Brak kategoriiJaga retro: Jerzy Stankiewicz

Jaga retro: Jerzy Stankiewicz

Kilka tygodni temu na łamach jagiellonia.pl zaprezentowaliśmy historię najstarszych żyjących Jagiellończyków. Postanowiliśmy iść tym tropem i będziemy regularnie przypominać kolejne postaci zasłużone dla „Żółto-Czerwonych”. Tym razem wzięliśmy „na tapetę” zawodnika, który w 1975 wywalczył awans do II ligi. Jerzy Stankiewicz w długiej rozmowie wspominał początki przy Jurowieckiej, opowiadał o postępującej profesjonalizacji klubu, zdradził o co najbardziej martwił się trener Bielatowicz, jak ze spóźnień na treningi tłumaczył się Jerzy Zawiślan, a także kto i w jakich okolicznościach pomógł mu dostać się do wojska. Zachęcamy do lektury!

Czy czuje się Pan legendą Jagiellonii Białystok?
Legendą? To zbyt duże słowo. Myślę, że legendami można nazywać zawodników, którzy wtedy byli „na tapecie”, strzelali dużo goli jak Zawiślan, czy Sieliwonik. Oni po prostu byli ulubieńcami trybun. W tej sytuacji znacznie trudniej zaistnieć obrońcy, który ma do zrealizowania konkretne zadania defensywne i destrukcyjne. Ja po prostu grałem w Jagiellonii przez ponad dekadę. Zaczynałem jeszcze w latach 60-tych, a skończyłem na początku 80-tych. Za mojej kadencji drużyna zrobiła awans z A Klasy na zaplecze Ekstraklasy. Był to fajny czas, który wspominam bardzo miło.

W jakich okolicznościach rozpoczęła się pańska przygoda z Jagiellonią?
Miałem 18 lat kiedy udałem się na trening. Z dzisiejszej perspektywy może to wydać się dziwne, bo jak taki gość może trafić do zespołu. Wtedy sytuacja była zupełnie inna. Oczywiście, chciałem trenować już wcześniej, bo usilnie namawiali mnie koledzy, ale w domu rodzice nie chcieli nawet o tym słyszeć. Priorytetem była szkoła, nie miałem szans na jakąkolwiek taryfę ulgową. Mimo tego byłem bardzo wysportowanym nastolatkiem. Trenowałem koszykówkę, grałem w piłkę, pływałem. Mój Boże, czego to ja nie robiłem. Oczywiście, później to wszystko okazało się bardzo przydatne.

Skoro nie w akademii, to w jaki sposób zyskał Pan piłkarskie umiejętności?
Odpowiedź jest bardzo prosta, pod trzepakiem na podwórku. Wtedy w takich okolicznościach szlifowało się umiejętności. Poza piłką w zasadzie nie mieliśmy żadnej rozrywki. Wracało się ze szkoły, rzucało plecak w kąt i z kolegami długimi godzinami rywalizowaliśmy na boisku, a rywalizacja była bardzo zażarta. Blok na blok, osiedle na osiedle. Nikt nie odpuszczał, bo w przypadku przegranej wytykała cię palcem cała szkoła na drugi dzień, więc porażka była niewskazana. Graliśmy z większymi i starszymi od siebie, w taki sposób wyrabiało się umiejętności techniczne, panowanie nad piłką. W tamtych czasach jakość boisk daleka była od ideału, piłka nieraz odbijała się na jakiejś kępie albo innym uskoku, ale nikt nie narzekał. Ta piłka była naszą jedyną frajdą.

Kto zatem wyciągnął Pana z tego osiedlowego boiska?
W sumie to do klubu trafiłem sam. Oczywiście wpływ na to miał jeden z moich kolegów, który już wtedy grał w Jadze. Wspólnie reprezentowaliśmy technikum w piłkę nożną i wychodziło nam to całkiem nieźle. W końcu w wieku 18 lat sam zadecydowałem, że spróbuję i poszedłem.

Dlaczego wybrał Pan grę jako boczny obrońca? Na podwórku każdy chciał być napastnikiem, a o defensywie mało kto myślał.
Kiedy trafiłem do Jagiellonii, trener Bielatowicz powiedział, że zrobi ze mnie obrońcę. Wcześniej bardzo lubiłem grywać w drugiej linii, jako rozgrywający, ale w pewnym momencie mieliśmy nadmiar środkowych pomocników i szkoleniowiec stwierdził, że będę grał w defensywie.

Jak opisałby Pan klimat Jagiellonii z przełomu lat 60-tych i 70-tych?
Co tu dużo mówić, byliśmy drużyną amatorską. Treningi odbywały się dwa, góra trzy razy w tygodniu. My to robiliśmy z czystej przyjemności i osobistej frajdy. Nie otrzymywaliśmy za granie żadnego wynagrodzenia. Przy drużynie kręcił się inżynier Konczewski, bardzo pozytywny człowiek, który był w stanie wiele zrobić dla klubu. Chodził po domach, namawiał rodziców, aby pozwalali swoim dzieciom na wyjazdy. Zawsze obecny na meczach z teczką, z której w przerwie wyciągał słoik z konfiturami, potem rozrabiał je z wodą i dawał nam do picia. W taki sposób w przerwie uzupełnialiśmy węglowodany. Dzisiaj oczywiście są odżywki i inne specyfiki. Wtedy bazowaliśmy na takich metodach.

Jak na piłkarskiej mapie Podlasia stała wtedy Jagiellonia?
Na pewno nie była wiodącym zespołem. Wtedy najlepszym zespołem był Włókniarz Białystok, który nawet grał w II lidze. W Białymstoku dobrym zespołem była także Gwardia. W regionie do czołowych ekip należały ełcki Mazur, Sokół Sokółka. Nie było jednak jednego wiodącego zespołu, który mógłby być godnym reprezentantem regionu na poziomie ogólnokrajowym. Jeden sezon w II lidze rozegrał Włókniarz, w 1974 roku my awansowaliśmy do barażów o II ligę, ale musieliśmy uznać wyższość Polonii Warszawa. Wtedy chyba też zawiązał się pomysł, aby stworzyć jeden zespół. W ten sposób padło na Jagiellonię. Wydaje mi się, że przyjście tych 13 zawodników z Włókniarza to było bardzo trafne posunięcie.

Kiedy pojawiło się hasło „idziemy do II ligi”? Czy pojawiło się wraz z przyjściem Janusza Szutkiewicza?
Z pewnością Szutkiewicz był bardzo ważnym elementem tamtej układanki. Miał spore znajomości, wiedział do kogo i z czym się odezwać. Poza tym był bardzo dobrym człowiekiem. Nie mogłem powiedzieć o nim złego słowa. Prawda jest taka, że w tamtym okresie każdy większy ośrodek miejski miał swojego przedstawiciela na poziomie I lub II ligi. Wyjątkiem był Białystok, a naszym działaczom bardzo zależało, aby to zmienić. Ostatecznie postanowiono na Jagiellonię.

Wracając do Pana i pańskich występów. Pierwsze lata, to jak Pan wspominał gra na poziomie amatorskim w klasie okręgowej.
Tak, to była czysta zabawa. Nikt nawet nie przypuszczał, że możemy na tym zarabiać pieniądze.

Nie było problemów związanych z pracą lub szkołą?
Jak wspomniałem, do Jagiellonii trafiłem jako 18-latek, więc tuż przed maturą. Później już nie planowałem kontynuować nauki, a w pracy zawsze pozwalali mi wyjść wcześniej na trening. Jak zresztą wspomniałem, w tamtym czasie nie trenowaliśmy codziennie, tylko dwa, trzy razy w tygodniu, a mecze odbywały się w weekendy. Trudno wymazać z pamięci tamte wspomnienia, przede wszystkim fajną, rodzinną atmosferę, wspólne wyjazdy na mecze na przyczepie obitej plandeką. Takie były czasy. Oczywiście murawy, na której toczyła się rywalizacja często były nierówna, znajdowały się na nich liczne kępy lub dziury. Zimą ganialiśmy za piłką w śniegu, a bawełniane getry szybko nasiąkały zimną wodą, ale z tego była największa frajda. Nikt nie wymagał od nas nie wiadomo jakich wyników. Po prostu cieszyliśmy się tym co robiliśmy.

Później był dwuletni rozbrat z Jagiellonią związany z pobytem w wojsku, a dokładniej w Husarze Nurzec.
Zgadza się, dodam, że sam zgłosiłem się do odbycia takiej służby do Nurca. Wszystko odbyło się dzięki koledze z Jagiellonii, Staszkowi Chańce, który już wtedy był tam bramkarzem. On polecił mnie trenerowi Husara i tak na dwa lata trafiłem właśnie tam. Oficerowi trochę dziwili się, że sam pcham się do wojska, ale uznałem, że lepiej być niedaleko domu, niż wylądować pod Szczecinem albo na Podkarpaciu z przydziału. Wtedy w Nurcu powstała fajna drużyna. Tuż po mnie trafił do niej Piotrek Sieliwonik. Wtedy minęliśmy się, ale później przyszło nam razem zagrać dopiero w Jagiellonii. Oczywiście miewaliśmy musztrę, raz na jakiś czas wyjechaliśmy na poligon, ale jednak naszym głównym zadaniem była gra w piłkę nożną i wychodziło nam to całkiem nieźle.

Także za pańskiej „kadencji” klubem zaczął zarządzać Janusz Szutkiewicz. Mówi się, że bez niego piłkarska Jagiellonia nigdy by nie zaistniała.
Potwierdzam, bo to był świetny organizator, człowiek, który mógł wszystko załatwić. Do tego jeszcze świetny facet w takich prywatnych relacjach. Nie dało się o nim złego słowa powiedzieć. Za jego czasów klub nabrał bardziej profesjonalnych kształtów. Organizowano słynne zebrania u Kicmana, podczas których wyznaczono kierunek rozwoju klubu. Oni mieli ambicje i nie chcieli, aby drużyna piłkarska pozostawała na poziomie amatorskim. Chcieli zrobić krok do przodu.

Czy po powrocie do Białegostoku z Husara zaczęło to zmierzać w kierunku większej profesjonalizacji?
Powoli tak, chociaż nie nastąpiło to natychmiast. Jak to się mawia „nie od razu Rzym zbudowano”. Ważnym krokiem było przyjście trenera Bielatowicza, który miał swoje ambicje i cele. To za jego kadencji najpierw awansowaliśmy z A Klasy do okręgówki. Do dzisiaj pamiętam spotkania w siedzibie klubu, podczas których działacze zwracali nam uwagę, aby nie palić papierosów. Uwagi były rzecz jasna adresowane do najmłodszych zawodników. To on zaczął mówić działaczom, aby klub poszedł do przodu, rozwinął się, stał się coraz bardziej profesjonalny.

Niedługo później do klubu trafił Jerzy Zawiślan. Jak szybko zorientował się Pan, że do Jagiellonii trafił nietuzinkowy zawodnik?
W zasadzie od razu. Wcześniej już wpadł w oko naszemu trenerowi. Zimą jeździliśmy bowiem do Muszyny i raz zagraliśmy sparing z Sandecją, która wysoko nas pokonała, a Jurek był jedną z wyróżniających się postaci. Zaczęło się od trenera Bielatowicza, który przekonał prezesa Szutkiewicza. Kilka razy różne osoby jeździły do Nowego Sącza, aby przekonać „Siwego” do przenosin i jak się okazało, były to udane próby.

Jakim człowiekiem był Jerzy Zawiślan?
Bardzo pozytywna i wesoła postać. Nie stronił od żartów, ale też mógł sobie pozwolić na więcej. Pamiętam sytuacje, kiedy spóźnił się na trening. Cały zespół był już rozstawiony na boisku, byliśmy po rozbieganiu, dopiero pojawiał się Jurek. Zaczynał się tłumaczyć, że był w sklepie z materiałami kuchennymi i szukał… sprzętu co krawaty wiąże i usuwa ciążę. Trener szybko wybuchnął śmiechem, a my za nimi. coś ważnego go zatrzymało, jakiś remont, jakaś kolejka w sklepie. Oczywiście wszyscy wybuchaliśmy śmiechem, co udzielało się trenerowi. Nie dało się go nie lubić, tym bardziej, że na boisku naprawdę dużo nam dawał. Był naszym najlepszym strzelcem, w każdym spotkaniu coś ustrzelił, sięgnął po koronę króla strzelców najpierw w A klasie, potem w III lidze. Widać było, że mamy do czynienia z nietuzinkową postacią.

Również wtedy do Białegostoku sprowadzono szkoleniowca z Opole, Zbigniewa Banię. Jak go Pan wspomina?
Bania był wtedy legendą Odry Opole, która to grała regularnie w I lidze. Przyszedł do nas niedługo po zakończeniu kariery i był względnie młodym szkoleniowcem. Podczas treningów jeszcze na Jurowieckiej często do nas dołączał, chcąc pokazać zagranie i musze przyznać, że naprawdę dawał radę. Miał szybką, dobrze ułożoną nogę. Nie odstawał od nas, każdy z nas mógł osobiście przekonać się, że grał na wysokim poziomie, czym wzbudzał dodatkowy szacunek.

Dochodzimy do 1974 roku i wspomnianym już przyjściu zawodników z Włókniarza. Dzisiaj mówi Pan o dobrym ruchu, który pomógł zbudować silną Jagiellonię. Jak wtedy ocenialiście tamten krok? Nie było obaw, że „ludzie z zewnątrz” wygryzą tych, którzy byli w drużynie?
Na pewno nikt na nikogo nie patrzył „bokiem”. Owszem, pojawili się nowi zawodnicy, ale znaliśmy ich wartość, wiedzieliśmy na co ich stać i nie mieliśmy wątpliwości, że podniosą jakość w zespole. Naturalnie każdy z nas chciał grać, ale obyło się bez zawiści i zazdrości. Szwejkowski, Sieliwonik, Karalus, Łapicz, czy Korotkiewicz. Szybko stworzyliśmy zgarną grupę. Jak już mówiłem, nie było zawiści lub zazdrości, chociaż poziom drużyny wzrósł.

Czyli atmosfera była znakomita?
Oczywiście, tworzyliśmy zgraną paczkę. Można powiedzieć, że tworzyliśmy reprezentację Białegostoku. Razem na boisku, razem poza nim. Lubiliśmy sobie pożartować. Na przykład o Ryśku Karalusie mówiliśmy, że już na 10 dni przed meczem okłada nogi rabarbarem. Dużo było takich sytuacji. Jednocześnie pojawiły się też pieniądze za grę w Jagiellonii, po prostu wszystko zaczęło się profesjonalizować.

Wtedy również w Jagiellonii zaczął funkcjonować duet napastników Zawiślan – Sieliwonik. Jak obaj współpracowali ze sobą? Nie było między nimi zazdrości?
Absolutnie! Na boisku tworzyli zabójczy duet, a poza nim byli po prostu dobrymi kolegami. Myślę, że świetnie się uzupełniali. Piotrek potrafił się ustawić, odnaleźć w polu karnym przeciwnika, wyczekać na swój moment. Jurek też dużo strzelał, ale jak dostał piłkę lubił minąć jednego, drugiego przeciwnika no i nie bał się fizycznych pojedynków z przeciwnikami. Nikomu nie odpuszczał, po prostu atakował z całym impetem.

Janusz Panaseiwcz porównał ten duet do bardzo popularnego wtedy w Polsce duetu Lato – Szarmach. Zgadza się Pan z tym?
Myślę, że tak. Reprezentacja była wtedy na fali, odniosła sukces w Niemczech na MŚ i ten duet był dla wielu swoistym wyznacznikiem. Tymczasem Piotrek i Jurek byli swoistym odbiciem tamtej pary. „Sele” może nie preferował tak twardej gry jak „Siwy”, ale miał smykałkę do strzelania goli.

W 1975 roku weszliście do barażów o II ligę. Musieliście uporać się z Gwardią Olsztyn, Wisłą Płock i Wisłą Tczew i początek nie wskazywał, że będzie łatwo.
Faktycznie, przyszło nam się mierzyć z drużynami z Polski. Faktycznie zaczęliśmy remisem i w zasadzie walczyliśmy o sukces do samego końca. Oczywiście pojawiały się obawy, bo rok wcześniej przegraliśmy awans do II ligi właśnie w barażach, ulegając stołecznej Polonii. Tym razem jednak wszystko potoczyło się po naszej myśli, chociaż decydujące spotkanie z Wisłą Tczew rozstrzygnęło się dopiero w ostatnim kwadransie.

Wtedy byliście już sportowymi idolami Białegostoku, a spotkanie decydujące o awansie oglądało z trybun stadionu przy Słonecznej kilkanaście tysięcy ludzi.
Sam mecz był bardzo wyrównany. Atmosfera piłkarskiego święta, czuliśmy, że gramy o bardzo dużą stawkę. Mogliśmy poczuć się jak prawdziwi piłkarze. Na szczęście to udźwignęliśmy. Było świętowanie, była radość.

Jak podchodziliście do rywalizacji na poziomie ogólnopolskim? W II lidze czekały już na Was bardziej renomowane zespoły z Arką Gdynia na czele.
Oczywiście były pytania, jak to będzie wyglądało. Na pewno jednak nie baliśmy się, nie czuliśmy, że pochodzimy z jakiejś piłkarskiej prowincji. Chcieliśmy pokazać wszystkim, że w Białymstoku też potrafią grać w piłkę nożna, a rywalizacja z takimi zespołami jak wspomniana Arka Gdynia, Lechia Gdańsk, Zawisza Bydgoszcz, czy Motor Lublin tylko dodawała smaczku. Wtedy mecze na trybunach gromadziły sporą publiczność. Pierwszy sezon pokazał, że jest przeskok między klasą okręgową, a II ligą, ale na pewno nie sprawiliśmy blamażu.

Czy czuliście się lokalnymi celebrytami?
Chyba nie, chociaż nie ukrywam, byliśmy bardziej rozpoznawalni, głównie przez osoby, które przychodziły na stadion. Daleko nam jednak było do celebrytów.

Tamten sezon był pojedynkiem Janusza Kupcewicza z Jerzym Zawiślanem o koronę króla strzelców. Czy patrząc na niego dało się odnieść wrażenie, że za kilka lat będzie medalistą MŚ?
Szczerze? Nie. Owszem, był to dobry zawodnik, który finalnie wyprzedził Jurka jedną bramką zdobywając koronę króla strzelców. Niemniej pamiętam, że często trapiły go kontuzje. Najwidoczniej później ustabilizował sytuację zdrowotną, pojechał na mundial, z którego przywiózł srebrny medal.

Wasza pierwsza przygoda z II ligą trwała trzy sezony.
Zgadza się, graliśmy na zapleczu Ekstraklasy do 1978 roku. Różnie to bywało. W pierwszym sezonie zajęliśmy niezłe, dziewiąte miejsce. Później nie było już tak dobrze. W efekcie w latach 1978 – 1980 graliśmy w III lidze. Można powiedzieć, że na koniec mojej kariery wywalczyłem awans do II ligi.

Zakończył Pan karierę w dość młodym wieku, 30 lat. Dlaczego?
Od dłuższego czasu ciągnął się za mną uraz kolana. Nie szło go wyleczyć, a mi ta kontuzja coraz bardziej przeszkadzała. Po prostu bolało. W końcu wezwał mnie do siebie kierownik klubu do siedziby, która mieściła się przy ulicy Mickiewicza i powiedział „Jurek rób coś ze sobą, albo kończ już karierę”. Wiedziałem, że już nic z tego nie będzie, dlatego zacząłem załatwiać sobie wyjazd za granicę. Nieco ponad rok później, w trakcie Stanu Wojennego wyjechałem do Kanady.

Jak to się stało, że w takim momencie mógł Pan opuścić Polskę?
Faktycznie, podczas stanu wojennego wyjazdy zagraniczne były w zasadzie zablokowane. Dopiero na przełomie marca i kwietnia 1982 roku pojawiła się delikatna odwilż, pozwolono sportowcom opuszczać kraj. Wtedy właśnie Marian Cieślik, mój kolega z Jagi, powiedział, abym jechał do Warszawy i załatwiał sobie papiery, bo jest możliwość opuszczenia kraju. Wyjechałem z Polski w sierpniu 1982 roku do Kanady na 23 lata.

Za oceanem spotkał Pan wielu byłych zawodników.
Faktycznie, sporo chłopaków, również z Białegostoku, wyjechało, ale głównie do USA. M.in. Sławek Tołkacz, czy Jurek Zawiślan. W Kanadzie było stosunkowo niewielu Jagiellończyków, ale tam za to spotkałem wielu innych zawodników z pozostałych części Polski. Po prostu działał tam pewien polski biznesmen, który ściągał do siebie byłych piłkarzy z polskiej ligi, pomagał im załatwić pracę, a my w zamian trenowaliśmy u niego. To w Kanadzie poznałem m.in. Janusza Żmijewskiego z Legii Warszawa, był Marian Kielec z Pogoni Szczecin, Tadek Misiak z Odry Opole. Było to ciekawe doświadczenie, ponieważ wcześniej znałem ich wyłącznie z prasy sportowej w Polsce.

Jak byliście odbierani jako byli piłkarze?
Tak naprawdę pozostawaliśmy anonimowi. Jedynie kojarzyła nas miejscowa Polonia. Rodowici Kanadyjczycy nie interesowali się „soccerem”, bo byli zbyt pochłonięci swoimi sprawami. Oczywiście my jako zespół polonijny rywalizowaliśmy z przedstawicielami innych nacji, przede wszystkim Jugosłowianami, Meksykanami.

Czy trudno było odnaleźć się w nowej rzeczywistości?
Co tu dużo mówić, był to inny świat. Kiedy pierwszy raz wysiadłem z samolotu na lotnisko w Montrealu i po raz pierwszy zobaczyłem słynne wieżowce, to przypomniała mi się wizja „szklanych domów” z książki Żeromskiego. Można sobie wyobrazić, jak postrzegaliśmy Kanadę z perspektywy PRL-owskiej szarzyzny. Byliśmy pod dużym wrażeniem zachodu. Na szczęście mogliśmy liczyć na pomoc naszych rodaków. Mieliśmy prezesa i kontraktora z Polski.

Czy trudno było sobie poradzić z kwestiami mentalnymi?
Nie mieliśmy na to czasu. Dzień rozpoczynaliśmy w pracy, potem jechaliśmy na trening. Tam gdzie mieszkaliśmy byli w zasadzie sami Polacy, więc nie było żadnych niesnasek. Pracowaliśmy z Polakami i z nimi się spotykaliśmy.

W Kanadzie po raz ostatni spotkał się Pan z Jerzym Zawiślanem.
Było to przypadkowe spotkanie. Udałem się bowiem na lotnisko w Toronto po Sławka Tołkacza i nagle zobaczyłem, że idzie Jurek z żoną. Wtedy właśnie Baśka (żona Jerzego Zawiślana, przyp. red.) ściągnęła go z USA do Kanady. Przez chwilę porozmawialiśmy, mówiliśmy co u nas się dzieje. Potem „Siwy” wsiadł w samochód i więcej go nie widziałem. Dopiero później przyszła wiadomość o jego śmierci.

A ze Sławomirem Tołkaczem?
Kiedy w 1988 roku Sławek przyleciał do Kanady, to ja ten jego przyjazd sponsorowałem, więc byliśmy w bliskich relacjach. Do dzisiaj pozostajemy w kontakcie, chociaż Tołkacz nadal mieszka po drugiej stronie oceanu. W tym roku jednak ma przyjechać do Białegostoku, więc zapewne odwiedzi także Jagiellonię, której jest wychowankiem. Później także w USA przez znajomych poznałem Mariusza Lisowskiego, tak więc te nasze drogi byłych Jagiellończyków często się przecinały.

Dzisiejsza Jagiellonia bardzo różni się od tej, w której Pan występował.
Zdecydowanie, dzisiaj mówimy o profesjonalnym klubie, który ma piękne biuro, stadion, nowoczesną bazę. Cieszy mnie ten rozwój. Co prawda ten sezon jest słaby, ale myślę, że Jaga powinna utrzymać się w Ekstraklasie. Kilka lat temu biła się o mistrza Polski, zdobyła Puchar Polski. Ma na pewno czym się pochwalić i życzę, aby wróciła na właściwe sobie tory.

Kontakt

Jagiellonia Białystok S.S.A.

b Poniedziałek - piątek 08:00 - 16:00