że ktoś się pokaże i wypłynie na szersze wody. Mogliśmy tym spotkaniem tylko wygrać. Pierwszy wynik został zweryfikowany, nie ma co do tego wracać. W drugim pokazaliśmy się z dobrej strony, a jeżeli chodzi o aspekt sportowy zrobiliśmy wszystko, na co nas wówczas było stać.

– Byliście pierwszą Jagiellonią, która nie przegrała i nie straciła gola przy Łazienkowskiej. Mało tego, powinniście wygrać. Jak po meczu podchodziliście do tej sytuacji? Mariusz Dzienis do dzisiaj zastanawia się, co wtedy było nie tak.

– Nie będziemy do tego wracać. Trzeba byłoby zapytać odpowiedniej osoby o co wtedy chodziło. Było blisko, a wygrana 1:0 dużo by dała. Niemniej nie przegraliśmy, nie straciliśmy bramki. To była pierwsza Jagiellonia, która tego w Warszawie dokonała.

Kolejny istotny etap to współpraca z trenerem Adamem Nawałką. Po Witoldzie Mroziewskim poszukiwania szkoleniowca trochę trwały. Wiele osób, w tym byli piłkarze Jagi, mówiło, że zatrudnienie trenera Nawałki było pierwszym powiewem profesjonalizmu w Jagiellonii. Czy zgadzasz się z tym?

–  Chyba tak. U trenera Nawałki wszystko musiało być dopięte na ostatni guzik. Gdy jechaliśmy na zgrupowanie, były jasno ustalone zasady. Co, gdzie, kiedy, z kim, o której itd. Nie było partyzantki, nic nie było zostawione przypadkowi. Każdy wiedział, za co odpowiada. Zarówno sztab szkoleniowy, jak i zawodnicy. Czuliśmy, że coś dobrego może się wydarzyć, że w wszystko w klubie idzie w profesjonalnym kierunku.

Czy współpracując z trenerem Nawałką dało się wyczuć, że w przyszłości osiągnie sukces z polską kadrą?

Każdy trener ma swój warsztat. Trudno powiedzieć, a tym bardziej przewidzieć wtedy, że coś takiego się wydarzy. Na pewno trener Nawałka miał ku temu predyspozycje. Widząc zaangażowanie, profesjonalizm, szczegółową analizę taktyczne, rozkładanie na czynniki pierwsze sytuacji boiskowych można było prognozować, że osiągnie sukcesy.

Jak ci się współpracowało z Łukaszem Załuską? Powiesz coś o waszych prywatnych relacjach?

– Wiadomo, że każdy chce grać. On przyszedł do klubu po to, żeby bronić, a ja chciałem utrzymać miejsce w składzie. Rywalizowaliśmy, ale nie było żadnych zgrzytów poza boiskiem. To nigdy nikomu nie służy. Były to zwykłe, koleżeńskie relacje. Każdy walczył o swoje.

Podczas twojego pobytu w Jadze przez klub przewinęło się jeszcze kilka znanych, bramkarskich nazwisk, jak choćby Andrzej Krzyształowicz czy Adam Piekutowski. Którego z nich umiejętności ceniłeś wyżej?

– Każdy bramkarz ma swoje wzorce. Andrzej był najbardziej doświadczony, ale każdy z wymienionych miał swoje atuty, grał w dobrych klubach, był zawodnikiem na wysokim poziomie. Osiągał sukcesy.

Duża liczba transferów do klubu sprawiała, że staliście się jednym z faworytów do awansu do ekstraklasy. Czy ta presja nie pętała wam nóg?

– Przed sezonem, w którym awansowaliśmy z trzeciej ligi do drugiej, mówiłem, że gdy mówi się o innych, my jako zespół możemy czuć spokój. Z kolei w momencie, gdy celowaliśmy w ekstraklasę, wszyscy nam wpajali, że jesteśmy najlepsi. Gdy dostajesz sygnał, że musisz, a w międzyczasie pojawiają się błędy, jak to w sporcie bywa, pojawiają się ciężary. Trzeba umieć radzić sobie ze stresem. Kibice najpierw cię wspierają, ale później pojawiają się pierwsze gwizdy, buczenie i zastanawiasz się, czy czegoś nie zepsułem. Nie ułatwiało nam to pracy. Każdy jednak zdawał sobie sprawę, o co gramy. Chcieliśmy awansować, szczególnie po tym, jak widzieliśmy radość Arki Gdynia po awansie sezon wcześniej grając na jej boisku w ostatniej kolejce. Dlaczego więc my mieliśmy tego nie zrobić?

W sezonie 2005/2006 skończyło się na barażach z Arką Gdynia. Czy po pierwszym, przegranym spotkaniu 0:2 wierzyliście jeszcze, że w rewanżu możecie coś wskórać?

– Trudno powiedzieć, bo akurat w tamtym momencie nie było mnie w klubie. Myślę jednak, że wiara była. Przed rywalizacją każdy chce podjąć rękawicę. Na pewno ówczesna ekipa jechała tam z myślą zwycięstwa i wywalczenia awansu. Niestety, jeszcze wtedy nie udało się.

Teraz przejdźmy do momentu, kiedy awansowałeś, nawet dwukrotnie, do ekstraklasy. Najpierw ze Śląskiem Wrocław, a potem z Jagiellonią. Jakie emocje ci wtedy towarzyszyły?

– Radość w Śląsku była podwójna. Pamiętam, że w tamtym okresie klub z Wrocławia mógł zostać przejęty przez Groclin prezesa Zbigniewa Drzymały. Pewne ruchy były podjęte i gdy jechaliśmy na wyjazdowy mecz przypieczętować awans była obawa, że nasze kontrakty będą rozwiązane. Największa radość pojawiła się nie wtedy, kiedy awans był przesądzony, a wtedy, gdy Śląsk pozostanie Śląskiem i do żadnej fuzji nie dojdzie. Niesamowite uczucie. Było widać, że to był zespół.

Który awans wspominasz lepiej? Ten z Jagiellonią czy ze Śląskiem?

Awans z Jagą smakował lepiej, mimo że nie brałem pełnego udziału jako zawodnik. Cieszyłem się bardziej, bo tutaj jednak spędziłem kawał czasu.

W Śląsku miałeś drobny udział w wywalczeniu przez ten klub Pucharu Ekstraklasy.

– Zgadza się. Rozegrałem jeden, albo dwa mecze, więc formalnie medal mi się należał. Jednak do tej pory jeszcze go nie otrzymałem, ale nie czuję do nikogo żalu (śmiech).

Kiedy zdecydowałeś się na zostanie trenerem?

– Do pewnego momentu omijały mnie kontuzje. Potem coraz częściej pojawiały się urazy. Wiadomo, że człowiek nie jest nie do zdarcia. Po powrocie do Białegostoku chciałem jeszcze poszukać jakiegoś klubu. Zadzwonił do mnie trener Mroziewski, ówczesny trener Pogoni Łapy, która była w nieciekawej sytuacji w trzeciej lidze. Chciałem tam potrenować, dostałem zgodę, miałem możliwość wyjazd. Była to dobra decyzja, natomiast pod względem finansowym wszystko kulało w Łapach, mimo że udało się utrzymać w lidze. Potem dostałem propozycję objęcia zespołów w trzeciej lidze. Po namyśle uznałem, że spróbuję. Wyszło nienajgorzej, a po półtorej roku przyszła propozycja z Pogoni Siedlce na grającego trenera bramkarzy. Przeniosłem się tam i pomału dojrzewałem do przejścia na tą drugą stronę i skupieniu się na pracy szkoleniowca.

Rafał Grzyb nie spodziewał się, że ta zmiana nawyków będzie tak trudna. Będąc piłkarzem skupiał się na tym, żeby dobrze zjeść, mieć odpowiedni trening, nie przybyło kilogramów i mieć dobrą wydolność. Gdy został trenerem, na głowie miał 30 zawodników. Tobie nie przybyło siwych włosów?

– Nie (śmiech). Co prawda od momentu, gdy dołączyłem do akademii Jagi miałem do dyspozycji coraz więcej bramkarzy. Co tydzień trzeba im, a także niekiedy im rodzicom wytłumaczyć, kto, kiedy, gdzie i dlaczego będzie grał. Nie dziwię się, ale trzeba zawsze wiedzieć, jak im to uzasadnić i pilnować interesów wszystkich. Zawsze dbam o to, żeby wszystko było jak najbardziej sprawiedliwie. Udało nam się wypracować taki model, żeby ci chłopcy nie mieli żadnej kontuzji, co bardzo nas cieszy, ale też sprawiało nam podczas rundy jesiennej kłopot bogactwa. Często rodzice pytali, dlaczego dany zawodnik nie gra. Patrzą przez pryzmat swojego dziecka, a ty musisz w kilkunastu zespołach ulokować kilkunastu chłopaków tak, żeby każdy był zadowolony. Taka jest rzeczywistość i musimy z nią się mierzyć. Zawsze jak grasz, jest super, a gdy występów brakuje, rodzą się problemy. Rozmawiałem kiedyś z jednym ze swoich podopiecznych, który mówił, że kiedyś nie docenił tego, co miał i dziś będąc starszym nie dałby sobie szansy na grę, gdy był młodszy. Pragnę podkreślić, że ja tego wszystkiego nie robię dla siebie, tylko dla tych piłkarzy i dobra zespołów. Zawodnik i trener pracują na dobro drużyny. Czasem szkoleniowcy podejmują trudne decyzje, ale one zawsze wynikają z tego, że chcemy dobra tych zawodników. Żeby w słabszym momencie oczyścili głowy, czy po kontuzji, wysiłki odpowiednio zregenerowali się, doszli do pełni sprawności.

Masz do pogodzenia wiele interesów, zarówno z wieloma zawodnikami, jak i trenerami, czy dyrektorem akademii. Czy pod względem logistycznym to trudne zadanie?

– Poza mną w sztabie trenerskim akademii odpowiadającym za rozwój bramkarzy jest jeszcze choćby Mieszko Materna czy Robert Kucharczyk. Rozmawiam z trenerami, staram się wyciągnąć najwięcej z tych chłopaków. Rozwój zawodników to zasługa wszystkich trenerów akademii, nie tylko trenerów bramkarzy, ale również dyrektora. Każdy zawodnik potrzebuje określoną ilość czasu na pracę, my z kolei musimy te potrzeby dostosować do naszych możliwości. Każdemu zaangażowanemu w pracę na rzecz rozwoju chłopców należy się ukłon i podziękowanie.

Kontakt

Jagiellonia Białystok S.S.A.

b Poniedziałek - piątek 08:00 - 16:00