logo

24.01.2026

Adrian Siemieniec: Ostatni dzień zgrupowania wyobrażałem sobie zupełnie inaczej

24.01.2026 21:17Autor: Kamil Świrydowicz

Udostępnij:

Adrian Siemieniec: Ostatni dzień zgrupowania wyobrażałem sobie zupełnie inaczej

Jagiellonia Białystok zakończyła zgrupowanie w tureckim Belek. Choć pogoda w końcówce pokrzyżowała plany, trener Adrian Siemieniec podsumowując obóz zapewnia, że drużyna wykonała ogromną pracę i jest gotowa do wiosennej rywalizacji na dwóch frontach. - Mimo że dzisiaj na papierze faworytem jest Fiorentina (...), to my nie podejdziemy do tej rywalizacji jak do przygody, tylko podejdziemy do niej tak, żeby wyeliminować Fiorentinę i zagrać dalej. Czy nam się uda? Zobaczymy - mówi szkoleniowiec Żółto-Czerwonych.



Za nami niemal dwa tygodnie w Turcji z różną pogodą. Zacznijmy może od tego, co udało się zrealizować, bo umówmy się – udało się zrealizować wiele rzeczy. Poza czwartkiem i piątkiem mieliśmy tutaj naprawdę dobre warunki do tego, żeby przygotować się do rundy wiosennej.

Jeśli chodzi o warunki, to Turcja w tym roku była przede wszystkim zimna. Z doświadczenia poprzednich lat pamiętam, że bywało deszczowo, a w tym roku – do pewnego momentu – pod kątem temperatury warunki do treningu były bardzo dobre. Było dosyć zimno jak na te zgrupowania, które pamiętam, ale akurat to nie przeszkadzało nam w realizacji planu treningowego i w tym, żeby trenować w dobrych warunkach, bo mieliśmy bardzo dobre boisko. Ta pogoda do pewnego momentu też była świetna, więc pod tym względem tak naprawdę do dnia wczorajszego wszystko układało się super.

Niestety, wczorajszy dzień i aura, która panowała na zewnątrz, spowodowały, że boiska zostały zamknięte i musieliśmy trenować w środku. Dzisiaj wiedzieliśmy, jaka może być sytuacja. Mieliśmy w planach dwa mecze sparingowe, a tak naprawdę ze 180 minut zaplanowanych w ten dzień, rozegraliśmy tylko 45. Można powiedzieć, że fajnie, że chociaż te 45 minut udało się rozegrać. To mało i na pewno powoduje to, że trudno jest ocenić kompletnie te przygotowania, szczególnie przez tę końcówkę. Ale myślę, że to nie jest temat do dyskusji na dzisiaj. W przyszłości trzeba się zastanowić, czy bierzemy pod uwagę dalej ten kierunek, czy to jest faktycznie miejsce, w którym powinniśmy się przygotowywać, ze względu właśnie na takie sytuacje. Teraz musimy po prostu tym zarządzić i jak najlepiej przygotować się do meczu z Widzewem, ale oczywiście w pewien sposób rzutuje to na nasze przygotowania.

Tematem, który mocno rozpala kibiców, są wyniki sparingów. Wiadomo, że wy nieco inaczej na to patrzycie, bo dla was jest to po prostu kontynuacja procesu treningowego czy bardziej intensywna jednostka. Udało się rozegrać dwa i pół meczu. Ten pierwszy z LASK Linz – jako postronny obserwator powiedziałbym, że widać było, iż Austriacy byli na zupełnie innym etapie przygotowań i dominowali fizycznie. Później mecz z CSKA Sofia, po którym narzekaliśmy na skuteczność, bo sytuacji było sporo. W końcu ta dzisiejsza połówka z Cukaricki, gdzie Jagiellonia pewnie wygrała 3:0. Jak trener ocenia te mecze i czy przywiązuje do nich większą wagę?

Na pewno w ocenie meczów sparingowych cel szkoleniowy jest nadrzędny. Sprawdza się różne rzeczy: pozycje zawodników, zmiany ustawienia, warianty na różne scenariusze i momenty sezonu. Przez ten pryzmat patrzę głównie ja. Ale oczywiście nie uciekniemy od tego, że w sporcie zawsze chodzi o to, żeby wygrać mecz. To, że nie wygrywamy sparingów, nie jest sytuacją, która rzutuje na ich ocenę merytoryczną, ale jest sytuacją, która nam się nie podoba. Dobrze byłoby wyciągać wnioski i przy okazji wygrywać spotkania. Są czasami mecze ligowe, w których też musimy pewne rozwiązania testować – jak w ostatnim czasie, gdy tego czasu na trening nie ma dużo i musimy wykorzystać do tego mecze – ale niestety tam też musisz wygrywać.

Więc nie przechodzimy obok tego obojętnie. Dlatego też dzisiaj moja odprawa była bardzo krótka. Powiedziałem do drużyny, że dzisiaj jest czas na to, żeby nałożyć sobie presję na ten mecz i po prostu go wygrać. Wiadomo, w 45 minut trudno zamknąć to klamrą, że na pewno byśmy to spotkanie wygrali w pełnym wymiarze, ale z dużym prawdopodobieństwem tak. Skoro to tylko 45 minut i zamykamy ten sparing, to jest to mecz wygrany. Z tego się bardzo cieszę, bo to była bardzo dobra połowa w naszym wykonaniu pod kątem intensywności i jakości gry. Strzeliliśmy dużo bramek, kontrolowaliśmy to, co dzieje się pod naszą bramką i nie dopuściliśmy przeciwnika do wielu sytuacji. Cieszę się, że w taki sposób kończymy zgrupowanie, choć wyobrażałem sobie ten ostatni dzień zupełnie inaczej.

Skoro ten ostatni dzień miał wyglądać inaczej, to czy te ostatnie dwa deszczowe dni – konieczność treningu w hotelu i odwołany sparing z Mariborem – to są te dwie rzeczy, o których możemy powiedzieć, że nam nie wyszły?

Zdecydowanie ta końcówka nam utrudniła sprawę. Poniekąd ten ostatni dzień to taki punkt kulminacyjny przygotowań i największy "pik" dla wszystkich zawodników. Wszystko, co zrobiliśmy do tej pory, ma ich przygotować do tych 90 minut pod kątem fizycznym, wejścia na pewien poziom intensywności i obciążenia meczowego. Wszystko dążyło do tego ostatniego sparingu. Stąd też plan na dwa mecze w jeden dzień, żeby każdy zawodnik dostał odpowiednią ilość minut i jednostkę meczową, by przygotować każdego na równym poziomie do ligi.

Tak życie zdecydowało. Utrudnia nam to bardzo, ale nie mamy na to wpływu i musimy zarządzać sytuacją, którą napotkaliśmy. Dlatego ciężko ocenić, że te przygotowania przebiegły tak, jak byśmy sobie to wyobrażali. Do pewnego momentu wszystko było okej, ale końcówka bardzo mocno utrudniła nam stwierdzenie, że jesteśmy z tego okresu w pełni zadowoleni.

Jestem pewien, że sporym utrudnieniem były także kontuzje. Może nie było ich dużo, ale dotyczyły dwóch środkowych obrońców – Yukiego Kobayashiego i Dusana Stojinovicia. Widać to było w pierwszym sparingu, gdzie dziury łatał Eryk Kozłowski, a później dojechał Bartek Krasiewicz. Na ile te kontuzje były dla was problemem, biorąc pod uwagę, że dziś wszyscy są już prawie zdrowi?

Tak, ale to jest stan na koniec obozu. Oczywiście, że były problemem i nie ma co ukrywać, że nie przygotowywaliśmy się w pełnej grupie. A szkoda. Po pierwsze, kwestia Dusana to była sprawa ciągnąca się jeszcze od meczu z Alkmaar. Jak się okazało, ten uraz był poważny. To nie wynikało z samego kontekstu meczu, ale też z momentu eksploatacji, w którym był Dusan. Trudy rundy spowodowały, że ta kontuzja okazała się poważniejsza, niż myśleliśmy, i stracił cały okres przygotowawczy, mimo że w wolnym czasie wykonywał odpowiednią pracę rehabilitacyjną. Po prostu nie zdążył.

W przypadku Yukiego czy Leona to kwestia bycia gotowym, przepracowania okresu przygotowawczego, a przede wszystkim rywalizacji o skład. Na przykładzie Yukiego, który długo nie grał, a w ostatnim meczu w Alkmaar przy naszych problemach kadrowych zagrał prawie całe spotkanie i spisał się na bardzo fajnym poziomie – szkoda, że nie miał okazji w okresie przygotowawczym powalczyć o swoje na boisku. Jako sztab szukamy przyczyn tego, co się mogło wydarzyć, dlaczego akurat oni tak szybko wypadli nam z treningów, bo stało się to tak naprawdę na pierwszych zajęciach. Okres przygotowawczy jest już za nami, tego nie wrócimy. Fakt jest taki, że ci zawodnicy powoli wracają do pełnego treningu i będą zdrowotnie do mojej dyspozycji, ale trzeba będzie wykorzystać ten czas, żeby odbudować ich fizycznie. Muszą uczciwie potrenować, a potem zostanie im już tylko środowisko meczowe do dochodzenia do dyspozycji.

Wspomnijmy o zawodnikach, których nie było na zgrupowaniu latem, a dołączyli później – jak Sergio Lozano, Andy Pelmard czy Kamil Jóźwiak. Na ile dla nich to zgrupowanie było istotne? Wcześniej mecz gonił mecz i nie mieli czasu na trening.

Myślę, że to kluczowa sprawa. Nie tylko pod kątem procesu taktycznego – bo w odprawach uczestniczyli – ale inaczej jest rozmawiać o naszej tożsamości i modelu gry, a inaczej o przygotowaniu do pojedynczego spotkania, gdzie kontekst przeciwnika jest wzmocniony i na fundamencie swojego stylu działasz strategicznie pod rywala. Tego czasu na proces tam nie ma. Zawodnicy, którzy dochodzą w trakcie, muszą się bardzo szybko adaptować. Takie okresy jak teraz, gdzie jest większa liczba treningów i więcej czasu na odprawy, również te indywidualne, są dla nich bardzo ważne. Chodzi nie tylko o taktykę, ale przede wszystkim o aspekt fizyczny – żeby się podbudować i zbudować dyspozycję. Wykorzystaliśmy ten czas maksymalnie, jak mogliśmy. Stąd też pewne różnice między tym, a choćby poprzednim okresem przygotowawczym.

Sztab szkoleniowy się rozrósł – dołączył Martin Bielec jako trzeci trener przygotowania motorycznego oraz Hermes. To naturalna konsekwencja tego, że Jagiellonia gra coraz więcej meczów?

(Uśmiech) Jesteś pewny, Emil, że ja mam na to odpowiadać? Tak, doszedł Hermi, doszedł Martin. Jeśli chodzi o Martina, zależało nam na zwiększonej indywidualizacji procesu motorycznego, poszerzeniu kompetencji w tym zakresie i rozwoju tej działki motorycznej. Kluczowe było jego doświadczenie oraz obycie w innych środowiskach i futbolu w innym kraju. Ta wiedza, którą wnosi, wzmocni nas jako cały sztab.

A jeżeli chodzi o Hermiego, to przede wszystkim liczy się poziom doświadczenia, który wnosi jako wieloletni zawodnik na najwyższym poziomie w Polsce. Jego znajomość klubu, struktur i specyfiki środowiska jest bezcenna. To też trener, który był w wielu miejscach – zarówno w tych z większym poziomem profesjonalizacji, jak i w mniejszych klubach. Jego spostrzeżenia, uwagi, wnioski "z boku" jako ciało doradcze, czucie boiska, mowy ciała zawodników i ich dyspozycji – to są bardzo cenne rzeczy. Wykorzystuję je w ocenie zawodników i w procesie podejmowania decyzji odnośnie składu czy zarządzania meczem. Rola przewidziana dla Hermiego była od początku dla nas oczywista. Ten okres pokazał, że zarówno on, jak i Martin, fajnie zaadaptowali się w grupie i są zdecydowanie wartością dodaną.

Zawsze pada pytanie o młodych zawodników. Mieliśmy nowicjuszy jak Maciek Kuczyński czy Zachary Zalewski, ale też Bartka Mazurka, Eryka Kozłowskiego czy Bartka Krasiewicza i Szymka Stypułkowskiego. Jak trener ocenia ich rozwój w dłuższej perspektywie?

Myślę, że każdy może to ocenić sam – pewne rzeczy widać gołym okiem, pewne dostrzegam ja jako trener. To nie jest tak, że tam się wszystko już zgadza, bo przed tymi zawodnikami jest bardzo dużo pracy. Nasza rola polega na tym, żeby stworzyć im środowisko do rozwoju. Oni będą mieli różne momenty i musimy rozumieć, że mogą mieć świetny mecz, a potem dwa słabe. Mogą zagrać cztery mecze w pierwszym składzie, a potem trzy razy nie wyjść na boisko. To jest całkowicie normalne, bo to etap ich rozwoju.

To też kwestia zarządzania młodym zawodnikiem, który dostaje w takim okresie różne bodźce. On rośnie, otoczenie wokół niego rośnie, oczekiwania się zmieniają, pojawiają się media, menadżerowie, inne kluby. Ten chłopak ma różne przemyślenia i różnie reaguje – jednego trzeba wesprzeć, drugiego zdyscyplinować. Etap wprowadzania zawodnika to sinusoida, która dopiero po pewnym czasie osiąga constans, stabilizuje się i ma "piki" tylko w górę. Na początku to jest fala: wzloty i upadki, góra-dół, dobry mecz, słaby mecz.

Sytuacja jest do oceny na bieżąco. Musimy być przygotowani i zabezpieczeni na to, że młody zawodnik może być w fantastycznej dyspozycji – wtedy z niego korzystamy. Ale może być też moment słabszej dyspozycji, co jest normalne w jego rozwoju. Wtedy jest czas na bardziej doświadczonych piłkarzy, którzy potrafią "dźwignąć" inny moment. Wraz ze wzrostem oczekiwań zwiększa się presja i tak naprawdę wtedy poznajemy prawdziwy potencjał zawodnika – w warunkach niekomfortowych, kiedy musi wziąć odpowiedzialność. O to w sporcie chodzi. Można mieć umiejętności, ale jeśli głowa nie jest przystosowana do rywalizacji i presji, trudno coś osiągnąć.

Było to dla Jagiellonii drugie z rzędu zimowe zgrupowanie w Turcji, przy bardzo dużej intensywności w trakcie sezonu. Gdyby mógł trener porównać to obecne Belek 2026 do tego sprzed roku lub letniego w Opalenicy – jak bardzo się różniły?

Aby podać konkrety, trzeba by użyć statystyki, której jeszcze nie mam podsumowanej, ale wiem, co planowaliśmy. Jedno słowo, które mi się nasuwa, to bardziej wzmożona indywidualizacja pracy. Dla niektórych zawodników ten obóz miał charakter bardziej regeneracyjny, dla innych praca była bardziej intensywna i wyrównawcza. Jest to podyktowane ilością rozegranych meczów i minut, poziomem eksploatacji i regeneracji. Indywidualizacja była zawsze, ale tu poszliśmy w ten aspekt jeszcze mocniej. Wierzę, że to przyniesie korzyści i dzięki temu będziemy w stanie grać na bardzo wysokim poziomie intensywności i na głodzie gry do końca rozgrywek, a nie tylko do jakiegoś etapu. Czy nam się uda? Zobaczymy. Staramy się reagować, wyciągać wnioski i wdrażać je w pracę. Efekty ocenimy na koniec sezonu.

Luty zapowiada się ekstremalnie intensywnie. Tylko jeden tydzień bez meczu w środku tygodnia, a zaczynamy od razu z wysokiego C: Widzew, GieKSa, Motor, Cracovia i dwumecz z Fiorentiną.

Tak, ta intensywność będzie i liczyliśmy się z nią. Mnie generalnie bardziej martwi to, w jakich warunkach przyjdzie nam się do tych meczów przygotowywać – nie tylko nam, ale też pozostałym zespołom. Ta sytuacja wraca jak bumerang. Fajnie, że chcemy wcześniej zaczynać grać, ale w naszym przypadku zaciera się różnica między okresem meczowym a przygotowawczym, bo pod kątem intensywności są one bardzo podobne.

Chodzi jednak o samą aurę. Można potem krytykować trenerów, kluby czy sędziów za odwoływane mecze, ale może warto zastanowić się, w jakich warunkach gramy w piłkę. Są miesiące, gdzie mecze są rozgrywane po prostu dlatego, że muszą być, a nie ma to nic wspólnego z piłką nożną. Dzieje się to na początku i na końcu roku, a w momentach, kiedy pogoda i boiska w naszym kraju są najlepsze, zawodnicy mają urlopy. Myślę, że warto poddać to pod dyskusję.

Na koniec chcemy, żeby polska piłka i nasza drużyna się rozwijały, chcemy grać coraz lepiej. Trudno to robić w środowisku, w którym nie masz odpowiednich narzędzi. Wiem, że można podać przykłady, że w 1985 roku grano po kolana w śniegu i nikt nie marudził, albo że kiedyś biegało się bez piłek i nikt nie narzekał, a teraz "Siemieniec wymyśla" albo "piłkarzyki narzekają". Tylko nie o to chodzi. My nie mamy z tym problemu – ja jako trener, moi zawodnicy, klub. Jak trzeba będzie grać i walczyć w śniegu, to będziemy to robić. Tylko zastanówmy się, czy to jest kierunek, w którym chcemy podążać? Czy tak rozwiniemy polską piłkę, kluby i piłkarzy?

Dla mnie to temat do dyskusji. Dziś najbardziej martwi mnie to, gdzie i w jakich warunkach będziemy trenować i grać. Dochodzą zmienności nawierzchni – trenujesz na sztucznej, grasz na naturalnej, potem znowu sztuczna. Grasz co trzy dni, grasz w Europie, przy innych wynikach też w Pucharze Polski, masz być intensywny i dbać o zdrowie piłkarzy, a środowisko nie jest do tego najlepsze. To taka luźna dygresja, bo wiem, jaka aura panuje w Polsce i słyszałem dyskusje, na ilu stadionach w ogóle odbędzie się pierwsza kolejka. To jest problem, ale my dopasujemy się do wszystkiego i zrobimy wszystko, by być przygotowanym.

Nie mieliśmy okazji porozmawiać o losowaniu. Fiorentina w 1/16 Ligi Konferencji. Kolejna duża nazwa po Ajaksie, Bodo, Betisie... Czas na Włochów.

Z perspektywy atrakcyjności losowanie jest świetne. Duża marka, kolejny klub z lig TOP 5, wielki mecz zarówno na wyjeździe, jak i w Białymstoku. To wydarzenie, które przejdzie do historii. Zawsze wracam do tego samego – pamiętam, jaka krytyka spadła na nas po meczach z Bodo/Glimt, z którym przegraliśmy w dwumeczu 1:5. Mówiłem wtedy, że dla Jagiellonii, po pierwszym historycznym mistrzostwie, to ogromne doświadczenie. Doświadczenie z tych momentów pozwoliło nam potem grać wyrównane boje z Betisem, zremisować ze Strasburgiem czy Alkmaar i grać wyrównany bój z Rayo Vallecano. Wtedy był hejt, że "cieszymy się z momentów z jakimś Bodo", a rzeczywistość pokazuje, że Bodo w tamtym sezonie doszło do półfinału Ligi Europy, a ostatnio w Lidze Mistrzów ograło Manchester City 3:1. Nie każdy ocenia historię po czasie, ale my wiedzieliśmy, z kim gramy.

Dzisiaj przed nami znowu wielki klub. Z punktu widzenia marketingu i doświadczenia to fantastyczne. Skala trudności w tym roku nas nie rozpieszcza – mamy na rozkładzie kluby z najlepszych lig, a teraz trafiamy na Fiorentinę. Skala trudności jest dużo większa, ale my też jesteśmy na etapie przygód. Tyle że startujemy do tej rywalizacji jako ćwierćfinalista Ligi Konferencji (poprzedniej edycji w domyśle - red.). Mimo że na papierze Fiorentina jest zdecydowanym faworytem, nie podejdziemy do tej rywalizacji jak do przygody. Podejdziemy do niej tak, żeby wyeliminować Fiorentinę i zagrać dalej. Czy nam się uda? Zobaczymy. Na tym etapie łatwo nie będzie, ale czeka nas prestiżowy bój, na który czekamy. Pisze się kolejna historia i jak by się nie potoczyła, już jest fantastyczna.

Co dalej po powrocie do Białegostoku?

Odpoczniemy. Choć końcówka nie była bardzo intensywna fizycznie, musimy odpocząć po obozie także mentalnie. Ilość czasu spędzonego razem w hotelach tworzy pewne obciążenie. Zawodnicy mają czas na odpoczynek do wtorku. We wtorek zaczynamy przygotowania do meczu z Widzewem na miejscu w Białymstoku. W piątek wyjeżdżamy do Łodzi, a potem wchodzimy w okres meczów co trzy dni. Zacznie się i od razu przyspieszy, dojdą puchary. Początek będzie intensywny i musimy być gotowi od samego startu, by wygrywać spotkania.

Jagiellonia Białystok