AktualnościHistoria czterech, czyli o najstarszych Jagiellończykach

Historia czterech, czyli o najstarszych Jagiellończykach

Jest ich czterech. Są najstarszymi, żyjącymi do dzisiaj byłymi piłkarzami Jagiellonii. Niektórzy pamiętają jeszcze „Żółto-Czerwonych” pod szyldem „Budowlanych”. Część z nich związało się z Jagą na długie lata.

O trzy butelki oranżady

Najstarszy z nich – Bohdan Szymański – w sierpniu ubiegłego roku skończył 85 lat. W Jadze zaczynał jeszcze w latach 50-tych. – Z urodzenia jestem wilnianinem. Do Białegostoku trafiłem już po wojnie, gdzie zamieszkałem przy ulicy Zamenhoffa. W 1955 roku trafiłem do wojska. Już wtedy, jeszcze w drużynie Budowlanych, występował mój młodszy brat. Po wyjściu do cywila zapytał mnie, czy nie chciałbym do nich dołączyć. W październiku 1957 roku związałem się już z Jagiellonią i byłem jej piłkarzem przez osiem kolejnych lat – wspomina z rozrzewnieniem.

W pierwszych latach pan Bohdan występował jeszcze na stadionie zwierzynieckim. – Bardzo lubiłem tam grać. Nieopodal znajdował się par, szczególnie późną wiosną i latem graliśmy przy akompaniamencie szumiących drzew. To była czysta przyjemność. Tworzyliśmy zgraną paczkę, ponieważ z połową tamtego zespołu uczyliśmy się w jednej szkole. Nie zapomnę również naszej szatni, która znajdowała się pod drewnianą trybuną. Ciekawsze mecze gromadziły większą liczbę publiczności, bywało, że przez luki między deskami na głowy sypał się nam pył i piasek, ale miało to swój urok – dodaje. Szymański doskonale pamięta również atmosferę tamtych spotkań. – Rywalizowaliśmy na poziomie okręgówki lub A klasy. Graliśmy i trenowaliśmy dla przyjemności. Naszymi najwierniejszymi kibicami byli nasi przyjaciele oraz członkowie rodzin. Często po pracy oraz domowym obiedzie udawaliśmy się na stadion na trening. Po zakończonych spotkaniach szliśmy do pawilonu, w którym znajdowała się bieżąca woda, gdzie mogliśmy szybko si opłukać. Chociaż nie dostawaliśmy pieniędzy za grę, to zawsze walczyliśmy o zwycięstwo, dlaczego? Poza satysfakcją trener fundował nam oranżadę. Za zwycięstwo mogłem otrzymać nawet trzy butelki. W tamtym czasie był to prawdziwy rarytas – uśmiecha się pan Bohdan.

W 1962 roku zapadła decyzja o budowie stadionu przy ulicy Jurowieckiej. – Po prostu uznano, że obiekt na Zwierzyńcu ma służyć lekkoatletom. Co prawda średnio uśmiechała mi się przeprowadzka, ale nie miałem na nią większego wpływu. Jak już wspominałem stadion zwierzyniecki darzyłem wielkim sentymentem, ale ostatnie lata gry w Jagiellonii spędziłem już przy Jurowieckiej – dodaje Szymański.

Chociaż na przełomie lat 50-tych i 60-tych próżno było szukać Jagiellonii wśród najlepszych drużyn województwa białostockiego, to „Żółto-Czerwoni” potrafili napsuć krwi ówczesnym potentatom. – W jednym z sezonów trwała zażarta walka o awans do baraży między Mazurem Ełk i Gwardią Białystok. W ostatniej kolejce, będąc już pewnymi utrzymania, pojechaliśmy do Ełku. Nikt na nas nie stawiał. Po przyjeździe na stadion okazało się, że wszystkie miejsca są zajęte, a wszyscy liczyli na gładkie zwycięstwo i przypieczętowanie awansu. Tymczasem my się postawiliśmy i dzięki moim dwóm bramkom wygraliśmy na wyjeździe 3:2. Po końcowym gwizdku wszyscy obecni na stadionie w Ełku bili nam brawo. Była to absolutna sensacja, ponieważ Mazur miał za sobą grę na poziomie centralnym, my zaś walczyliśmy o utrzymanie w „okręgówce”. Dzięki naszemu zwycięstwu to białostocka Gwardia awansowała do baraży – wspomina najstarszy żyjący Jagiellończyk.

Osobliwą kwestią były wyjazdy na mecze. – Nikt nawet nie śmiał marzyć o jakimkolwiek autobusie. Po prostu pod stadion podjeżdżał samochód ciężarowy z deskami powbijanymi na przyczepie, które służyły za ławki. Na nich siadaliśmy i ruszaliśmy w podróż. W miesiącach letnich taka podróż byłą czystą przyjemnością, ponieważ tył pojazdu nie był niczym okryty. Można zażartować, że mogliśmy liczyć na darmową klimatyzację. Później, już w miesiącach jesiennych nie było tak fajnie, dlatego nieraz kładliśmy się na przyczepie, aby ten przewiew nie był taki mocny – kończy swoją historię Bohdan Szymański.

Opiekun Stoiczkowa

Drugi z bohaterów naszej historii – Leszek Frelek – doskonale pamięta swoje początki w Jagiellonii. – Jako nastolatkowie graliśmy w piłkę z kolegami z osiedla na stadionie na Zwierzyńcu. Przez jakiś czas przyglądał się nam trener, który pewnego dnia zaproponował, abyśmy zmierzyli się z jego zespołem. Pamiętam, że dostaliśmy potężne wciry od, jak się później okazało, młodzieżowej drużyny Jagi. Pomimo klęski otrzymałem zaproszenie na treningi, z którego rzecz jasna skorzystałem – Były napastnik wraca wspomnieniami do pierwszego meczu, który rozegrał w Jadze. – Rywalizowaliśmy na stadionie w Bielsku Podlaskim. Mecz toczył się na śniegu, którego spora warstwa zalegała na boisku. Nikomu to jednak nie przeszkadzało w grze. Problemem była piłka, która mocno nasiąknęła roztapiającą się wodą.. W efekcie, po 90 minutach rywalizacji była bardzo ciężka, podobnie jak getry. Trzeba było jednak jakoś sobie radzić. Nikt nie narzekał – mówi eksJagiellończyk.

Frelek przez kilka lat występował w białostockim zespole. – Jak już wspomniał Bohdan byliśmy amatorami. Zdawałem sobie sprawę, że piłka jest tylko dodatkiem, dlatego po ukończeniu szkoły średniej udałem się na studia, później założyłem rodzinę, a gra w piłkę była dla mnie przyjemną odskocznią od codzienności – wspomina. To on był czołowym atakującym tamtej drużyny. Niestety, kontuzja przedwcześnie przerwała jego boiskowe występy. – Wszystko działo się na stadionie w Łomży. W trakcie spotkania podczas starcia z jednym z rywali skręciłem kostkę. Tamten uraz długo za mną się ciągnął. Jeździłem nawet na rehabilitację do Ciechocinka, ale wiele ona nie pomagała. W efekcie postanowiłem dać sobie spokój z futbolem – opowiada.

Pomimo „zawieszenia butów na kołku” Leszek Frelek nie rozstał się z Jagą. – Wróciłem na Jurowiecką już jako trener najmłodszych roczników i przez wiele lat miałem przyjemność pracować tutaj, aż do lat 90-tych. Myślę, że narodziny obecnej Jagiellonii, która zdominowała piłkę najpierw w regionie, a później przebijała się do ogólnopolskiej świadomości to lata 70-te. Wtedy właśnie podczas jednego z posiedzeń zadecydowano, że w Białymstoku ma powstać jeden silny ośrodek piłkarski. Zapadła decyzja o przeniesieniu najlepszych zawodników z Włókniarza Białystok do Jagiellonii. Oczywiście, nie zawsze bywało dobrze. Mierzyliśmy się także z ciężkimi momentami, szczególnie na początku lat 80-tych. Wiązało się to z problemami finansowymi. Wtedy to zaangażowanie pojedynczych osób, ich znajomości i możliwość pozyskania środków finansowych pozwoliły Jadze utrzymać się na powierzchni. W zasadzie staraliśmy się pukać do każdych drzwi i przekonywać, że ten klub to dobro całego regionu. Na szczęście ci, z którymi rozmawialiśmy podzielali nasze zdanie i ostatecznie do rozwiązania klubu nie doszło – mówi Frelek.

Były piłkarz, trener i dyrektor Jagiellonii wraca pamięcią do roku 1988. – W sierpniu tamtego roku w Białymstoku odbył się jedyny w historii naszego miasta mecz z udziałem pierwszej reprezentacji Polski. Rywalem „Biało-Czerwonych” była Bułgaria, a moim zadaniem była opieka nad naszymi gośćmi. Wówczas miałem okazję poznać kilku młodych, nieznanych jeszcze zawodników, jak Hristo Stoiczkow oraz Ljubosław Penew. Żaden z nas nie przypuszczał, że będziemy mieli do czynienia z przyszłymi gwiazdami światowej piłki. Sześć lat później oglądając Mistrzostwa Świata w USA mocno ściskałem kciuki za moich „starych znajomych” z Białegostoku. Co ciekawe, z zespołu, który w 1988 roku zaprezentował się na stadionie Gwardii, aż pięciu awansowało później do półfinału mundialu. Do tego Hristo został królem strzelców, a później zgarnął złotą piłkę – wspomina Frelek.

Prawa ręka Szutkiewicza

Władysław Radel, bo tak nazywa się kolejny z naszych bohaterów, grę w piłkę zaczynał jeszcze w latach 50-tych. – Uczyłem się w szkole przy ulicy Mazowieckiej, a mieszkałem przy Szpitalnej. Po zajęciach wspólnie z kolegami grywaliśmy między prowizorycznie ustawionymi bramkami. Często bywaliśmy na stadionie zwierzynieckim, gdzie widywaliśmy słynnego przedwojennego lekkoatletę Oskara Liedke Każdy mecz był o coś. Kilka lat wcześniej zakończyła się wojna, rywalizowaliśmy o różne drobiazgi, bo tak naprawdę byliśmy biedni i każda zdobyta rzecz cieszyła. Na koniec gierek myliśmy się w źródełku, które było ulokowane w miejscu obecnego zoo – wspomina były defensor.

Zawodnik zaczynał najpierw w Ogniwie Białystok, a później Sparcie. Do Jagiellonii trafił jako nastolatek i związał się z nią na kilkadziesiąt lat. – W piłce seniorskiej zadebiutowałem po 16. urodzinach. Otrzymałem nawet powołanie do kadry Wojewódzkiej, z którą pojechałem na taki ogólnopolski przegląd. Koordynatorem całego przedsięwzięcia był Kazimierz Górski.

Już w drużynie seniorskiej Radel grał do 1963 roku. – Naszym trenerem był Bernard Dryl. Wtedy potentatem był ełcki Mazur, w którego ataku szalał niejaki Romańczuk. W 1958 roku przed pierwszym gwizdkiem szkoleniowiec brał mnie na bok i motywował, mówiąc „jeżeli on strzeli nam dwa gole, to dam ci piwo, a jak tylko jednego, to stawiam dwie czekolady”. Oczywiście w tamtych czasach te produkty były nie lada rarytasami, dlatego dawałem z siebie wszystko. Jak już wspominał Bohdan wygraliśmy to spotkanie, a wspomniany napastnik strzelił tylko jednego gola, za co zgarnąłem trochę słodkości – wspomina z uśmiechem i dodaje – Mecze z Mazurem były wielkim wydarzeniem. Stadion zwierzyniecki, który mógł pomieścić tysiąc osób pękał w szwach, chociaż normalnie nasze spotkania śledziło po 100, czasami 200 osób. Czuliśmy się jak rodzina – dodaje.

Po zakończeniu kariery zawodniczej Radel przez wiele lat pełnił funkcję działacza. Doskonale pamięta okoliczności, w jakich doszło do zatrudnienia w klubie Janusza Szutkiewicza. – Poznaliśmy się w 1959 roku, kiedy po raz pierwszy mnie zatrudniał. Oczywiście rozmawialiśmy o piłce, ale nigdy nie przypuszczałem, że będzie prezesem klubu piłkarskiego. Z drugiej strony był świetnym organizatorem i wiedział do kogo i z czym w mieście należy się udać – wspomina i dodaje – Pan Zdzisław Kurowski kazał Szutkiewiczowi zrobić „dużą piłkę” w Białymstoku. Najpierw na jego polecenie załatwiono transfer Jerzego Zawiślana z Sandecji Nowy Sącz, a wszystko było możliwe dzięki protekcji Białostockiego Przedsiębiorstwa Instalacji Elektrycznych. Prezes zdawał sobie sprawę, że chcąc zbudować mocny zespół musi czerpać z doświadczenia innych klubów, które już widziały „z czym to się je”. Dzięki firmom budowlanym nawiązaliśmy kontakty z Odrą Opole oraz Stalą Rzeszów. Dzięki nim w Białymstoku pojawił się trener Zbigniew Bania, który jako pierwszy szkoleniowiec wprowadził Jagiellonię na poziom centralny. Oczywiście budowa silnej Jagi nie byłaby możliwa bez przejścia 14 zawodników z Włókniarza. Za to wszystko był odpowiedzialny właśnie Szutkiewicz – wspomina Władysław Radel.
W kolejnych latach Jagiellonia balansowała między II i III ligą. – Różne bywały momenty. Było jednak parcie, aby piłka nożna pozostała w Białymstoku. Oczywiście funkcje dyrektorów w klubie pełniły różne osoby, między innymi mój serdeczny przyjaciel, Leszek Frelek. Chociaż zespół nie zawsze występował na poziomie centralnym, miał w swoich szeregach nietuzinkowych zawodników, jak Sowiński, Łukasiak, Tołkacz, Bitel i Kołosowski. Mogę dodać, że sam zatrudniałem niektórych w prowadzonym przeze mnie zakładzie. Takie były czasy, musieliśmy tworzyć fikcyjne etaty, ponieważ w klubie nie mogli występować zawodowi piłkarze. Jedyne co otrzymywali, to stypendia oraz premie za wygrane – zaznacza.

Wtedy narodziła się myśl, aby ponownie ściągnąć Szutkiewicza do Jagiellonii. – Oj, wychodziłem do niego ścieżkę, bo początkowo nie chciał o tym słyszeć, ale za którymś razem, być może już nie chcąc słyszeć moich namów, uległ im. Zanim jednak to zrobił odwiedził dyrektorów firm budowlanych, chcąc pozyskać dodatkowe środki finansowe. Wtedy po raz pierwszy w gabinetach padł pomysł, aby powalczyć o awans do I ligi, chociaż drużyna znajdowała się w dolnych rejonach II ligi. W tamtych okolicznościach kolejny spadek oznaczałby koniec klubu. Jeden z moich kolegów, Lucjan Maliszewski, pojechał do PZPN, aby poradzić się, kogo moglibyśmy zatrudnić na stanowisku szkoleniowca. Padły dwie propozycje – Adamus i Wójcik. Najpierw zatem udaliśmy się do Sosnowca, aby spotkać się z tym pierwszym, ale on zwyczajnie się nie zjawił. W tej sytuacji spotkaliśmy się z Wójcikiem, który zdecydował się przyjąć ofertę z Białegostoku. Wszyscy wiemy, jak to potoczyło się dalej – opowiada Radel.

Piłkarz, trener, wychowawca

Najmłodszym z grona naszych jagiellońskich seniorów jest pan Jerzy Bołtuć. – Przygoda z Jagiellonią rozpoczęła się od turnieju „Dzikich drużyn” organizowanym co rok przez trenerów „Żółto-Czerwonych”. Na początku występowałem w polu, najczęściej jako atakujący, ale któregoś razu brakowało nam bramkarza, więc stanąłem między słupkami i tak już zostało – opowiada i kontynuuje swoją historię. – Rywalizowaliśmy na boisku ulokowanym pod słynną rurą ciepłowniczą. Bywało, że znajdowaliśmy tam kawałki gruzów, ponieważ przed wojną przy Jurowieckiej znajdowała się fabryka, która w wyniku działań militarnych została zniszczona. Później związałem się na chwilę z Gwardią, ale trener Stefan Bielecki przekonał mnie, abym przeszedł do Jagiellonii. Zaczynałem w juniorach, a z upływem czasu częściej trenowałem z pierwszym zespołem. Do „jedynki” wprowadzali mnie bardziej doświadczeni koledzy – Władek Radek i Leszek Frelek, który był cenionym napastnikiem. Opisujący nasze spotkania redaktor „Gazety Białostockiej”, pan Kowalski, co tydzień rozpływał się nad umiejętnościami Lesia. Śmiem twierdzić, że był to nasz najlepszy napastnik, aż do przyjścia Jurka Zawiślana – opowiada Bołtuć.

Nasz czwarty bohater, jak sam przyznaje, nie zawsze mógł liczyć na miejsce w wyjściowej jedenastce. – Najpierw rywalizowałem z Chańką. Później przychodzili kolejni bramkarze. Jednocześnie drużyna powoli stawała się coraz mocniejszą, dzięki obecności Henia Pasierskiego i Antoniego Andrzejewskiego. Obaj wcześniej występowali we Włókniarzu i na stare lata próbowali sił w Jagiellonii. Tamta drużyna balansowała między A Klasą, a Ligą Okręgową. Chłopaki wspominali o meczach z Mazurem Ełk, także i ja mam dobrze wspomnienia związane z tym rywalem. W jednym ze spotkań udało mi się obronić rzut karny. Mówiąc krótko, tamten zespół nam zwyczajnie „leżał” – ocenia.

Były bramkarz wymienia jak wyglądała rzeczywistość Jagiellonii lat 60-tych. – Nie stać nas było na zgrupowania przed sezonem. Po prostu takie były realia klubu z ligi okręgowej. Stroje szyły nam dziewczyny z Zasadniczej Szkoły Odzieżowej. Mieliśmy od nich nie tylko koszulki, ale także dresy i aby nie było żadnego konfliktu z firmą adidas, naszywano nam cztery paski. Także korki załatwialiśmy sobie sami na bazie starych nieco znoszonych butów. Nadzieja na profesjonalizację pojawiła się wraz z przyjściem wilnianina, trenera Michała Urbana, który zaczął zwracać na różne szczegóły i dbać o nasz rozwój sportowy – dodaje.

W kolejnych latach do Białegostoku ściągano coraz to lepszych piłkarzy, a jednym z nich był Jerzy Zawiślan. – Jurka wypatrzył nasz trener Grzegorz Bielatowicz podczas zgrupowania w Muszynie. Na jego zakończenie graliśmy sparing z nowosądeczanami. Tamto spotkanie było indywidualnym popisem „Siwego”, który zapakował mi dwa gole w 45 minut. Widać było, że ten zawodnik ma bardzo wysokie umiejętności. Jak się okazało był już dogadany z Jagiellonią i od razu po tym spotkaniu wsiadł z nami do autokaru i przyjechał do Białegostoku. Jego ściągnięcie było pierwszym krokiem w kierunku II ligi. Kolejnym okazało się przyjście czołowych zawodników Włókniarza, którzy dali Jadze historyczny awans na poziom centralny – podkreśla Bołtuć.

Były bramkarz, a później także trener zwraca uwagę na rodzinną atmosferę, która panowała w klubie z Jurowieckiej. – Po treningach odwiedzał nas jeden z działaczy, pan inżynier Kończewski. Zawsze elegancki, z teczką, zawsze miał przy sobie słoik konfitur. My je mieszaliśmy z wodą i w taki sposób gasiliśmy pragnienie i uzupełnialiśmy kalorie po treningach. To on również ukierunkował mnie. Będąc młodym zawodnikiem, który grał na poziomie ligi okręgowej wydawało mi się, że złapałem już Pana Boga za nogi. Tymczasem to on namawiał mnie do kontynuowania nauki w technikum mechanicznym, a później do kontynuowania edukacji na studiach. Tak naprawdę otworzył mi oczy, że jest jeszcze życie poza futbolem i jestem mu za to bardzo wdzięczny do dzisiaj – zakończył Jerzy Bołtuć, który później był nauczycielem, jeszcze do niedawna pełnił funkcję dyrektora w jednej z białostockich szkół podstawowych, a obecnie jest wziętym działaczem sybirackim.

Kontakt

Jagiellonia Białystok S.S.A.

b Poniedziałek - piątek 08:00 - 16:00