Imaz: W tym roku życie mi wszystko oddało
- Przyszedłem do Jagiellonii, aby coś tutaj zdobyć. Po latach cierpień udało się zdobyć upragnione mistrzostwo. Czułem, że ten tytuł jest jeszcze ważniejszy dla naszych kibiców niż dla nas. Jak reaguję na grę co trzy dni? Występy w europejskich pucharach to przywilej. Czy czuję się legendą Jagiellonii? Myślę, że w jakimś stopniu tak. Hejt? Nie uważam, abym na niego zasłużył. W Jagiellonii spędziłem najlepsze lata mojej kariery i cieszę się, że tutaj jestem - powiedział w długiej rozmowie z jagiellonia.pl najlepszy strzelec "Żółto-Czerwonych" w Ekstraklasie. Hiszpan mówił o swoich odczuciach związanych z walką o tytuł, a później także o grze o europejskie puchary. Wracał do meczów z Bodo, Ajaxem i FC Kopenhagą, a także odniósł się do hejtu, który spadał na drużynę w tym sezonie.
Za nami 18 meczów z tego sezonu. Czy jesteś zadowolony z momentu, w którym obecnie się znajdujemy?
Tak, 11 rozegraliśmy w Ekstraklasie, po których zajmujemy czwarte miejsce w tabeli z trzema „oczkami” straty do liderującego Lecha. W Europie uczestniczymy w fazie ligowej Ligi Konferencji, a w meczu inaugurującym zmagania zgarnęliśmy 3 wyjazdowe punkty na stadionie w Kopenhadze, więc możemy być z siebie zadowoleni.
Porównując do ubiegłego roku na tym etapie Jagiellonia miała tylko o jeden punkt mniej, traciła dwa punkty do lidera, a przecież nie uczestniczyła w rozgrywkach o europejskie puchary.
Owszem, chociaż nie zapominajmy, że to dopiero początek sezonu ligowego. Za nami dopiero 11 meczów, niemniej musimy być zadowoleni z obecnej pozycji i niewielkiej straty do lidera. Za nami sporo meczów, dlatego trwająca przerwa to odpowiedni czas, aby odpocząć i przygotować się do kolejnego maratonu meczowego.
Jak czujesz się fizycznie, grając tak często mecze o stawkę? Rok temu o tej porze mieliśmy rozegranych 11 meczów, teraz jest ich już 18. Różnica jest kolosalna.
Zgadza się, nie gramy sporo meczów o stawkę, dlatego musimy być stale skoncentrowani, skupieni tylko na pracy. Być może na początku nie byliśmy do tego odpowiednio przygotowani, ale mecze z Ajaxem i Bodo okazały się dla nas cennymi lekcjami.
Co masz na myśli mówiąc „nie byliśmy dobrze przygotowani”? Czy chodzi o kwestię mentalną i przestawienie się z rywalizacji ligowej na europejską?
Tak, mentalnie chcieliśmy grać, ale być może nie byliśmy gotowi, aby grać co trzy dni, mam na myśli takie kwestie jak regeneracja, wypoczynek. Poza tym mierzyliśmy się z bardzo silnymi przeciwnikami, z którymi do tej pory Jagiellonia jeszcze nigdy się nie mierzyła. Byliśmy zmęczeni, ale też traciliśmy wiele goli. To nas bolało, ale najważniejsze, że wyciągnęliśmy odpowiednie wnioski. Ostatnie mecze udowodniły, że na obecnym etapie granie co trzy dni nie jest już dla nas takim wyzwaniem, jakim było jeszcze niedawno.

Jak w szatni reagowaliście na opinie o kryzysie? Czy w ogóle w taki sam sposób podchodziliście do przegranych z Cracovią, czy GKS-em do niepowodzeń z Bodo i Ajaxem?
Nie zgadzaliśmy się z tymi opiniami. Oczywiście, nikt nie lubi przegrywać i spodziewaliśmy się, że przy takiej serii pojawią się głosy o naszym domniemanym kryzysie, ale my wiedzieliśmy z kim gramy i nawet z dzisiejszej perspektywy ta sytuacja wygląda inaczej. Przy serii sześciu porażek cztery ponieśliśmy z Ajaxem i Bodo. Norwegowie od wielu lat regularnie występują w rozgrywkach o europejskie puchary i potrafią ograć każdego, o czym niedawno boleśnie przekonało się FC Porto. Klasy Ajaxu nikomu nie trzeba przedstawiać. Moim zdaniem obecnie nie ma w Polsce drużyny, która byłaby w stanie podjąć rywalizację z nimi. My wtedy uczyliśmy się i nadal uczymy się Europy. Tamte mecze były dla nas bardzo istotne ze względu na zdobyte doświadczenie i to, jak należy grać na międzynarodowej arenie. Oczywiście, ludzie gadają i będą gadali, ale skoro my jesteśmy w kryzysie, to co ma powiedzieć Śląsk, z którym jeszcze kilka miesięcy temu rywalizowaliśmy o tytuł mistrza Polski? Oczywiście, my skupiamy się na sobie, naszych meczach i nie rozglądamy się na boki. Finalnie najważniejsza w tym wszystkim jest nasza dyspozycja. Liderem w Ekstraklasie pozostaje Lech, któremu pozostała już tylko rywalizacja w Ekstraklasie. Podobnie jest z Rakowem i Cracovią. Na nas na początku sezonu spadło wiele przykrych słów, na które, w mojej ocenie, zwyczajnie nie zasłużyliśmy. Ale i to doświadczenie czyni nas jeszcze mocniejszymi.
Czy zgadzasz się z opinią, że zwycięstwo w Kopenhadze nie byłoby możliwe bez meczów z Bodo i Ajaxem?
Oczywiście, że tak. Mecze przeciwko drużynom z najwyższego poziomu pokazały nam, że jako zespół musimy nauczyć się adaptować do nowego stylu. Przeciwko Bodo i Ajaxowi chcieliśmy grać wysokim pressingiem na wysokiej intensywności. Ten styl w ubiegłym sezonie doprowadził nas do upragnionego tytułu, ale już rywalizacja z Norwegami i Holendrami udowodniła, że są w stanie grać na tak wysokim tempie, a do tego mają bardzo wysokie umiejętności piłkarskie. Wszystko to jeszcze uzupełniali olbrzymim doświadczeniem. Dlatego przekonaliśmy się, że chcąc coś ugrać na międzynarodowym poziomie musimy także czasami zagrać bardziej defensywnie, trochę się schować i poczekać na swój moment. Tak było w Kopenhadze. Oczywiście, w pierwszej połowie Duńczycy byli lepsi, ale w przerwie powiedzieliśmy sobie, że okazje jeszcze się pojawią, musimy być cierpliwi i czekać na nie. W drugiej połowie mogliśmy strzelić dwa, trzy gole. Ostatecznie szczęście uśmiechnęło się do nas w końcówce spotkania, kiedy Darko zdobył zwycięską bramkę.

Czy dzisiaj, z perspektywy czasu nie żałujesz, że twoja europejska przygoda zaczęła się tak późno?
To prawda, że trochę musiałem czekać na swój debiut, ale ten sezon mi to absolutnie wynagradza. Po prostu cieszę się, że mogę jej doświadczyć. W przeszłości z lekką zazdrością patrzyłem na Lecha, Legię, czy Raków, które co czwartek rywalizowały z najlepszymi na międzynarodowej arenie, a w tym sezonie to jest także moim udziałem. Przyszedłem do Jagiellonii dla takich właśnie momentów. Uwielbiam wielkie mecze z wielkimi rywalami, owszem w poprzednich sezonach bywało różnie, ale w ostatnim roku życie oddało mi to wszystko, na co tak bardzo czekałem. Dzisiaj wiem, że cała moja praca nie poszła na marne i cieszę się, że przyszedłem tutaj, że przedłużyłem kontrakt, jestem częścią „Żółto-Czerwonej” rodziny, bo dzisiaj gra w Jagiellonii sprawia mi olbrzymią frajdę i daje dużo radości. Zdobyłem mistrza Polski, gram dzisiaj w Lidze Konferencji. Przez naszą ligę przewinęło się wielu znakomitych piłkarzy, którzy prezentowali wielkie umiejętności, ale nie mają na koncie tytułu mistrzowskiego. Nie uważam, że 34 lata to za późno na europejski debiut. Po prostu czuję wdzięczność, że to w końcu nastąpiło.
Jak zareagowałeś na bramkę Darko Churlinowa w Kopenhadze?
Myślę, że podobnie jak wszyscy. To było niesamowite, być może do nas jeszcze nie do końca dociera to, czego dokonaliśmy w Kopenhadze, ale z pewnością po rundzie przyjdzie chwila refleksji i z przyjemnością wrócę do tego październikowego wieczoru w stolicy Danii. Reakcja całej ławki rezerwowych pokazała, czym był ten gol dla Jagiellonii, dla całej drużyny, nasza radość, to spontaniczne wybiegnięcie na murawę były bardzo szczere. Nasz pierwszy mecz w fazie zasadniczej europejskich pucharów, jako Jagiellonia debiutowaliśmy w Lidze Konferencji i rozpoczęliśmy tę rywalizację od wygranej w meczu, w którym to rywal był zdecydowanym faworytem. Do tego zdobyliśmy bezcenne trzy punkty, które mogą okazać się bardzo przydatne w kontekście naszej walki o awans do kolejnej fazy rozgrywek.
Na ile wasze zwycięstwo podkreśla fakt, że FC Kopenhaga przegrała pierwszy raz w domowym meczu o europejskie puchary, w którym prowadziła do przerwy?
Brzmi to nieprawdopodobnie. W przeszłości na Parken przyjeżdżały wielkie firmy jak manchester City, Real Madryt, Barcelona, Bayern, czy Manchester United. Jak już wspomniałem, po pierwszej połowie gospodarze mieli prawo być pewnymi wygranej, ale my cierpliwie czekaliśmy na swoje szanse. Podejrzewam, że po pierwszej połowie ich koncentracja z pewnością spadła. Potem my wyrównaliśmy, w dalszej odsłonię spotkania swoją okazję miał Pululu. Mocno wierzyliśmy, że możemy wygrać, a na koniec gol Darko uciszył trybuny.

W Polsce mówi się „nie taki diabeł straszny jak go malują”. Czy zgodzisz się, że po nieudanych eliminacjach do Ligi Mistrzów i Ligi Europy piłkarska Europa przybrała dla nas trochę bardziej łagodne oblicze?
Myślę, że tak. Dochodziły do nas sygnały, że przed spotkaniem w Kopenhadze wielu ekspertów, ale również kibiców wieszczyło nam wysoką porażkę. Każdy mówił, że debiutujemy i będziemy jednym z gorszych zespołów w tych rozgrywkach. My jednak nie wsłuchiwaliśmy się w narzekania, tylko wierzyliśmy w siebie, naszą jakość oraz możliwości. Raz jeszcze powtórzę, że mecze z Ajaxem i Bodo udowodniły nam, że tylko cierpliwie grając z tymi najlepszymi można wywalczyć korzystny rezultat. Czasami trzeba nauczyć się cierpieć na boisku, aby potem fetować chwile chwały.
Czym były dla Ciebie mecze na Amsterdam Arena Johan Cruyff i Stadionie Parken? Bez cienia wątpliwości są to legendarne obiekty.
To było coś niesamowitego. Odbierałem to jako prezent za tytuł mistrza Polski, a także swoiste ukoronowanie mojej kariery. W 1998 roku jako dziecko oglądałem finał Ligi Mistrzów właśnie z Amsterdamu, gdzie Real Madryt pokonał Juventus i nigdy nie przypuszczałem, że przyjdzie mi zagrać na tym obiekcie przeciwko Hendersonowi, czy Ruganiemu. Tymczasem to się właśnie stało. Także Parken było świadkiem wielkich meczów, finałów europejskich pucharów, a także meczów EURO 2021. Nie przypuszczałem, że zagram na nim o punkty. Dlatego piłka jest piękna i potrafi zaskakiwać. Cieszę się, że zagrałem na tych obiektach i wspomnienia z nich pozostaną już ze mną na zawsze.
Wiele osób podkreśla, że jesteś zawodnikiem który strzela najważniejsze gole w historii Jagiellonii. Tak było z bramką z Gliwic, tak też było w Poniewieżu, gdzie twój hat-trick otworzył Jagiellonii drogę do fazy ligowej Ligi Konferencji. Jak ty to odbierasz?
Cieszę się, że to mi się udało. Jestem dumny, że udało mi się zapisać w historii Jagiellonii Białystok, klubu z ponad 100-letnią tradycją. Wiem, że za kilka, kilkanaście lat, kiedy wrócę do Białegostoku ludzie ciągle będą wracali do tych moich trafień, a ja będę mógł się tym pochwalić mojej rodzinie. To jest niesamowite. Mam dużą satysfakcję, że te gole dały tak wiele radości kibicom, miastu, całemu regionowi.

Twoja przygoda z Jagiellonią przypomina przejażdżkę roller coasterem. Jeszcze w pierwszym sezonie byłeś blisko zdobycia Pucharu Polski, ale potem było tylko gorzej. W najmniej oczekiwanym momencie zdobyliście mistrza, a w tej chwili jesteście w najważniejszym momencie historii Jagi.
Czasami patrzę w przeszłość. Przychodziłem tutaj z intencją, aby coś wygrać, zdobyć jakieś trofeum. Przychodziłem do drużyny, która była ambitna, była głodna sukcesów. Później zaczęły się także te gorsze czasy, niemniej ja zawsze robiłem swoje, strzelałem gole i finalnie w ubiegłym sezonie dogoniliśmy marzenia, osiągnęliśmy coś wyjątkowego. Dało się to odczuć, w mieście panowała podniosła atmosfera, ludzie mówili tylko o zespole, o klubie, nastawiali się na wielkie świętowanie. Z drugiej strony pamiętam czasy, kiedy na nasze mecze przychodziło po pięć tysięcy ludzi. Także i ja miałem przykre wspomnienia, ponieważ dostawałem przykre wiadomości, nie brakowało także hejtu. Także w tym sezonie po przegranych z Bodo, czy Ajaxem. Nie uważam, abym zasłużył na takie traktowanie. Naturalnie, Jagiellonia to wspaniała i długa historia i zawsze będzie ważniejsza od zawodnika, ale ja poświęciłem jej swoje najlepsze lata. Naturalnie nie mam problemu z konstruktywną krytyką, bo nie zawsze gram świetnie. Jeżeli potrzeba, to i podyskutuję, ale nie zgadzam się na hejt.
Czy czujesz się legendą Jagiellonii? Rok temu powiedziałeś, że tak się stanie, kiedy coś osiągniesz z Jagiellonią. Dzisiaj jesteś mistrzem Polski, po które sięgnąłeś jako najlepszy strzelec drużyny.
Myślę, że w jakimś stopniu tak jest. Osiągnąłem coś, co nigdy się tutaj nie zdarzyło wcześniej, jestem w wąskim gronie zawodników, którzy zdobyli mistrza, najlepszym strzelcem Jagi w Ekstraklasie. Być może po zakończeniu kariery będę mógł o sobie powiedzieć, że „tak, jestem legendą”, ale dzisiaj czuję się niesamowicie. Kiedy spaceruję po mieście otrzymuję mnóstwo słów wsparcia, ludzie zatrzymują mnie prosząc o zdjęcie. To jest bardzo miłe i pozwala mi się czuć wyjątkowo w Białymstoku.
Lata mijają, a Jesus nada strzela jak na zawołanie. Gdzie tkwi tajemnica twojej skuteczności?
Trzymam swój poziom w każdym sezonie. Zawsze staram się grać możliwie najlepiej i dawać z siebie maksa w każdym meczu. Dlatego uważam, że nie zasługuję na hejt. W klasyfikacjach strzeleckich w Jagiellonii zawsze jestem na topie. Gram tutaj już siódmy sezon i w każdym strzelam minimum dziesięć goli. Tylko raz wyszło mniej, ale wtedy przez pół roku leczyłem kontuzję kolana, a wtedy do przekroczenia „10” zabrakło jednego trafienia. Naturalnie, zdarzały się momenty słabsze, ale finalnie w każdym sezonie zawsze byłem najlepszym strzelcem drużyny. Raz tylko musiałem uznać wyższość Marca Guala, który sięgnął po koronę króla strzelców Ekstraklasy.

W ostatnim meczu z Legią strzeliłeś 70. gola dla Jagiellonii w Ekstraklasie. Tylko ty i Flavio Paixao dokonaliście podobnej sztuki. Czy czujesz się legendą naszej ligi?
Czuję, że jestem tutaj ważną postacią. Osiągnąłem dobre liczby, gra dobry futbol i jest to dla mnie niesamowite być w gronie obok tak wybitnych jednostek jak Flavio, Ishak, Gytkjaer, Radović, Ljuboja i wielu innych. Jednocześnie chcę to podtrzymać i jak będę stary spojrzę w przeszłość i będę do tego wracał. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że w przyszłości pojawi się wielu młodszych, którzy zechcą dogonić lub wyprzedzić Jesusa Imaza, ale będą musieli się bardzo postarać.
Ze wszystkich meczów z tego roku który był tym do którego najmilej powracasz?
Zdecydowanie ten z Piastem w Gliwicach, ze względu na moment sezonu, w którym wtedy się znajdowaliśmy, ze względu na gola, który jak się potem okazało był dla nas kluczowy, czasu, w którym zdobyłem tę bramkę, wielkich emocji. Przed pierwszym gwizdkiem wiedzieliśmy, że nie możemy tego meczu przegrać. Mieliśmy świadomość, że każdy punkt na stadionie Piasta tak naprawdę zapewni nam tytuł mistrzowski, ponieważ byliśmy pewni, że przed własną publicznością ogramy Wartę. Mentalnie czuliśmy się bardzo mocni, szczególnie na stadionie w Białymstoku dlatego w mojej ocenie to mecz z Piastem był dla nas finałem sezonu. Przynajmniej ja tak to odbieram. Tuż przed nami wygrał Śląsk i to on był przez te dwie godziny liderem. W trakcie naszego spotkania Ameyaw strzelił pięknego gola na 1:0 dla Piasta, ale potem my ruszyliśmy do odrabiania strat i udało się w czasie doliczonym do drugiej połowy. Uważam, że był to najważniejszy gol w mojej karierze.
To co osiągnęliście w maju było znaczeniem nie tylko w wymiarze sportowym, ale także społecznym.
Też to czuliśmy. Otrzymaliśmy wiele wiadomości, wiedzieliśmy, że ten tytuł więcej znaczy dla naszych kibiców, niż dla nas. Oczywiście, sami mogliśmy zostać po raz pierwszy mistrzem Polski i to nas napędzało, ale pisały do nas osoby w wieku 70, a nawet 80 lat, które kibicowały Jagiellonii od dawna i podkreślały, że nigdy nie marzyli o tym, co się wydarzyło, a te wspomnienia pozostaną z nimi na zawsze.

Jak długo trwało twoje oswajanie się z myślą, że właśnie jesteś mistrzem Polski?
Na pewno potrzebowałem trochę czasu. Nie przyszło to od razu po końcowym gwizdku w meczu z Wartą Poznań. Wtedy nie było czasu na jakąkolwiek refleksję, ponieważ nastąpiła szalona radość i zabawa z kibicami oraz kolegami z drużyny. W momencie, w którym wróciłem do siebie, do Katalonii, usiadłem w fotelu, na spokojnie obejrzałem sobie powtórkę meczu z Wartą, video z naszych celebracji, dopiero wtedy dotarło do mnie i pomyślałem sobie „kurczę, my naprawdę to zrobiliśmy”. To jest trofeum, którym nie każdy może się pochwalić. W polskiej lidze grało wielu znakomitych zawodników, na przykład Josue, który był wybitnym jak na polską ligę zawodnikiem, ale przez trzy lata gry w Ekstraklasie nigdy nie sięgnął po tytuł mistrzowski. Ten tytuł jest dla mnie niesamowitym momentem. Owszem, nie jestem już najmłodszym zawodnikiem i być może mógłbym osiągnąć to wcześniej, ale tak czy owak ten sukces pozostanie już ze mną na zawsze.
Czy podczas twojej przygody z Jagiellonią nie miałeś myśli, że gdybyś w 2019 roku dołączył do Lecha, to te sukcesy przyszłyby wcześniej?
Nie wiem, być może. Z drugiej strony przychodziłem do Jagiellonii jako drugiej drużyny w Polsce, która miała swoje ambicje. W pierwszym sezonie dotarliśmy do finału Pucharu Polski, przed nami było stulecie i wszystko wskazywało na to, że ten projekt sportowy będzie się rozwijał. Stało się inaczej, mieliśmy cztery słabe sezony, kiedy było nam bliżej do walki o utrzymanie niż o coś więcej. Być może w Lechu osiągnąłbym więcej, ale równie dobrze mógłbym tam przegrać rywalizację o miejsce w składzie, usiąść na ławce rezerwowych i odejść po roku, albo dwóch latach. Dzisiaj cieszę się, że jestem w Jagiellonii i oczywiście, mieliśmy momenty, w których cierpieliśmy jako drużyna, ale ten rok wszystko oddaje nam z wielką nawiązką, dlatego bardzo cieszę się każdym momentem.
Czy po zdobyciu tytułu mistrzowskiego czujecie dodatkową presję?
Zdecydowanie tak jest. Nie bez powodu mówi się „bij mistrza”, a my wiemy, co to dla nas oznacza. Oczekiwania wobec Jagiellonii są dzisiaj zdecydowanie większe, także determinacja rywali, aby nas pokonać wyraźnie wzrosła. Każdy chce udowodnić swoją wyższość nad naszym zespołem. I to jest absolutnie normalne. Kiedy przyjechaliśmy do Katowic na mecz z GKS-em dało się odczuć, że jest to dla nich jeden z ważniejszych meczów w tej rundzie, mam na myśli nie tylko zaangażowanie zawodników, ale również kibiców na trybunach. Każdy mecz z mistrzem Polski będzie dla każdego rywala tym najważniejszym.

W podobnym momencie do twojego Jagiellonię zasilił Miki Villar. Podobnie jak ty przyszedł do Jagiellonii z Wisły Kraków mając 28 lat. Czy uważasz, że może w przyszłości podążyć twoją drogą?
Oczywiście, dlaczego nie? Być może niektórzy sądzili, że ma zastąpić Dominika Marczuka w skali jeden do jednego, ale to inny typ zawodnika. Pokazał swoje umiejętności, jakość, to super kolega i znakomity zawodnik. Cieszę się, że zdecydował się na kontynuowanie kariery tutaj. Życzę mu, aby podążał moją drogą w Jagiellonii. Miki grał w niższych klasach rozgrywkowych, potem przez I ligę trafił do drużyny mistrza Polski. Gra w każdym meczu i robi to dobrze.
Jak ocenisz jego postępy? W kilka tygodni musiał przestawić się z rywalizacji przeciwko Podbeskidziu Bielsko-Biała, Bruk-Betowi Termalice Nieciecza, czy Polonii Warszawa ma mecze z Ajaxem Amsterdam, Bodo, FC Kopenhaga, Legią Warszawa, czy Lechem Poznań.
Czasami o tym rozmawiamy, i kiedyś powiedział, że nawet nie śmiał marzyć o grze na takich stadionach jak te w Poznaniu, Amsterdamie, czy Kopenhadze. Sam staram się dawać mu porady, aby był spokojny, nie denerwował się, skupiał się tylko na boisku. Wiem, że jest dobrym zawodnikiem o odpowiednich umiejętnościach. Musi to tylko pokazać na boisku. Jest inteligentnym gościem, więc poradzi sobie.
Co twoim zdaniem będzie celem Jagiellonii w tym sezonie?
Jest duży potencjał, zawodnicy, którzy przyszli dają sporo jakości. Mamy więcej piłkarzy, więc możemy także bardziej rotować składem, aby z powodzeniem grać co trzy dni. Jest szansa, aby znowu powalczyć o miejsce w czubie tabeli. Ponadto chcemy awansować z fazy ligowej, aby pograć także wiosną w Lidze Konferencji. Mamy trzy punkty mniej od lidera, za kilka tygodni zmierzymy się z Rakowem Częstochowa i ten mecz da nam odpowiedź jak obecnie wyglądamy w porównaniu z innym czołowym zespołem naszej ligi. Oczywiście Raków, Lech i Cracovia rywalizują tylko w Ekstraklasie, ponieważ nie awansowały do rozgrywek o europejskie puchary, a do tego odpadły ze zmagań o Puchar Polski, więc cała ich uwaga będzie skupiona wyłącznie na Ekstraklasie. W naszym przypadku skala trudności jest zupełnie inna, co na pewno nie będzie żadną wymówką. To przywilej, że gramy w Lidze Europy i chcemy się nim cieszyć.
Czy po tytule mistrzowskim jest coś jeszcze, co Jesus Imaz chciałby osiągnąć w piłce nożnej?
Obecnie moim marzeniem jest „Klub 100”, czyli chciałabym strzelić sto goli w Ekstraklasie. Niedawno zdobyłem bramkę numer 84, więc pozostało mi tylko 16 trafień. W przyszłym roku kończy się mój kontrakt z Jagiellonią i nie ukrywam, że chciałbym jeszcze zostać w Białymstoku. Zdaję sobie sprawę, że w przyszłości moja rola w zespole może być trochę inna, być może częściej będę zaczynał mecze z ławki rezerwowych, niemniej niezależnie od czasu zawsze będę pracował dla dobra drużyny.
